Dziwna zima 2019

„Dziwna zima 2019” 26-29 stycznia

Kolejny zimowy wypad w Karkonosze, tym razem do wschodniej ich części. Nocleg znaleźliśmy w pobliżu Kowar, w rozległym gospodarstwie agroturystycznym „Ranczu pod Śnieżką”http://ranchopodsniezka.pl/. Miły i pomocny gospodarz lubi psy, za które pobiera symboliczną opłatę.

26 stycznia Kowary

1,5 godzinna wycieczka ścieżką rowerową do Kowar, powrót torami – nieczynnej linii kolejowej. Śniegu niewiele, ale wkrótce i to miało stopnieć.

27 stycznia Przełęcz Okraj 1046 m n.p.m.

Okolice Podgórza (najwyższa część Kowar) nie dość, że ładnie, to jeszcze sporo w okolicy atrakcji: sztolnie, kopalnia uranu oraz nieczynny, kilometrowy tunel kolejowy na Przełęczy Kowarskiej!

Im wyżej tym śniegu przybywało. Gdzieś na szlaku żółtym …

Przełęcz Okraj zdobyta! Wysokie zaspy, silny wiatr i błoto pośniegowe na szosie. Odpoczynek w schronisku PTTK „Na Przełęczy Okraj” był obowiązkowy, psy są tu mile widziane.  Powrót zielonym/żółtym szlakiem na kwaterę.

28 stycznia Samotnia/Strzecha Akademicka/Dom Śląski

Rano, po zimie nie było śladu – przynajmniej za oknem, zamiast bieli była zieleń. Ale wyżej w górach panowały już zimowe warunki. Autem  podjechaliśmy do pobliskiego Górnego Karpacza , na płatnym parkingu został samochód i ruszyliśmy do Strzechy Akademickiej. W tym największym karkonoskim schronisku ogrzaliśmy się przy gorącej herbacie. Nie było  żadnego problemu z wejściem z psem do środka schroniska (z psami można też przenocować).

Dawno tak nie zmarzłam, jak w drodze od Spalonej Strażnicy i do Domu Śląskiego. Przeszywający do kości mroźny wiatr, do tego wszechotaczająca mgła – ograniczająca widoczność do kilku metrów. Nawet Pag trochę zmarł, bo wbiegł do przedsionka Domu Ślaskiego nie czekając na nas, wykorzystując uchylone drzwi …

Odwiedziny ulubionej Samotni były obowiązkowe.

 

29 stycznia Góry Sokole/Szwajcarka

Za radą gospodarza, podjechaliśmy na Przełęcz Karpnicką (20 min), żeby pochodzić po Górach Sokolich (Sokoliki). Najpierw po metalowych schodkach wspięliśmy się na Sokolika Dużego 643 m n.p.m. skąd podziwialiśmy piękną panoramę Karkonoszy.

Tylko Krzysiek wszedł na najwyższą w Sokolikach – Krzyżną Górę 653 m n.p.m. skąd roztaczał się widok m. in. na Śnieżkę. (Zbyt duże oblodzenie)

Poniżej skalistego wierzchołka:

Najstarsze schronisko w Polsce czyli przytulna „Szwajcarka” można tu zjeść np. przepyszne naleśniki.

Romantyczne zamki nad Renem i austriacki Tyrol

                            Nad  rzeką i w górach – wakacje 2018 z przygodami”

Francuzi mają swoje arystokratyczne zamkami nad Loarą, natomiast Niemcy mogą być dumni z romantycznych zamków  w Dolinie Środkowego Renu. Jest to odcinek 65-kilometrowy pomiędzy BingenKoblencją w kraju związkowym  Nadrenia-Palatynat. Nic dziwnego, że to piękne miejsce w 2002 r. zostało uznany przez UNESCO za światowe dziedzictwo kultury. I tak,  pod koniec maja postanowiliśmy przyjrzeć się z bliska tej niezwykłej dolinie z malowniczymi zamkami, meandrującym Renem i stokami porośniętymi winoroślami. Nasza przygoda z tą doliną trwała nieco krócej niż planowaliśmy, ale po kolei…

29 maja camping Sonneneck/Spay

Po przejechaniu 800 km niemieckimi autostradami, znaleźliśmy się na obrzeżach Koblencji. Następnie drogą wzdłuż Renu, minąwszy miejscowoś Spay, dojechaliśmy na camping Sonneneck. Na położonym wzdłuż Renu, wielkim campingu, byliśmy nielicznymi turystami śpiącymi w namiocie, bo zdecydowana większość, nocowała w camperach, swoich lub w wynajętych. Ale nie tylko z powodu spania w namiotu odstawaliśmy od reszty turystów. Zaniżaliśmy średnią wieku nocujących na campingu (55-60 lat), jakby tego było mało, to Krzysiek swoim obwodem brzucha (przynajmniej na dzień dzisiejszy),  dość mocno odstawał od sporej części panów, którzy swoim pokaźnym brzuszyskiem wylewającym się ze spodenek, dumnie paradowali  po campingowych alejkach. Na szczęście nikt nas palcami nie wytykał i szybko się zaadaptowaliśmy, a cały pobyt (5 nocy) będziemy wspominali jako bardzo udany. Wielki camping (https://sonneneck-camping.de/) ze sklepikiem, restauracją, barem, basenem (czynnym tylko latem), okazał się bardzo przyjazny również dla psów. A było ich dużo, i to różnych maści i narodowości. Czworonogi na terenie campingu, miały wydzielony swój kawałek zieleni, taką „psią toaletę”, do tego było mnóstwo stojaków z woreczkami (na psie odchody) przy alejkach. Dla mnie największą niespodzianką okazało się „psie spa” – czyli specjalny prysznic pod chmurką. A opłata za spanie psa nie była wygórowana bo wynosiła – 2 € za dobę. Cała reszta czyli namiot/auto/2 osoby/prąd wyniosła nas 24 €/doba.

30 maja – Boppard

Pierwszy poranek nad Renem, choć słoneczny i gorący, zaczął się od niespodzianek. O 6:30  z błogiego snu, wyrwał nas dochodzący z góry, nieznośny hałas. Po wystawieniu głowy z namiotu, ku naszym oczom, ukazał się – krążący  niedaleko campingu – helikopter spryskujący pobliskie uprawy winorośli, od których dzieliły nas tylko tory kolejowe i asfaltowa droga. Na szczęście, później było już dużo lepiej. Poranna kawa i pyszne śniadanie z widokiem na szeroki Ren i zielone wzgórza, szybko poprawiły nam humory. Ale najlepsze było dopiero przed nami: 10-cio kilometrowa wycieczka do pobliskiego miasteczka Boppard. Robieniu zdjęć nie było końca bo otaczała nas przepiękna sceneria: po lewej mieliśmy mieniący się w słońcu Ren, z pływającymi barkami i statkami wycieczkowymi, a po prawej zbocza  porośnięte winnicami. Sielanka na chwilę została zakłócona przez Paga, kiedy to – w leśnym bagienku urządził sobie błotną kąpiel  i przez 2 godziny, był  bardziej czarnym niż biszkoptowym labradorem (nie pierwszy i pewnie, nie ostatni raz … ). Byliśmy nieco zaskoczeni, gdy jakieś 2 km przed zejściem do miasteczka, szlak zrobił się stromy i pojawiły się nawet metalowe drabinki. Na szczęście obok była ścieżka, którą  można było nią obejść. Po zejściu do Boppard, od razu poszliśmy nad Ren, żeby  doprowadzić Paga do względnej czystości, w końcu mieliśmy ruszyć na miasto. (Tego dnia – jak na złość – uparł się, że zamoczy tylko i wyłącznie łapy). Turystyczne, zadbane miasteczko, niezbyt licznie odwiedzane przez turystów, nie mogło nas  nie zauroczyć. Zwłaszcza nadmorska promenada i nieduży rynek ze starym kościołem i nowoczesną fontanną nam się podobał. Powrót na camping był już mniej przyjemny, bo na ścieżce rowerowo-pieszej biegnącej między Renem a szosą (6 km), pozbawionej cienia,  byliśmy wystawieni jak na patelni, a słońce prażyło niemiłosiernie.

