W-y Kanaryjskie Lanzarote 2015

„Księżycowa wyspa czyli Lanzarote 2015”

10-17.I.2015

W styczniu, kiedy u nas panuje kalendarzowa zima, korzystając z promocyjnej oferty  biura podróży, wybraliśmy się na tygodniową wycieczkę, na jedną z siedmiu Wysp KanaryjskichLanzarote. W cenie mieliśmy zapewniony lot w obie strony, hotel i wyżywienie (śniadanie i obiadokolacje). Naszego psa zostawiliśmy pod dobrą opieką rodziców Krzyśka (oczywiście za cenę przybycia nieco na wadze). Nie chcieliśmy zafundować Pagowi traumy jaką jest lot w klatce i to w luku bagażowym (waży więcej niż 8 kg). O ile temperatura w styczniu jest znośna dla czworonogów, to wyspa jest mało przyjazna dla psiej natury … stanowczo za mało tu drzew.
Po 4-godzinnej podróży z Poznania, późnym wieczorem wylądowaliśmy na lotnisku pod stolicą Arrecife i w 20 min autokarem zostaliśmy dowiezieni do hotelu w miejscowości Puerto del Carmen. Było to typowe nadmorskie miasteczko z wąskimi uliczkami mnóstwem hoteli i szeroką plażą. Do naszego 3-gwiazdkowego Hotelu Costa Mar z apartamentem zastrzeżeń nie mieliśmy, ale  z pogodą już tak pięknie nie było. Przez następne 6 dni było dość ciepło – ok. 20°C ale liczyliśmy na więcej słońca a mniej wietrznych dni, nie wspominając już o deszczu.

Dzień 1

20150111135128 Bieg z Puerto del Carmen w kierunku Puerto Calero i z powrotemNastępnego  dnia po śniadaniu, ruszyliśmy na bieganie i przy okazji poznać trochę okolicę. Pobiegliśmy 8 km wzdłuż wybrzeża na południowy – zachód, wybierając  mniej turystyczną część wyspy. Po szybkim prysznicu w hotelu, zrobiliśmy sobie spacer promenadą w kierunku stolicy Arrecife. Idąc wzdłuż oceanu, mijając po drodze piaszczyste i kamieniste plaże, doszliśmy do lotniska, zbudowanego tuż przy wodzie. Chyba jedyne lotnisko na świecie, gdzie leżąc na plaży można było patrzeć na startujące i lądujące samoloty.