31 maja – Braubach/Marksburg-Koblencja-Stolzenfels

Przyszedł czas na zwiedzanie  zamków w Dolinie Środkowego Renu. Wybraliśmy zamek po drugiej stronie Renu – średniowieczny Marksburg. Po 24 km, minięciu Koblencji i miasteczka Braubach – nad którym wznosi się zamek, dojechaliśmy do bezpłatnego parkingu, na skraju lasu. I po 10 min. wspinaczki asfaltową drogą (zamek stoi na wzgórzu 150 m nad  Renem), byliśmy już pod murami najlepiej zachowanego zamku reńskiego. Przez bramę w starych murach doszliśmy tylko do dolnej części zamku. Dalsze zwiedzanie było możliwe po kupieniu biletu (8 €) i tylko z przewodnikiem. A ponieważ kolejka nie miała końca, zasilana angielskimi turystami wysypującymi się z kilku autokarów, zrezygnowaliśmy ze zwiedzania. Nie pozostało nam nic innego, jak zejść na dół do miasteczka Braubach i podziwiać zamek z dołu, z poziomu Renu. Urokliwe miasteczko z ryglowymi domkami, z ukwieconym deptakiem wzdłuż rzeki nieco zrekompensowały niewejścia na zamek. Po wdrapaniu się z powrotem do góry do auta, ruszyliśmy do Koblencji. Pięknie położone miasto nad ujściem rzeki Mozeli do Renu. Gdy samochód bezpiecznie stał na płatnym parkingu (1,5 €/godz.) z widokiem na eleg-ancki pałac Kurfürstliches, skierowaliśmy nasze kroki nad Ren. Idąc szeroką, nadreńską promenadą doszliśmy do miejsca, gdzie Mozela wpada do Renu, czyli słynnego  Niemieckiego Rogu (Deutsches Eck).  Na tym charakterystycznym, trójkątnym cyplu, wznosi się ogromny (37 m.) konny pomnik cesarza Wilhelma I. i nie sposób się tu nie zatrzymać na dłużej, bo widok na rzeki i ich otoczenie jest imponujący. Potem był spacer wąskimi uliczkami starego miasta, i słodkie co nieco w przytulnej kawiarence. Cztery godziny minęły jak z  bicza trzasnął, i musilismy wracac do auta. Po drodze na camping zatrzymaliśmy się, żeby zwiedzić świetnie zachowany średniowieczny pałac Stolzenfels. Warto było wspiąć się gruntową drogą (80 m nad poziom Renu), żeby zwiedzić nie tylko ciekawy pałac z ogrodem ale nacieszyć oko ładną panoramą na dolinę rzeki. Na zamek można było wejść tylko z przewodnikiem (5 €) a pieski miały zakaz wstępu. Już  przy wyjeżdżaniu z Koblencji samochód, wydawał dziwne dźwięki … . Ale na camping jakoś się doczłapaliśmy.

1 czerwca – Oberwesel/Schönburg – St. Goar/Rheinfels

Rano okazało się, że samochodu nie można już odpalić. Ale zamiast biadolić i załamywać ręce, wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy do kolejnego miasteczka w Dolinie Środkowego RenuOberwesel. (Ale najpierw musieliśmy przejść 2 km do stacji w Spay). Ponad 20-minutowa podróż pociągiem była nieco stresująca, bo jechaliśmy bez ważnego biletu. Nie kupiliśmy go ani w nieczynnym automacie biletowym na stacji,  ani u konduktora w pociągu, bo go nie znaleźliśmy. Na szczęście jazda „na gapę” zakończyła się dla nas, bez niemiłych konsekwencji. Zanim ruszyliśmy zdobyć kolejny nadreński zamek, zwiedziliśmy zabytkowe Oberwesel. Niezapomnianych wrażeń i widoków dostarczył nam spacer po średniowiecznych murach (2,5 km), urozmaicony od czasu do czasu wspinaczką do wyższych lub niższych wież, których do dziś zachowało się aż 16-ie. Inną ciekawą atrakcją w Oberwesel jest kościół pod wezwaniem Św. Marcina z „przyklejoną” do kościoła gotycką dzwonnicą. Potem przyszedł czas na zobaczenia z bliska zamku Schönburg, do którego doprowadziła nas widokowa, pnąca się do góry ścieżka. Z dziedzińca zamku, rozciągała się przepiękna panorama na Ren i otoczone wzgórzami miasteczko. ( Z wnętrz tylko do restauracji można było wejść). Ponieważ jeszcze sporo kilometrów było przed nami, z żalem opuściliśmy nieduży zamek i ruszyliśmy – wzgórzami – do miasteczka St. Goar nad Renem (9 km). Gdzie czekał na nas kolejny zamek – a właściwie ruiny rozległego zamku Rheinfels, górującego nad miastem. (W XIX w zaczęto zamek rozbierać,a materiały budowlane wykorzystano do budowy twierdzy w Koblencji). Z zamku – bo zbliżała się już 18, szybko zeszliśmy do stacji kolejowej i po kupieniu biletu w czynnym automacie (4,90 €/2 osoby,) wskoczyliśmy zmęczeni do pociągu. Z biletami jazda była mniej nerwowa, ale bez niespodzianki (niestety niemiłej) nie obeszło się, bo pociąg nie zatrzymał się na naszej stacji  w Spay (skąd mieliśmy wiedzieć, że to jest stacja „na żądanie”? i trzeba coś wcisnąć w pociągu?) tylko na następnej w Rhens. Zamiast 2 km musieliśmy pokonać 4 km, malowniczą drogą wzdłuż Renu, w którym Pag nawet popływał sobie. Do campingu wróciliśmy padnięci, nic dziwnego przeszliśmy tego dnia 30 km.

2 czerwca Rhens

Tego dnia, miał przyjechać po nas i naszą zepsutą skodę – Michał z lawetą. Więc był tylko spacer promenadą wzdłuż Renu do Rhens, zakupy w Lidlu i zabawy Paga w wartkiej rzece. Na jednej z  kamienistych plaż, właściciel pływającej suczki, pożyczył nam pływającą zabawkę, którą Pag aportował i nie miał dość pływania! Po złożeniu namiotu i całego sprzętu biwakowego, spakowaniu się i o 20 ruszyliśmy autem Michała, ze skodą na lawecie do Szczecina, żeby o 5 rano być już na miejscu.

Niedzielą spędziliśmy w Szczecinie robiąc w pospiechu pranie, zakupy, przepakowywanie i pakowanie. W poniedziałek rano, autem  pożyczonym od rodziców Krzyśka, mieliśmy wyruszyć do Austrii, gdzie czekała nas opłacona i zarezerwowana dużo wcześniej kwatera.

AUSTRIA – TYROL

4 czerwca Auffach

Niewielka miejscowość Auffach 870 m n.p.m.  w austriackim Tyrolu (gmina Wildschönau –  50 km na północny-wschód od Innsbrucka). Nasze nieduże mieszkanko w hotel-apartamentowcu w Apartements Schatzberg-Haus: http://www.schatzberghaus.at było wygodną bazą wypadową na pobliskie szlaki. Psy w hotelu były mile widziane, a opłata za nie wynosiła 4 € za noc.

5 czerwca Koglmoos

Wycieczka (szlak nr. 9)  do pośredniej stacji kolejki gondolowej (na szczyt Schatzberg 1776 m) – Koglmoos, na wysokość 1302 m n.p.m. z przerwą dla Paga na „wodopój” przy tyrolskim domu. Wokół mnóstwo zielonych pastwisk z pasącymi się krowami, które są nieodłącznym elementem tyrolskiego krajobrazu. A  obok krów tabliczki z informacją (jeśli szlak prowadził przez pastwisko), że pies musi być na smyczy i należy sprzątać po nim nieczystości, bo w przeciwnym razie grozi wysoka grzywna.

6 czerwca Auffach

Bieganie wokół  Auffach – bez Paga – i spacerowanie – z Pagiem – szlakiem osobliwości – po Auffach.

7 czerwca Rattenberg

Droga szybkiego ruchu doprowadziła nas do ciekawego miasteczka Rattenberg (27 km) i wiodła dnem wielkiej doliny rzeki Inn. Szeroka i płaska dolina, zamknięta łańcuchem 3- tysięczników biegnie przez cały Tyrol i robi  niesamowite wrażenie. A żeby zobaczyć  jej ogrom wspięliśmy się na zbocze do ruin średniowiecznego zamku Burg Rattenberg.

 

 

 

 8 czerwca Feldalphorn/Schwaigberghorn/Breitegg Gern

Przepiękny widokowo, choć miejscami wymagający (podejście pod pierwszy szczyt) szlak. Prowadził głównie przez ukwiecone łąki i zielone pastwiska z elektrycznymi pastuchami. Ale dla panoram z trzech szczytów z wielkimi  krzyżami: Feldalphorn 1923 m n.p.m. (szlak nr. 33/2), Schwaigberghorn 1990 m n.p.m. (nr. 3), Breitegg Gern 1981 m n.p.m. (nr. 4), warto było pokonać 22 km.

 

 9 czerwca Schatzberg

Doniosły dzień w życiu Paga – bo po raz pierwszy przejechał się kolejką linową!   Przejażdżki kolejkę gondolową w Auffach jak i większością kolei linowych w Tyrolu dla psów są darmowe. ( I dla ludzi też, gdy się posiada kartę Card Wildschönau – otrzymaliśmy ją bezpłatnie w hotelu ). W 20 minut dojechaliśmy na wysokość 1776 m n.p.m. pod szczyt Schatzberg. Idąc  gruntową drogą po górskim grzbiecie,  zdobyliśmy najwyższy w grani Schatzberg 1889 m n.p.m. Po czym zaczęliśmy schodzenie w dół, do sztucznego jeziorka Speichersee, nastepnie – wzdłuż kolejki – do stacji pośredniej Koglmoos położonej na 1302 m n.p.m. A dalej – do Auffach zjechaliśmy już kolejką.

Skalne labirynty, góry stołowe i Łaba – majówka 2018

Skalne labirynty, góry stołowe i Łaba  – majówka 2018

 

28 kwietnia

Majówkę 2018 postanowiliśmy spędzić na pograniczu Czech i Niemiec, dokładnie w Czesko-Saksońskim Parku Narodowym. Z regulaminu parku (czeskiego i niemieckiego) wiedzieliśmy, że psy są tu mile widziane (na smyczy, a różnie z tym bywało … ) Po 4 godzinach jazdy ze Szczecina –  dojechaliśmy do miejscowości Kamenický Šenov, żeby obejrzeć cudo natury jakim jest bazaltowa skała – Panska skala (nazywana też „Organami”). Stąd po 15 min, dojechaliśmy do miasta Česká Kamenice, które miało być przez 3 noce, naszą bazą wypadową do czeskiej część parku.

  

 

29 kwietnia

Jetrichovic (20 min jazdy autem z Česká Kamenice ) wyruszyliśmy jednym z wielu turystycznych szlaków ( niebieski/czerwony, 4 godz.) w Jetřichovické stěny.  Ciekawy szlak z kilkoma punktami widokowymi,  z obowiązkowym wejściem na taras widokowy na Mariina skala 428 m (nie dla psów: do przejścia strome, metalowe schody). Chyba na żadnym innym szlaku, nie spotkaliśmy tylu psów co tutaj, zarówno na smyczy jak i bez, wędrujących ze swoimi właścicielami.

 

  

 

30 kwietnia

Tym razem autem podjechaliśmy do miasteczka Mezni Louka (30 km od Česká Kamenica). Tu zaczynał się czerwony szlak do największej atrakcji Czeskiej Szwajcarii Pravčickiej Bramy. Jak przystało na słynny skalny most, oblegany był przez setki turystów. Ale na licznych tarasach widokowych z widokiem na most i piękną okolicę , było mniej tłoczno. Potem  żółtym, łatwym szlakiem  (przez  wioskę Mezni) i asfaltową drogą (zielony szlak) wróciliśmy do  Mezni Louka. Całość zajęła nam 4,5 godz. – 10 km.

 

1 maja

Zanim znaleźliśmy się po niemieckiej stronie parku, dojechaliśmy do miejscowości Tisá ( 36 km ). Po zostawieniu auta na leśnym parkingu, ruszyliśmy na najwyższy wierzchołek Czeskiej Szwajcarii Děčinsky Sněžnik 723 m n.p.m. Wybraliśmy czerwony szlak i po  3 godzinach byliśmy już na tej wielkiej górze stołowej. Z płaskiego  „wierzchołka” roztaczała się rozległa panorama na czeską i niemiecką Szwajcarię (m.in. z tarasu widokowego przy schronisku).

Powrót do auta zajął nam 2 godziny (czerwony szlak/ścieżka rowerowa). 10 min od parkingu znajdowało się fantastyczne skalne miasto Tiskě Steny (ściany). W ekspresowym tempie przeszliśmy szlak, klucząc między labiryntami i wspinając się (po schodach) na tarasy widokowe (bilet 30 koron, pies gratis).

Potem była godzinna jazda do niemieckiej kwatery w miasteczku Reinhardtsdorf-Schöna.

2 Maja

Tego dnia zrobiliśmy sobie spacer po ładnej okolicy. Najpierw zeszliśmy nad Łabę a potem zdobyliśmy najbliższą – górującą nad okolicą – kamienną stołową górę – Zirkelstein. Z góry – po pokonaniu mnóstwa metalowych schodów – podziwialiśmy rozległą panoramę na rolniczą okolicę i skalisty masyw po drugiej stronie Łaby.

 

3 maja

Najpierw samochodem – przejeżdżając przez most Bad Schandau – znaleźliśmy się po drugiej stronie Łaby,  w miasteczku Prossen (20 min jazdy). Tu zaczynał się żółty szlak na samotną górę stołową Lilienstein. Po 2 godzinach zdobyliśmy płaski szczyt z kilkoma tarasami widokowymi i kamiennym obeliskiem. Po drodze były do pokonania strome schody i metalowe kładki, mostki zawieszone nad głębokimi szczelinami, dlatego nie wszystkie punkty widokowe były dla Paga (i dla ludzi z lękiem wysokości). Widok z góry był przepiękny, zwłaszcza na twierdzę, po drugiej stronie ŁabyKönigstein.

Do auta wracaliśmy niebieskim szlakiem – (do Łaby), a potem 5-kilometrową ścieżką rowerową wzdłuż rzeki. Całość zajęła nam 10 km i 4 godz. Potem samochodem przeprawiliśmy się na druga stronę Łaby, do pobliskiego miasteczka Königstein. W górnej części miasta znajdowała się potężna (wielkości 13 boisk piłkarskich!) niezdobyta, średniowieczna twierdza. Bilet wstępu kosztował 10 €  (pies gratis). Spędziliśmy tam dwie godziny, a zwiedzanie rozległego miasteczka z okazałymi, wojskowymi budowlami, było niezapomnianą lekcją historii.

 

 

4 maja

Na ostatni dzień, zostawiliśmy sobie główną atrakcję niemieckiej części SaksoniiBastei („Baszta”). Zanim doszliśmy do tego kamiennego mostu, podjechaliśmy autem (15 km od Reinhardtsdorf-Schöna) za miejscowością Waltersdorf  i na  leśnym parkingu zostawiliśmy auto. Stąd, czerwonym szlakiem doszliśmy do kurortu nad Łabą – Rathen, żeby za chwilę wspiąć się do skalnego miasta i mostu (od auta 30 min). Podziwianie pięknych panoram, przeciskanie się w skalnym labiryncie, wspinaczkę schodami na wysokie turnie,  zakłócał nieco tłum międzynarodowych turystów. Ale i tak warto było.

 

Na szczęście, w drodze do ślicznego miasteczka Stadt Wehlen nad Łabą (2,5 godz. zielony szlak) spotkaliśmy garstkę turystów, przechodząc przez skalne, leśne labirynty i wąwozy. Ścieżką rowerową wzdłuż Łaby, wróciliśmy do Rathen (4 km) a potem do samochodu.

Ale to nie był jeszcze koniec wycieczki, bo niedaleko znajdował się  zamek Hohnstein, górujący nad miasteczkiem o tej samej nazwie (10 km, dojazd bardzo krętą drogą). W wybudowanym w XII w zamku, mieści się miła kawiarenka – gdzie kawa była obowiązkowa oraz działa całoroczne schronisko młodzieżowe. W dolnej części zamku, znajdują się tarasy widokowe z których mogliśmy podziwiać przepiękną panoramę na Dolinę Polenztal.

Ferie zimowe nad Dunajcem.

Ferie zimowe nad Dunajcem 20I-27I2018

Szczawnicę w Pieninach, wybraliśmy na tegoroczne, tygodniowe „zimowe wakacje”.  Stąd tylko rzut kamieniem w Pieniny polskie i słowackie, Beskid Sądecki oraz Gorce. Ilością  śniegu byliśmy nieco zawiedzeni, ale widokami już nie. Zakwaterowaliśmy się  w komfortowym domku, z pięknym widokiem na góry, z dala od miasta. http://www.goralskiedomki.pl/

21 stycznia

Wycieczka na dół do Szczawnicy, ładnie położonej między górami i Dunajcem.

W drodze ze Szczawnicy – położonej w środku Pienin,  do bacówki „z duszą” Pod Bereśnikim 843 m n.p.m. – należącym już do Beskidu Sądeckiego (1 godz., żółty szlak). Oczywiście psy są tu mile widziane.

  Wciąż na żółtym szlaku, piękny widok na przełom Dunajca. Śniegu wciąż mało – a miało wg. dwóch prognoz  mocno sypać … .

22 stycznia

Busem ze Szczawnicy  do Jaworek dojechaliśmy w 15 min (pi es gratis)a dalej już na nogach, przez Wąwóz Homole (zielony szlak) wspięliśmy się na 950 m n.p.m. na Pod Wysoką ( końcówka  bardzo stroma i śliska ). Tym samym naleźliśmy się na głównej grani Małych Pienin  (niebieski szlak). A po obydwu stronach szlaku, roztaczała się rozległa panorama. Na północy – na polski Beskid Sądecki:

A na południe – na słowackie Pieniny a hen daleko Tatry. Po drodze odbiliśmy trochę od szlaku, żeby ogrzać się i coś zjeść w schronisku „Pod Durbaszką” (Górski Ośrodek Szkolno-Wypoczynkowy) okazał się on bardzo przyjazny psom.

Tuż przed zejściem z niebieskiego szlaku, szlakiem  rowerowym (niebieski 1 godz.) do Szczawnicy – „Na Potoku”.

23 stycznia

Tym razem busem podjechaliśmy do Krościenka nad Dunajcem (15 min.) w celu zdobycia najwyższych w Pieninach – Trzech Koron 982 m n.p.m.. Żółtym szlakiem w 1,5 godz. doszliśmy do Przełęczy Szopka. Skąd roztaczała się piękna panorama na Tatry. W drodze na szczyt musieliśmy pokonać schody ażurowe. O ile do góry, Pag dziarsko wbiegał, to w dół schodził powoli i ostrożnie …

A z platformy widokowej na szczycie długo nie mogliśmy napatrzeć się na piękną panoramę z Dunajcem i górami po horyzont.