20150111130346 Bieg z Puerto del Carmen w kierunku Puerto Calero i z powrotem Dzień 2

Kolejnego dnia z pobliskiej wypożyczalni samochodów (koszt 3 dni/75€  + 22€ benzyna) wypożyczyliśmy na 3 dni samochód i ruszyliśmy do głównych atrakcji w północnej części wyspy. Po drodze do pierwszej z nich – Jardin de Cactus czyli Kaktusowego Ogrodu, zatrzymaliśmy się przy ciekawych formacjach skalnych niedaleko miejscowości El Majon. Ogród znajduje się w miejscowości Guatiza na terenie dawnego kamieniołomu nad którym góruje biały wiatrak. Ogród jest jednym z wielu dzieł, słynnego, miejscowego artysty Césara Manrique, który robił wszystko, żeby architektura na wyspie współgrała z jej wulkanicznym charakterem. Co mu się w pełni udało. Wszystkie budynki tutaj są koloru białego, dopuszczona jest tylko niska zabudowa i nie ma tu bilbordów z reklamami, co widać szczególnie przy jeździe samochodem. 20150112125518 Ogród kaktusów w okolicy GuatizaNa powierzchni 5000 tys. m² rośnie ponad 1400 gatunków kaktusów sprowadzonych prawie ze wszystkich kontynentów. Po kupieniu biletu wstępu (najkorzystniejszy okazał się łączony bilet za 30€ , który zapewniał wstęp do 5 innych atrakcji na wyspie). Ponad godzinny spacer wybrukowanymi ścieżkami między małymi kaktusikami a wielkimi kaktusowymi drzewami rosnących w czarnym popiele był dla nas trochę jak ciekawa lekcja botaniki w terenie. Kolejną atrakcją była jaskinia Cueva de los Werdes. Okazała się warta czekania pół godziny, bo tyle trwało zebranie grupy. Jest to podziemna jaskinia powstała w wyniku erupcji wulkanu 20150112155724 Mirador Del Rioponad 3000 lat temu pne. Dwukilometrowy labirynt korytarzy i jaskiń kończący się pod oceanem, zwiedza się z przewodnikiem (objaśnia w kilku językach) i trwa ok. 1 godziny. Byłam w wielu jaskiniach, ale ta była pierwszą w której   panowała temperatura 20° C! Z jaskini pojechaliśmy dalej na północ na punkt widokowy Miradol del Rio. Znajduje się on na wysokim klifie na wysokości 470 m. Piękne widoki na pobliską wyspę La Graciosa i mniejsze wysepki, można było podziwiać przez panoramiczne okna przypominającej bunkier restauracji. Zrobiony z wulkanicznego kamienia, dzieło oczywiście Manrique. Na odważniejszych czekały 20150112165306 Hariaumieszczone na zewnątrz zawieszone nad przepaścią zewnętrzne tarasy. Pierwszy raz spotkaliśmy się z odpłatnym punktem widokowym, ale dla tych widoków – mimo urywającego nam głowy wiatru – warto było.  Droga powrotna do hotelu prowadziła przez nieduże miasteczko w środku wyspy – Haria. Przepięknie położone w dolinie pośród zielonych (rzadkość tutaj) wzgórz i palm, z którymi kontrastowały białe domy. Niedaleko za miasteczkiem znajdował się punkt widokowy (bezpłatny tym razem) z którego rozciągała się rozległa panorama na wybrzeże i wzgórza.