Po zejściu do Przeł. Szopka, w 30 min. doszliśmy do schroniska PTTK „Trzy Korony”. Bez problemu pozwolono nam wejść z psem (w przeciwieństwie do schroniska  PTTK Orlica w Szczawnicy !) i tu zjedliśmy rewelacyjną szarlotkę z bitą śmietaną na ciepło.

Po czym zeszliśmy do Sromowic Niżnych i przez kładkę na Dunajcu przeszliśmy na słowacką stronę, do miasteczka Czerwony Klasztor. Tu zaczynał się malowniczy szlak żółty wzdłuż przełomu Dunajca, który 7 zakolami opływa skalne ściany. Oczywiście największe wrażenie zrobiła ambona skalna Sokolicy. Po 2 godz. byliśmy w Szczawnicy.

24 stycznia

Ze Szczawnicy dzieliło nas 20 min jazdy autem od sztucznego Jeziora Czorsztyńskiego.

Na jego północno-wschodnim brzegu a dokładnie na wysokiej skale, wznoszą się ruiny średniowiecznego zamku Czorsztyn.

A bardziej na południowo-wschodnim brzegu, średniowieczny zamek Dunajec w Niedzicy.

25 stycznia

Na niebieskim szlaku w drodze do schroniska na Przehybie. Przy słonecznej pogodzie, jak na dłoni widzieliśmy zaśnieżone Tatry. Trzy godziny zajęło nam dojście do schroniska położonego na 1150 m n.p.m., gdzie kawę wciąż podają w szklance!

Jednak najładniejszą panoramę na TatryPodhale podziwialiśmy z punktu widokowego obok budynku schroniska.

     26 stycznia GORCE

Podjechaliśmy do Nowego Targu i zielonym szlakiem,  ruszyliśmy na Turbacz. Na licznych polankach mogliśmy podziwiać piękną panoramę Tatr.

A im wyżej śniegu przybywało a słońce przyjemnie grzało…

Po 3 godzinach, doszliśmy do schroniska PTTK Turbacz położonego na 1278 m n.p.m.

 

Ale zanim weszliśmy do środka, zdobyliśmy – w 10 min – Turbacz 1310 m n.p.m. A w schronisku, gdzie psy są mile widziane, zrobiliśmy sobie zasłużony odpoczynek. Może szarlotka do najsmaczniejszych nie należała, ale capucino smakowało wybornie.

                                                         Do samochodu schodziliśmy żółtym szlakiem.

 

 

Pod znakiem psa czyli Rumunia 2017 (oraz upalne Węgry)

Rumunia i Węgry 1-20.VIII.2017

Po przeczytaniu wielu różnych relacji o rumuńskich psach (bardziej lub mniej przyjaznych), postanowiliśmy na własnej skórze przekonać się, jak z tymi czworogami jest naprawdę. Bo o tym że, Rumunia z dzikimi Karpatami jest ciekawa i piękna, wiedzieliśmy od dawna. Na wyjazd zaopatrzyliśmy się w „zestaw sylwestrowy” czyli w petardy różnego kalibru, jako „odstraszacza” na groźniejsze psy. Przez 2 tygodnie mieliśmy zamiar pochodzić po Karpatach Południowych, przejechać się słynną Trasą Tranfogaraską, oraz zobaczyć główne atrakcje TransylwaniiWołoszczyzny z zamkami Drakuli na czele. W większości noclegi mieliśmy zabukowane na kwaterach, a 3 dni mieliśmy spędzić na campingu. W drodze z Polski do Rumunii, zamierzaliśmy  zatrzymać się 3 dni na WęgrzechBudapeszcie, a wracając do kraju, spędzić  2 noce nad Balatonem.

Dzień 1 Budapeszt 36°C

Po przejechaniu 900 km autostradami, kolejno: niemieckimi, czeskimi, słowackimi i węgierskimi, dotarliśmy do stolicy Węgier. Mimo godzin wieczornych, termometr w samochodzie pokazywał 38°C! Zatrzymaliśmy się na trzy noce w  przyjemnym hostelu Hungaria, jego strona po polsku:  http://hungariaguesthouse.com/polski.html.  Za noc w pokoju dwuosobowym z łazienką, zapłaciliśmy 26 €,  a za psa nie pobrano żadnej opłaty.  W naszym pokoju  – mimo otwartego na oścież okna – w nocy mogło być 30 °C (pokój był bez klimatyzacji). I Pagowi ciężko się spało, o czym świadczyło jego głośne dyszenie, dochodzące z łazienki, gdzie zwykle spał. Gorące, duszne, budapesztańskie noce, sen z powiek  nam spędzały, ale z rekompensatą przychodził dzień, podczas którego zwiedzaliśmy to ciekawe miasto. Rano po śniadaniu – zapatrzeni w plan Budapesztu (dostępny w hostelu), w 10 min. doszliśmy do metra.  Po kupieniu  w automacie 3 biletów (1 przejazd – 350 forintów/osoba, pies) udaliśmy się do wagonu metra – linii M2, ale na przeszkodzie stanęły nam ruchome schody… . Przestraszony Pag obszczekał je, po czym za żadne smakołyki świata, nie chciał ruszyć dalej. Nie pozostało nam więc nic innego, jak wniesienie go na rękach na dół. Z tym wyzwaniem (30 kg) świetnie poradził sobie Krzysiek (90 kg). W końcu znaleźliśmy się w dość zatłoczonym wagonie, żeby po 15 min. nieco nerwowej podróży, znaleźć się w centrum Budapesztu. (Na górę, Pag musiał  pokonać tylko „nieruchomy” chodnik). Po wymianie euro na forinty (w pierwszym napotkanym kantorze, po jakimś lichwiarskim kursie), zalaną słońcem ulicą Kossuth, doszliśmy do mostu nad Dunajem. Po przedostaniu się na drugą stronę Dunaju, zaczęliśmy wspinaczkę – na jedno z kilku wzgórz Budy –  Wzgórze Gellerta. Tu się Pagowi podobało, bo szedł zacienionymi alejkami i miał dookoła mnóstwo drzew. Ze szczytu roztaczał się przepiękny widok na DunajBudapeszt. Znajduje się tu ciekawa cytadela, zbudowana przez Habsburgów i górujący nad wzgórzem Pomnik Wolności. Było też mnóstwo turystów (dużo Polaków). Po zwiedzeniu Wzgórza Gellerta, przyszedł czas na przepiękny kompleks zabytków na Królewskim Wzgórzu. Dojście tam, zajęło nam – idąc spacerowym tempem  – niecałą godzinę.  Żeby nie męczyć zmęczonego upałem Paga, zwiedzaliśmy osobno. Gdy jedno z nas zwiedzało, drugie „piknikowało” z psem, na zacienionym trawniku pod średniowiecznymi murami. Majestatyczny Zamek Królewski, elegancki  Pałac Prezydencki, Kościół Macieja z kolorowymi dachówkami, bajkowa Baszta Rybacka, zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Nic dziwnego, że Królewskie Wzgórze trafiło na listę UNESCO. Mogłabym spędzić tu pół dnia podziwiając piękną zabudowę, spacerując klimatycznymi, starymi uliczkami i  popijając kawę w licznych kawiarenkach, ale czas nas trochę gonił. Potem – już razem – zeszliśmy do Dunaju, żeby przez Łańcuchowy Most przedostać się na drugą stronę rzeki czyli do Pesztu. Zabytkowy most oczywiście się nam spodobał, ale najlepiej efektowny jest chyba wieczorem, gdy jest oświetlony. Idąc wzdłuż Dunaju, Pag wymusił na nas kilka przerw, żeby po schodach zejść do brunatnej, zimnej wody, zamoczyć się a następnie wytarzać się w równie czystym piasku, jak woda w rzece. W drodze na wyspę Małgorzaty, oczywiście była obowiązkowa sesja zdjęciowa przy ogromnym Parlamencie. No i trafiliśmy na niezwykłe miejsce na Dunaju – budapesztański Central Park czyli  Wyspę Małgorzaty. Zamknięta dla ruchu samochodowego wąska wyspa, jest idealnym miejscem, żeby uciec od zgiełku miasta i odpocząć w parku, niedaleko „tańczących” w rytm muzyki fontanny. Biega tu dziesiątki biegaczy, dla których przygotowano ponad pięciokilometrową ścieżką pokrytą – zdrowym dla stawów – tartanem! Ale czas było wracać, bo do metra mieliśmy spory kawałek. W podziemiach metra, miła pani bileterka widząc naszego psa, zdjęła sznurek zagradzający wejście na nieczynne schody ruchome, dzięki czemu Pag na własnych łapach mógł zejść, a właściwie zbiec w dół. Po dzisiejszym dniu wiemy już, że nasz pies schodów ruchomych, czynnych czy nie, raczej będzie unikał.

Dzień 2 Budapeszt 37 °C

Ponieważ, upał nie dawał za wygraną, postanowiliśmy spędzić ten dzień mniej intensywniej niż wczoraj. Zrobiliśmy sobie spacer do dużego, oddalonego o 2 km od hostelu, miejskiego parku  – Varosliget. Spacerując szerokimi alejkami, doszliśmy do dość niezwykłego zamku.  Zanim go obeszliśmy, rozłożyliśmy koc na trawie miedzy drzewami przy zamkowym stawie. Gdy jedno  z nas zwiedzało, drugie zostawało na kocu, a Pag albo drzemał albo  – idąc w ślady innych psów – pluskał w stawie. Podejrzewam, że gdyby woda była czystsza, to do psów dołączyliby ludzie, bo upał był nieziemski. Zamek Vajdahunyad z dość krótkim rodowodem (wybudowany w 1896 roku) ale swoim ogromem, nie odstaje od innych starych zamków. Jest on połączeniem 3 stylów architektonicznych: gotyku, baroku i renesansu oraz zestawieniem wielu znanych budowli znajdujących się na terenie ówczesnych Węgier. Ale najbardziej efektowna jest ta „starsza” część zamku, wzorowana na siedmiogrodzkim zamku Hunedoara (następnego dnia mieliśmy go zwiedzić). Oglądania i fotografowania zamku nie było końca:  a to od strony fosy czy kamiennego mostu, innym razem od strony kaplicy czy murów. Przez bramę mostową przeszliśmy do innej części parku, skąd miałam 5 min. do największego i najważniejszego budapesztańskiego placu – Placu Bohaterów.  Wysoką kolumnę z posągiem archanioła Gabriela, oraz stojące po jej dwóch stronach półkoliste kolumnady z rzeźbami bohaterów węgierskich, dość szybko sfotografowałam, bo na pustym placu czułam się na jak na rozgrzanej do czerwoności patelni. Po powrocie pod zamek, gdy głód zaczął nam doskwierać, poszliśmy na obiad do restauracji oddalonej 5 min. spacerem od parku. Krzysiek zamówił gulasz węgierski – w wersji light czyli bez ostrej papryki a ja naleśniki z serem. Pagowi musiała wystarczyć miska z wodą, którą kelnerka przyniosła, jak tylko usiedliśmy przy stoliku. (Smaczny obiad wyniósł nas 4500 forintów). Byliśmy nieco zaskoczeni, że w  restauracji jak i pobliskich pubach „pod chmurką”, nie obowiązuje zakaz palenia.

Dzień 3 RUMUNIA

Pożegnawszy się z Budapesztem, ruszyliśmy autostradą (M5) do kraju Drakuli. Przed nami było do przejechania ponad 600 km, w większości rumuńskimi drogami. Ale najpierw musieliśmy zatrzymać się na granicy węgiersko – rumuńskiej (Rumunia nie jest w strefie Schengen).  W kolejce  do bramek,  gdzie odbywała się odprawa paszportowa, czekał sznur samochodów.  Po 25 minutach byliśmy już po odprawie, celnik rzucił tylko okiem na nasze dowody (paszportu Paga nie chciał) i byliśmy już w Rumunii. Mknęliśmy przez świetną autostradą A1, mijając malownicze pola kukurydzy i słoneczników, aż zjechaliśmy do stacji benzynowej. Tu spotkała nas pierwsza, rumuńska niespodzianka: bo skromny barak z dwoma dystrybutorami (sieć MEL), bardziej pasował do jakiejś lokalnej, mało ruchliwej drogi niż do nowoczesnej autostrady. Ponieważ  liczba samochodów z przeróżnych krajów była duża, to przyszło nam czekać 30 min. w kolejce. Zjechawszy na parking za stacją, w poszukiwaniu toalety,  znalazłam  …  toi-toje.  Najważniejsze, że WC było,  a w klimatyzowanym sklepie można było płacić kartą, a przed sklepem stała świetnie wyposażona lodówka z napojami. (Później mieliśmy się przekonać, że przy autostradach są też stacje benzynowe w niczym nie ustępujące od naszych).  Po przejechaniu 150 km autostradą, czekał nas 100-kilometrowy, dość górzysty odcinek głównej drogi nr. 68A (E673). Ta droga – jak się miało później okazać i wszystkie inne  w Rumunii – nie miała pobocza. (Trwa budowa autostrady równoległej do niej). W pobliżu miasta Deva zjechaliśmy z drogi, żeby zwiedzić przepiękny, średniowieczny zamek Hunedoara. Choć okolica zeszpecona jest przemysłowymi, zdewastowanymi obiektami przemysłowymi, zamek jest przepiękny i w pełni zasługuje na miano najładniejszego w całej Transylwanii. Auto zostawiliśmy na płatnym parkingu pod zamkiem i brukowaną ulicą doszliśmy pod bajkowy zamek.  Z biletem w ręku za 30 lei, Krzysiek pierwszy zmierzył się z zamkiem. Ja z Pagiem odpoczywałam w cieniu wielkiego dębu, mając na przeciw,  zamek z licznymi wieżami i wieżyczkami.  Od początku, czyli XIV w. Hunedoara była siedzibą potężnego węgierskiego rodu Huniady  (najznakomitszy jej przedstawiciel – Macieja Korwin został królem Węgier), przez nią jak i następne rody, Hunedoara była wielokrotnie przebudowywana i powiększana, a obecny kształt robi duże wrażenie. Na zamek prowadzi długi, przerzucony nad rzeką, drewniany most, następnie przez bramę  w wieży, wchodzi się na dziedziniec. Najciekawsza z wież pięcio-kondygnacyjna wieża Neboisa („nie bój się”), jest wysunięta poza obwód zamku i połączona z nim długim arkadowym krużgankiem. Na niektóre wieże warto wspiąć się po drewnianych schodach, żeby spojrzeć z ciekawej perspektywy na  zewnętrzną część zamku. Mimo dość skromnego wyposażenia, warto zwiedzić wnętrza zamku,  pospacerować licznymi korytarzami, zwiedzić gotycką Salę Rycerską z pięknym sklepieniem i zamkową cerkiew Św. Mikołaja. Na  zwiedzanie zamku  przeznaczyć trzeba co najmniej godzinę, my niestety tyle czasu nie mieliśmy, bo przed nami był jeszcze spory kawałek do przejechania. Po półtorej godziny jazdy  (najpierw autostradą A1, a potem drogą główną E68) dojechaliśmy do miasteczka Cârta (40 km od Sibiu) na holenderski camping De Oude Wilg. Spory, położony w starym sadzie, z rzeką i polem na tyłach, do tego dość tani (noc 12 €/my,namiot,auto,pies).  Miał wszystko co jest potrzebne na campingu, zwłaszcza świetnie wyposażoną kuchnię. Strona camingu http://www.eurocampings.pl/rumunia/carta/kemping-de-oude-wilg-117110/. https://www.eurocampings.pl/rumunia/carta/kemping-de-oude-wilg-117110/. Wieczorem zrobiliśmy sobie spacer do ciekawych ruin średniowiecznego monastyru. Cârta okazała się niedużym ale ładnym miasteczkiem.

 Dzień 4 Cabana Barcaciu 1550 m n.p.m 

W końcu przyszedł dzień, w którym mieliśmy wyruszyć w Góry Fogaraskie! Jest to najwyższe pasmo w Karpatach Południowych, jak i całej Rumunii. Ale najpierw czekała nas 40-minutowa przejażdzka samochodem. Przez miasteczko Avrig, dojechaliśmy do schroniska (rum. cabana) Poiana Neamtului, do którego ostatnie kilometry musieliśmy pokonać gruntową drogą (wcześniej jechaliśmy asfaltową drogą). Położona na wysokości 706 m n.p.m. cabana, z zamkniętym parkingiem przypominała hotel górski niż schronisko. Mimo wczesnej pory, na leśnym parkingu jak i przy drodze, stało już sporo aut. Wypatrzyliśmy wolne miejsce między samochodami i ruszyliśmy na szlak. W Rumunii do oznaczenia szlaków używa się 3 kolorów: czerwonego, niebieskiego i żółtego. Oraz 4 symboli: pionowego paska (między białymi paskami), równoramienny krzyżyk na białym polu, koło i trójkąt. Nas miał prowadzić szlak z czerwonym krzyżykiem (oznaczenia szlaków dojściowych do głównej grani).  Według drogowskazu droga do – cabany Barcaciu, miała nam  zająć  2 godz. i 20 min. Ten szlak, jak i następne którymi później chodziliśmy, były bardzo dobrze oznaczone. Napotkani na szlaku turyści, przyjaźnie reagowali na Paga i czasami zamieniali z nami parę słów – jeśli znali angielski. Ale początku było mocno pod górę, najpierw drogą z koleinami, a potem  ścieżką przez zalesiony grzbiet. Powyżej 1200  m n.p.m. odsłoniły się przed nami wysokie, trawiaste szczyty, przypominające trochę nasze Tatry Zachodnie. A potem, ścieżką skąpaną w słońcu, doszliśmy do położonej na 1550 m n.p.m polany, gdzie stało drewniane, nieduże schronisko Barcaciu.  Na spotkanie wybiegła nam „schroniskowa” spora suczka, machając ogonem obwąchała nas i Paga, po czym oddaliła się. Szybko jednak wróciła z dwoma swoimi koleżankami. Robiło się nerwowo bo, suczki  (broniąc swego  terytorium, wyczuły w Pagu  wroga) zaczęły warczeć i nas osaczać, aż w końcu największa z nich  ugryzła Paga.  Krzysiek musiał się mocno nakrzyczeć i nagestykulować, żeby je przegonić. (Były nieprzyjazne tylko dla naszego psa). Na szczęście rana okazała się niegroźna,  ale o wspólnym siedzeniu przy schronisku musieliśmy zapomnieć. Gdy  Krzysiek z Pagiem odpoczywali na ławce kilkanaście metrów za schroniskiem, ja próbowałam  zamówić coś do jedzenia w schroniskowym barze, obsługiwanym przez starszą parę, będącą również gospodarzem obiektu. Ponieważ manu było w języku rumuńskim, a małżeństwo nie mówiło po angielsku, z pomocą przyszła mi para przemiłych, mówiących po angielsku Rumunów, jedzących przy stole na zewnątrz. Namówili mnie na tradycyjne rumuńskie danie – mamałygę. Mamałyga czyli placek z kaszy kukurydzianej, okraszony tłustą śmietaną i ostrą bryndzą, smakował wybornie! (10 lei). Podana na wielkim talerzu, okazała się na tyle syta, że jedną porcją najedliśmy się obydwoje. Do tego wypiliśmy kufel orzeźwiającego „suropu” czyli wody zmieszanej z syropem zrobionym z pędów sosny (5 lei).  (Po zjedzeniu zmieniłam Krzyśka przy Pagu). Powrót na dół do samochodu, był tym sam szlakiem.  Zanim dojechaliśmy do  Carty, w miasteczku Avrig, zrobiliśmy zakupy w Lidlu a na ryneczku kupiliśmy soczystego i słodkiego arbuza (4 kg- 5 lei).