Dzień 3

Następnego dnia z samego rana wyruszyliśmy do Narodowego Parku Timanfaya. Park powstał w wyniku potężnych erupcji wulkanicznych, które nawiedziło wyspę w XVIII w. Liczy 51 km² i znajduje się samym środku Montanas del Fuego (Gór Ognistych). Wycieczka po Parku zaczynała się w Islote de Hilario, skąd specjalnym autobusem pełnym turystów ruszyliśmy w 14-kilometrową trasę. (To najpopularniejszy sposób na zobaczenie parku, a autobusy odjeżdżają co kilkanaście minut). Tu również obok budynku restauracji (autorstwa – jak żeby inaczej – Manriqueza) pracownicy Parku robią geotermiczne pokazy dla turystów: wlana do specjalnych otworów woda po chwili wystrzeliwała w górę jak mały gejzer, lub umieszczona w dołku kępka siana spalała się w kilka sekund. Wszystko to dowodzi, że tuż pod powierzchnią wciąż kryje się gorąca lawa (10 cm niżej – 140°C, 6 m – 400°C). Wzięty do ręki z ziemi ciepły kamień był kolejnym namacalnym ggdowodem, że na dole jest faktycznie gorąco. Przez godzinę (kierowca jechał b. wolno) jak zahipnotyzowani wpatrywaliśmy się w morze zastygłej lawy, kratery, stożki wulkaniczne. To wszystko pokryte wulkanicznym pyłem w różnych odcieniach szarości i czerwieni. Krajobraz robi piorunujące wrażenie, jest równie fascynujący co trochę przerażający, a ten efekt potęguje jeszcze wszechogarniająca cisza. Żeby poczuć lepiej wulkaniczny klimat i wspiąć się na jakiś krater, uciekliśmy w rejon mniej turystyczny. (Na terenie Parku przejście szlakiem z przewodnikiem możliwe jest tylko latem, po wcześniejszym wpisaniu się na listę chętnych). 3 km od wjazdu do Parku w informacji turystycznej zostaliśmy zaopatrzeni w darmową mapę i ruszyliśmy zdobyć wulkan Caldera Blanca i pochodzić po zastygłej lawie. Po zostawieniu samochodu przy gruntowej drodze, szeroką ścieżką prowadzącą przez pola popiołu i wulkanicznych kamieni doszliśmy do mniejszego z kraterów. Przez jego niższą krawędź prowadziła naturalna „wyrwa” przez którą weszliśmy do środka, a tam była … zielona łączka.  Ale prawdziwe wyzwanie czekało obok – Montana Blanca.20150113125050 Spacer przy wulkanach w okolicach Mancha Blanca Pół godziny zajęło nam wejście na stromą ścianę krateru – na jego niższą krawędź. Roztaczał się stąd piękny widok na szare morze zastygłej magmy i wyłaniające się gdzieniegdzie samotne góry. Porośnięte trawą wnętrze wulkanu 100 m niżej, było jadłodajnią dla kilku kóz ( na stromiznach są sprawne prawie jak kozice). Chcieliśmy wejść na najwyższy punkt krawędzi (150 m licząc od podstawy) ale przez silny wiatr, musieliśmy zawrócić. A dalej przez 10 km wędrowaliśmy przez zielone wzgórza, żeby na koniec zobaczyć pola uprawne z kamiennymi murkami (w wulkanicznym żwirze uprawiano winorośl i cebulę), szare pole magmowe z wulkanicznymi kamieniami i kwitnącymi roślinkami. W ciągu tej kilkugodzinnej wędrówki nie spotkaliśmy nikogo! I tego nam trzeba było, bo z dala od ludzi mogliśmy delektować się pięknym krajobrazem.
Po drodze do hotelu zatrzymaliśmy się w La Geria – niezwykłej dolinie, gdzie znajdują się rozległe uprawy winorośli. 20150113181652 Winnice w okolicach La GeriaW okrągłych dołach otoczonych kamiennymi murkami (ochrona przed wiatrem) rosną pojedyncze krzewy winorośli. Zielony kolor krzaczków niesamowicie kontrastuje z czarnym żwirem, przez co tworzy niezapomniany widok. Jak większość turystów ulegliśmy pokusie i w jednej z licznych winiarni kupiliśmy po jednej butelce białego i czerwonego wina.

Dzień 4

Wyruszyliśmy na południowy-zachód wyspy, żeby zobaczyć miejscowość Playa Blanca i wybrzeże Costa de Papagayo (40 min. autem) i wspiąć się na jedną z wielu gór (żaden wygasły krater) w nadmorskim paśmie górskim. Nieduży kurort z kameralną atmosferą, ładną promenadą wzdłuż oceanu, przywitał nas pełnym słońcem i wysoką temperaturą (w końcu się doczekaliśmy). Tu się na ponad godzinę rozdzieliliśmy. Krzysiek poszedł na rekonesans okolicy, a ja zrobiłam sobie wycieczkę biegową wzdłuż oceanu. Wystartowałam na dość tłocznej promenadzie, ale za miasteczkiem po wbiegnięciu na wysoki klif miałam ciszę  i mogłam nacieszyć się pięknymi widokami wokół. 20150114131212 Renata - biegNa wcześniej ustalonym miejscu spotkaliśmy się i już dalej razem spacerowaliśmy po pustynnym płaskowyżu schodząc do skalistych zatoczek z piaszczystymi plażami. Na jednej z nich zrobiliśmy sobie „błogie lenistwo” z nieudaną próbą kąpieli, bo temperatura wody pozwoliła jedynie na popluskanie się w wodzie. Ale odważniejszych od nas nie brakowało. Po  powrocie  do Playa Blanca samochodem dojechaliśmy do malutkiego miasteczka Femés. Po zostawieniu auta na bezpłatnym parkingu pod kościołem zaczęliśmy wspinaczkę na liczącą 487 m n.p.m. górę Pico de la Aceituna. Wyraźna i stroma ścieżka, z ciekawymi kaktusowymi krzewami, w 40 min doprowadziła nas na szczyt (z lekkim błądzeniem). A stamtąd rozległy widok na pobliskie szczyty i doliny, na Femés a daleko w tle na ocean. 20150114163708 W drodze na Pico de la Aceituna 487mNa szczycie oczywiście hulał wiatr. Zbliżał się powoli wieczór i musieliśmy niestety schodzić na dół. Po szybkim spacerze po miasteczku ruszyliśmy dalej.
Kolejnym celem były Los Hervideros. Miejsce, gdzie ogromne masy wulkanicznej lawy zastygły w wodach Oceanu, a fale morskie utworzyły w niej podziemne tunele i głębokie szczeliny. 20150114180506 Los HerviderosZ bliska – chodząc wyznaczonymi ścieżkami – zobaczyliśmy wzburzone fale, jak z ogromną siłą wdzierają się pomiędzy skalne groty by po chwili wystrzelić z wielkim hukiem w górę. Przy zachodzącym słońcu ciekawy efekt. W drodze do hotelu zatrzymaliśmy się nad zieloną laguną – El Golfo (tuż przy wiosce rybackiej o tej samej nazwie), jeziorkiem w kraterze wygasłego wulkanu, którego część została zatopiona przez Atlantyk, a część jest fragmentem wybrzeża. Nas miejsce nie oszołomiło. Czas było wracać do hotelu.