Dzień 5 Droga Transfogaraska/Valea Doamnei/Bâlea Lac

Dzień pełen niespodzianek. Zaczęliśmy od przejechania się samochodem słynną Drogą Tranfogaraską. Przez wielu znawców tematu, uważaną za najpiękniejszą górską drogę w Europie. Zbudowana w latach 70-tych szosa, przecina Góry Fogaraskie z północy na południe, żeby w najwyższym punkcie przy jeziorze Bâlea Lac osiągnąć wysokość 2037 m n.p.m. Widoki z pełnej wiraży i nawracających serpentyn drogi, zapierają dech w piersiach, a jazda nią to emocjonująca przygoda. Droga liczy 92 km, a przejażdżkę nią rozbiliśmy na 2 etapy. Dziś mieliśmy poznać jej północy odcinek, liczący 35 km, zaczynający się od naszej miejscowości z campingiem  Cârta.  Początek był dość monotonny, dopiero po 20 km zaczęliśmy się stopniowo wspinać do góry i wtedy zaczęły odsłaniać się widoki. Zatrzymaliśmy się na wysokości 1240 m n.p.m., gdzie znajdowało się schronisko (bardziej hotel górski) Bâlea Cascada. Trafiliśmy tu akurat w niedzielę, gdzie było mnóstwo ludzi, a  znalezienie wolnego miejsca na dużym parkingu graniczyło z cudem. Na szczęście przy drodze, wypatrzyliśmy wolne miejsce na zaparkowanie samochodu. Większość ludzi robi sobie z Bâlea Cascada krótką wycieczkę do wodospadu  Bâlea Cascada (30 min) lub wjeżdża kolejką linową na wysokość 2037 m n.p.m. nad jezioro Bâlea Lac. Szybko opuściliśmy zatłoczone miejsce i szlakiem – oznaczonym czerwonym krzyżykiem, ruszyliśmy do góry. Według drogowskazu szlak  przez dolinę Valea Doamnei i przełęcz Saua Doamneina,  do Balea Lac, miał zająć nam 4 – 4,5 godziny. Żeby przedostać się do doliny Doamnei,  musieliśmy stromą ścieżką w lesie, przeciąć w poprzek grzbiet górski. Szlak był dobrze oznaczony,  a ścieżka  momentami schodziła do wartkiego strumienia, w którym mogliśmy się nieco ochłodzić, bo było bardzo gorąco. Powyżej 1500 m, las się stopniowo przerzedzał, ustępując miejsca trawiastym łąkom. Wraz ze wzrostem wysokości robiło się stromiej, a dolina robiła się coraz szersza, wciśnięta między dwa łańcuchy dwutysięczników, a od południa zamknięta  głównym grzbietem Gór Fogaraskich. Po drodze mijaliśmy pojedyncze owce pasące się w pobliżu pasterskiej zagrody, świnie kąpiące się w potoku, osiołki nad polodowcowymi jeziorkami. Tuż przed wejściem, na przełęcz Saua Doamnei spotkaliśmy przy szlaku, stado owiec z pasterzem i kilkoma niedużymi psami. Pasterz widząc naszego psa, przywołał swoje czworonogi do siebie, a my z Pagiem na smyczy (biegał do tej pory luzem), ominęliśmy stado dużym łukiem. A na przełęczy Saua Doamneina 2100 m n.p.m., gdzie krzyżowały się szlaki i spotkaliśmy sporo „plecakowców”, zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę.  Przepiękne widoki podziwialiśmy w towarzystwie Polaka, który dołączył do nas na przełęczy. Przed sobą mieliśmy panoramę na Valea Doamnei a od wschodniej strony – na jezioro Bâlea Lac,  wciśnięte między skaliste góry i duży parking samochodowy. Na najwyższym punkcie Drogi Tranfogaraskiej w sezonie – a zwłaszcza w niedzielę, przeważają „zmotoryzowane”, piknikujące rodziny rumuńskie. I z myślą o nich, przy drodze przed wjazdem do tunelu, czeka wiele „atrakcji” w postaci kramików z różnymi spożywczymi specjałami i pamiątkami. Komercja w tym pięknym miejscu, bije mocno w oczy, i trudno tu o ciche miejsce. Gdy zaczęliśmy schodzić na dół w stronę jeziora (zajęło nam to 30 min.) deszcz wisiał w powietrzu. Na dole,  ulewa rozpętała się na dobre, a my schroniliśmy się pod daszkiem, zamkniętego budynku rumuńskiego – odpowiednika naszego GOPR-u – Salvamontu. Mieliśmy to szczęście, że po kilkunastu minutach, przyszli ratownicy i zapraszając na herbatę, wpuścili nas do środka. Gościnni ratownicy zaserwowali nam, poza gorącą herbatą z cytryną, prawdziwe historie o groźnych psach w górach, gotowych rozerwać na strzępy inne psy. (Wtedy po raz pierwszy zwątpiłam czy zabranie Paga do Rumunii było dobrym pomysłem). Po pół godzinie, gdy trochę się przejaśniło a deszcz zelżał,  zaczęliśmy schodzić mokrą,  zakorkowaną Drogą Tranfogaraską. (To był najkrótszy i najbezpieczniejszy wariant). A ponieważ perspektywa 3-godzinnego schodzenia do Bâlea Cascada do auta, była mało zachęcająca, postanowiliśmy zbiec na dół, skracając czas do 1,5 godziny. Gdy zmęczeni dotarliśmy do auta, przestało padać i wyszło słońce.

Dzień 6 Sighisoara/Rupea/Brasov (Braszów)

Przyszedł czas na pożegnanie się z Cârtą i z komfortowym campingiem, żeby udać się  do środkowej Transylwanii. Był to pierwszy pochmurny dzień naszej węgiersko-rumuńskiej wyprawy (jeden z nielicznych jak się miało później okazać). Pierwszym z ciekawych miejsc, które mieliśmy zobaczyć tego dnia, była 40-tysięczna Sighisuara. 2-godzinna podróż drogą nr. 105 i 106 nie była może za szybka, ale za to ciekawa krajobrazowo. Asfalt na drodze przypominał trochę ser szwajcarski, ale wolna jazda sprzyjała podziwianiu malowniczych wzgórz, z pasącymi się stadami: owiec, krów, koni i kóz. W Sighisuarze zatrzymaliśmy się na ulicy u podnóża Wzgórza Zamkowego (425 m n.p.m.), otoczonego starymi murami, w obrębie których skupia się większość zabytków miasta. Średniowieczna Starówka wpisaną  jest na listę  UNESCO i nie bez powodu uchodzi za Perłę Transylwanii. Najpierw długimi schodami, przez jedną z licznych bram w murach – weszliśmy do starego miasta. Dalej, idąc wąską uliczką doszliśmy do podnóża zabytkowych, zadaszonych  Szkolnych Schodów wybudowanych w 1642! Krzysiek po pokonaniu 176 stopni, zwiedzał najwyższą część wzgórza z  luterańskim, gotyckim kościołem „Na Wzgórzu” (zdobienia ścienne w nim wykonywał syn Witta Stwosza – Jan)  i ewangelickim, starym cmentarzem. A ja z Pagiem spacerowałam po brukowanych uliczkach, nie mogąc się napatrzeć na kolorowe, wysokie kamienice, z których każda wyglądała inaczej. Potem już wspólnie oglądaliśmy symbol   Sighisuary  czyli Zegarową Wieżę, jedną – z 9 – do dziś zachowanych wież. Wybudowana w XIV w. nad główną bramą strzegącą dostępu do miasta, przez 200 lat pełniła rolę ratusza. A współczesny ratusz stoi obok, a z zielonego skwerku – znajduje się przed – roztacza się rozległa panorama na miasto w dole. Obok ratusza znajduje się halowy, kościół klasztorny, który stoi do dziś, opierając się różnym kataklizmom, które go często nawiedzały. w drodze na Plac Cytadeli, obejrzeliśmy dom Drakuli  (Casa Drakuli)  w którym mieszkał słynny Wład Palownik znany bardziej jako Drakula (pierwowzór Drakuli w powieści Brama Stokera). Dziś na parterze tej XIV-wiecznej kamienicy w kolorze ochry, mieści się restauracja a na piętrze znajduje się Muzeum Broni. Na wielkim Placu Cytadeli, zrobiliśmy sobie przerwę na południową kawę. Siedząc przy jednym z wielu kawiarnianych stolików – w cieniu rozłożystego drzew, mogliśmy na spokojnie przypatrzeć się otaczającym plac, odrestaurowanym kamienicą. Naszą uwagę przykuł narożny  dom „Pod Jeleniem” z porożem jelenia, do którego domalowano na dwóch ścianach, resztę zwierzęcia. Zanim wróciliśmy do auta, pospacerowaliśmy wzdłuż starych murów, a przy rzymskokatolickim kościele, parze młodej robiącej sobie sesję zdjęciową, „pożyczyliśmy” – na ich prośbę – Paga. W drodze do Brasova (45 km), zatrzymaliśmy się pod ciekawym obiektem – Rupea. Jest to – jeden z wielu w Rumunii – zamków chłopskich. Stanowił  on własność miejscowej ludności i służył jej za schronienie w czasie najazdów wroga (głównie ze strony Turków).  Obecny kształt po licznych przebudowach, zamek uzyskał w XII w. a po najeździe tureckim w XV w. nastąpił kres jego świetności. Wewnątrz świetnie zachowanych, grubych murów z kilkoma narożnymi wieżami, zachowały się pozostałości „miasteczka”. Są to mniej lub bardziej kompletne  budynki mieszkalne  i użyteczności publicznej, zachowane w górnej i dolnej części twierdzy. Z najwyższego  punktu zamku, gdzie budynki są częściowo wkomponowane w skałę, rozciąga się rozległy widok na miasto i ładne okolice. Zamki chłopskie w Polsce nie występują i dlatego spacer wewnątrz starych murów Rupea jest niezapomnianą lekcją „żywej” historii, którą poznajemy w towarzystwie nielicznych turystów. Z Rupei pojechaliśmy do Brasova. Nasza kwatera mieściła się zaledwie 15 min. od słynnego rynku. Musieliśmy wspiąć się autem na stromą górę, skąd roztaczał się ładny widok na stare miasto w dole i górę Tamp  z wielkim napisem „BRASOV”. Wieczór spędziliśmy spacerując po klimatycznym, starym mieście. Zaczęliśmy od  obejrzenia z zewnątrz, największej atrakcji miasta – gotyckiego Czarnego Kościoła.  Ogromny rynek, z barokowym ratuszem, z mnóstwem kawiarnianych i restauracyjnych stolików, pubów, stanowi serce miasta i jest tłumnie odwiedzane przez turystów. Właśnie w pobliżu rynku, kupiliśmy i zjedliśmy popularny rumuński, słodki przysmak kurtos kalacs, wydając 10 lei dostaliśmy do ręki, coś na kształt ciepłego kołacza.  (To rodzaj ciastka pieczonego na drewnianych wałkach, które po upieczeniu  posypuje się cukrem, orzechami lub cynamonem). Spacerem wzdłuż starych murów zakończyliśmy – zauroczeni starym miastem, wieczór.

Dzień 7 Brasov/Rasnov/Cǎmpulung

Zasypiając na kwaterze,  w głowie miałam jedną myśl: wrócę kiedyś do Brasova, tylko na dłużej. My mamy magiczny Kraków, a Rumuni otoczony górami Brasov z pięknym rynkiem i starówką. Żeby zobaczyć miasto z lotu ptaka, postanowiliśmy zdobyć  – popularną, liczącą 950 m n.p.m. górę Tampa. Po drodze zaopatrzyliśmy się w cukierni ( 4 lei/1 szt.) w pyszne rumuńskie „drożdżówki”  czyli langoše z bryndzą oraz marmoladą. Wjechanie na górę, wagonikiem kolejki terenowej nie wchodziło w grę, więc urządziliśmy sobie godzinny – dość wymagający – spacer. Prowadził on najpierw schodami, a potem szerokimi alejkami i ścieżkami, a po drodze mijaliśmy licznych turystów – w tym z Polski. A na górze, z punktu widokowego, usytuowanego obok napisu „BRASOV”, mogliśmy podziwiać piękną panoramę miasta. Zejście było już szybsze i krótsze, innym szlakiem. Po powrocie do Brasova, był jeszcze godzinny spacer po starym mieście, podczas którego dość przypadkowo, odkryliśmy najwęższą ulicę świata, po czym wróciliśmy do kwatery. Tego dnia mieliśmy zamiar ruszyć na południe Rumunii, do kolejnej kwatery, w miejscowości CǎmpulungPag jakoś nie mógł rozstać się z przytulnym (i chłodnym) apartamentem, a na znak protestu, położył się w cieniu i za żadne skarby nie chciał się ruszyć, więc został przez Krzyśka siłą zaniesiony do samochodu. Po jakiś 20 min. jazdy górzystą, krętą drogą, znaleźliśmy się pod kolejnym chłopskim zamkiem, będącym własnością okolicznych mieszkańców – Rasnov. Ten zamek – w przeciwieństwie do Rupea, był już oblegany przez turystów, i zrobienie „nieludzkiego” zdjęcia było wielkim wyzwaniem. Po kupieniu biletu wstępu (12 lei) przekroczyliśmy bramę  i znaleźliśmy się wewnątrz murów, mając widok na górną część zamku z kolejnym pierścieniem murów. Rasnov powstał na podwalinach zamku krzyżackiego w XIII w. a  w ciągu swojej długiej i burzliwej historii przeżył wiele oblężeń, ale  został zdobyty dopiero w 1612 r. (mieszkańcy się poddali z powodu braku wody pitnej ). Przez kolejne dwa wieki zamek podupadał w ruinę, do czego przyczyniły się liczne pożary oraz trzęsienie ziemi. Dopiero w XIX w. Rasnov został odbudowany przez prywatnego inwestora i dziś prezentuje się okazale. Dziś w murach ogromnej twierdzy, można znaleźć świetnie zachowane „miasteczko”, z kościołem, kamiennymi domkami i budynkami gospodarczymi, z zielonym skwerkiem z ławkami i głęboką studnią, ze straganami z pamiątkami. W najwyższym punkcie, znajduje się punkt widokowy na okolicę, ale zanim się tu wdrapaliśmy, musieliśmy pokonać dość śliskie, „schodzone” kamienie. Widok na okolicę był dość ciekawy: z jednej strony roztaczały się przed nami zalesione góry, a z drugiej mieliśmy przed sobą wielką równinę z miasteczkiem.  Po wyjściu z zamku, idąc za przykładem rodzin z dziećmi, wsiedliśmy w wagonik kolejki ciągnącej przez wielki traktor (5 lei/osoba) i zostaliśmy podwiezieni do wielkiego parkingu, gdzie stał  nasz samochód. (W końcu nie zawsze musi być ambitnie). Po ponad dwóch godzinach jazdy, krętą ale bardzo malowniczą drogą, dojechaliśmy do przemysłowego, niezbyt ładnego miasta Cǎmpulung.  Droga (DN1E DN73 )  liczyła tylko 70 km, ale podróż zajęła nam ponad 1,30 godz., za sprawą  licznych wiraży, podjazdów i braku pobocza. Nasz pensjonat Ursula znajdował się 10 min jazdy autem od miasta,  na głębokiej prowincji.

Dzień 8 Cǎmpulung

Tego dnia był tylko rekonesans okolicy i zakupy w supermarkecie Kaufland w pobliskim Cǎmpulung. Po intensywnych ostatnich dniach, zasłużyliśmy na błogie lenistwo.