Dzień 5

Dzień zaczęliśmy od wypożyczenia rowerów (16€/dzień/osobę). Celem naszej ambitnej wycieczki była druga strona wyspy – północne wybrzeże z plażą Playa de Farmara. Pierwsze 30 km prowadziło w większości gruntowymi drogami, czasami w mocno pagórkowatym terenie (najwyższy punkt miał prawie 300 m n.p.m.) czasami obok gospodarstw w środku pól uprawnych. W drodze powrotnej w większości trasa prowadziła już asfaltowymi drogami, w bardziej w płaskim terenie, a ostatnie 10 km pokrywało się z początkiem trasy. Po dojechaniu na plażę, zmęczona i podekscytowana, padłam gdzieś na wydmie na bialutki piasek i chłonęłam piękno tego magicznego miejsca i czekałam na Krzyśka. (Jakieś 10 km przed plażą rozdzieliliśmy się, on pojechał wspiąć się na krater z zamkiem Castillo Santa Barbara). Przed sobą miałam wzburzony ocean, widok na przybrzeżne wzgórza Farmara i wysepki z największą La Graciosa na czele. 20150115153228 Powrót z plaży w Urbanización Famara do hotelu Costa MarTa część wyspy jest wolna od turystycznej infrastruktury, prawie bez turystów. (W pobliżu było jedynie małe osiedle domów). Skąpaną w słońcu Playa de Farmara, zapamiętam jako nieskalane cywilizacją miejsce, gdzie można znaleźć ciszę i spokój oraz nacieszyć oczy pięknymi widokami. Po dojechaniu Krzyśka i po wspólnym odpoczynku, czas było wracać, bo do przejechania mieliśmy jeszczcze 30 km na rowerze. Do hotelu wróciliśmy naprawdę zmęczeni.

Dzień 6

Ostatni dzień pobytu spędziliśmy też aktywnie ale osobno. Krzysiek wyruszył na objazd wyspy rowerem,  a ja poszłam z książką na zasłużony odpoczynek na plażę. Kiedy słońce się schowało i zrobiło się trochę wietrznie, zamieniłam sandały na buty do biegana i pobiegłam wzdłuż wybrzeża do Arrecife (10 km). 20150116111804 Rowerem po wyspie - okolice Playa QuemadaW połowie drogi złapał mnie deszcz, trochę mokra dobiegłam do przedmieść stolicy i wróciłam tą samą trasą do hotelu. Krzysiek zmuszony do skrócenia swojej wycieczki, przemoknięty do suchej nitki po kilku godzinach wrócił. Późnym popołudniem oczywiście wyszło słońce, więc nie zostało nam nic innego jak odbyć już ostatni spacer po okolicy. Następnego dnia z rana wracaliśmy do zimnego kraju.