Dzień 9 Lezer Pǎpuşa

Po dniu regeneracji, przyszedł czas na wycieczkę w góry.  Tym razem wybraliśmy pasmo górskie – Lezer Pǎpuşa, przypominające trochę nasze Bieszczady z długimi grzbietami porośniętymi  trawą, tylko sporo wyższe. Najwyższy szczyt  Vârful  Roşu nieco wyższy od naszych Rysów – 2469 m n.p.m. Po 20 km jazdy, po minięciu tamy na sztucznym jeziorze  Rausor, dojechaliśmy do schroniska  Voina na wysokość 950 m. Tu asfaltowa droga przechodziła w gruntową, wijącą się wzdłuż potoku. Spore schronisko przypominające  trochę hotel górski, ze stolikami na zewnątrz i ze sporym parkingiem, nie mogło narzekać na brak –  w większości – zmotoryzowanych turystów. Po zaparkowaniu samochodu, ruszyliśmy nad strumień, żeby ochłodzić Paga. Jak zwykle skończyło się na bieganiu za kamieniem i zanurzeniu się do brzucha w zimnej wodzie. Dalej, szlakiem oznaczonym niebieskim paskiem, ruszyliśmy w górę Doliny Cuca, wzdłuż wartkiego potoku, co bardzo cieszyło naszego psa. Ta łatwa część szlaku zajęła nam godzinę i kończyła się przy zamkniętym, niedużym schronisku Cuca na wysokości 1175 m n.p.m. Cisza i brak ludzi przy cabanie, trochę nas zaskoczyła, w końcu to był szczyt sezonu! W oczy rzucały się przyczepione w kilku miejscach duże kartki z czerwonym napisem w języku rumuńskim: „atentie ursi!”. Pozbawieni wtedy dostępu do netu, nie mieliśmy najmniejszego pojęcia co napis oznacza. (Może i tak było lepiej, bo gdybym wiedziała, że ostrzegano przed misiami – dosłowne tłumaczenie: „uwaga niedźwiedzie” – to nie wiem, czy  poszłabym dalej …). A dalej  była już wspinaczka stromym zboczem, najpierw lasem, który powyżej 1600 m zaczął się stopniowo przerzedzać ustępując miejsca trawiastym łąkom. I właśnie podchodząc na trawiastą przełęcz Saua Gradisteanu na 1975 m n.p.m., naszym oczom ukazał się przepiękny widok wysokogórskich połonin, z górującym w tle szczytem Papusa.

Byliśmy sami a daleko w tle – niczym białe robaczki – wypatrzyliśmy, pasące się stado owiec z pasterzami. A przy szlaku  stał pasterski domek z zagrodą dla owiec. A dalej też było pięknie i dość łatwo, bo  szlak (czerwony pasek) prowadził  gruntową drogą, która łukiem omijała szczyt Goinatul Mole. Zrezygnowaliśmy z wejścia na szczyt, bo słońce zaczynało trochę doskwierać Pagowi i chcieliśmy mu zaoszczędzić kolejnej wspinaczki i to w słońcu. Idąc długim, porośniętym trawą grzbietem, mogliśmy podziwiać wapienne góry  Piatra Craiului, które wyłaniały się zza sąsiedniej, długiej grani, od której oddzielała nas zielona dolina.  Po jakiejś godzinie doszliśmy do ruin schronu, z tego miejsca mogliśmy z góry popatrzeć na jezioro Rausor, po czym zaczęliśmy zejście w dół do schroniska Voina, wg. drogowskazów miało nam to zająć 1,5 godz. (szlak oznaczony czerwonym paskiem). Zaraz na początku schodzenia, zrobiło się trochę nerwowo, bo przy pasterskich zagrodach wypatrzyliśmy 2 dość spore psy. Jeden z nich  został przy pasterzu, a drugi  bacznie nam się przyglądał z kilkunastu metrów, ale po naszych okrzykach stracił ochotę na bliższe poznanie z nami. W niecałe 2 godziny, stromym szlakiem zeszliśmy do samochodu. Rozległe widoki  z połoninami Lezer Pǎpuşa, absolutna cisza, zróżnicowane pasma górskie wokół, na długo pozostaną w mojej pamięci.

Dzień 10 Bran

Tego dnia zamierzaliśmy zwiedzić słynny zamek  Bran, uchodzący za symbol Transylwanii jak i całej Rumunii.  Reklamowany jako siedziba sławnego Drakuli (hospodara Włada Palownika), co roku przyciąga tysiące turystów. Spodziewaliśmy się komercji, ale to co zobaczyliśmy przeszło nasze najśmielsze  oczekiwania.  Po przejechaniu 55 km, auto zostawiliśmy 1,5 km przed zamkiem na bezpłatnym parkingu, przy głównej drodze. Co było świetnym pomysłem, bo im bliżej zamku, tym robiło się coraz ciaśniej, bo przybywało ludzi i samochodów. Żeby dotrzeć do kasy, w celu kupienia biletów na zamek, musieliśmy przedzierać się przez tłumy turystów, między straganami, które uginały się od przeróżnych pamiątek z podobizną Drakuli. Ale najgorsze było dopiero przed nami: chcąc kupić bilety musieliśmy odstać 30 min. w dłuuugiej, międzynarodowej kolejce! (Drakula ma fanów pod każdą szerokością geograficzną).  Cena biletu wynosiła 40 lei i tylko małe psy, które mieściły się na rękach właścicieli – mogły „zwiedzać” zamek. Gdy Krzysiek zwiedzał siedzibę Drakuli, ja z Pagiem odpoczywałam w cieniu drzew w zamkowym parku. Po godzinie, była zmiana. Sam zamek pamiętający czasy średniowiecza, dumnie stojący na skale, z basztami i małym dziedzińcem, nie mógł nie zrobić wrażenia. Tylko zwiedzanie go z „morzem” głośnych turystów, robiących co chwila zdjęcia swoimi komórki, z zatorami na wąskich schodach i korytarzach, odbierał całą przyjemność zwiedzania. W sumie po 3 godzinach, bez żalu opuściliśmy zamek,po drodze nabywając dwa magnezy i kubek z podobizną mrocznego księcia. Przy samym aucie, od miejscowego rolnika na „mini ryneczku” kupiliśmy za 7,5 lei 7,5 kilogramowego świeżego arbuza, był na tyle soczysty  i pyszny, że daliśmy radę zjeść go całego na kolację. Rumuńskie arbuzy nie mają sobie równych, nigdzie.

                      Dzień 11 Dolina Cuca

30-stopniowy upał oraz bezchmurne niebo, zachęcił nas, do spędzenia dnia w cieniu drzew nad rzeką. Na miejsce piknikowania wybraliśmy znaną już dolinę Cuca. Po zakupach w Lidlu, niekonieczne zdrowych artykułów spożywczych, ruszyliśmy nad sztuczne jezioro Rausol. Zatrzymaliśmy się przed tamą, gdzie  na niewielkim „dzikim” parkingu, został samochód. Po przejściu na drugą stronę zapory, zrobiliśmy sobie niedługi spacer drogą, wokół jeziora. Do samego jeziora nie udało nam się zejść, bo nie byliśmy w stanie pokonać wysokiej, zalesionej skarpy. Po krótkiej wycieczce, wróciliśmy do auta i ruszyliśmy dalej. Nie sądziliśmy, że na pomysł piknikowania nad rzeczką, wpadną też zmotoryzowane i rumuńskie rodziny (była sobota…). Jadąc za zapachem grilla unoszącego się znad rzeki, szukaliśmy jakiegoś wolnego miejsca na trawie nad strumieniem. Trochę to trwało, dopiero kilometr za cabaną Voina, znaleźliśmy nieco miejsca na zacienioneją polance tuż przy strumieniu. (Ponieważ dolina Cuca nie leży w granicach parku narodowego, nie było zakazu poruszania się samochodem). Naszą sielankę nieco psuła, głośna muzyka dochodząca z samochodu 4-osobowej rodziny, piknikującej niedaleko nas. Ale głośne disco nie przeszkadzało Pagowi w zabawie z piłką nad wodą, a gdy do zabawy  dołączyły dzieci sąsiadów, wesołym harcom nie było końca. No i tak, zaczęła się nawiązywać przyjaźń rumuńsko-polska. Rodziła się ona w pewnych bólach bo my nie znaliśmy rumuńskiego, a Rumuni angielskiego, ale język migowy oraz znajomość kluczowych słów w języku niemieckim, przyszedł z pomocą. Zostaliśmy poczęstowani butelką zimnego rumuńskiego piwa (wypiłam je sama bo nie byłam kierowcą) i grillowanym, smacznym szaszłykiem, i to w takiej ilości, że i Pag się załapał. I jak tu nie lubić Rumunów … .

Dzień 12 Corbeni/Poienari

 Nastąpiła zmiana miejsca i kwatery, przesunęliśmy się bardziej na zachód Wołoszczyzny. Po 2 godzinach jazdy, dojechaliśmy do niewielkiego miasteczka przy Trasie TransfogaraskiejCorbeni. „Christina” okazała się przytulnym, wygodnym pensjonatem, z przemiłą i gościnną gospodynią, z wielką, świetnie wyposażoną kuchnią. Otoczona była sporym, terenem zielonym z czymś w rodzaju altany. Jeszcze tego samego dnia podjechaliśmy autem w górę doliny rzeki Ardżesz (Arges) (10 min.). Z zamiarem zdobycia, górującego nad okolicą zamku DrakuliPoienari, a właściwie tego co z niego zostało czyli nieźle zachowanych fragmentów murów i wież. Turystów było sporo, podobnie jak i ich samochodów,  zaparkowanych wzdłuż ulicy. Jednak, żeby zobaczyć z bliska ruiny, zbudowanych na skalistym szczycie, musieliśmy 1440 schodów . Byliśmy trochę zaskoczeni, że bilety wstępu, kupiliśmy prawie u szczytu schodów – pod murami fortecy. Spacerując wewnątrz  średniowiecznych murów, z każdej strony mogliśmy podziwiać daleko w dole, porywający widok  na wąwóz, rzekę i wijącą się – niczym wstążka – Trasę Transfogaraską z wiaduktami. Przepięknie położony zamek Poienari, choć mniej okazały i mniej oblegany przez turystów,   zrobił na nas większe wrażenie, niż mocno skomercjalizowany, najsłynniejszy rumuński zamek – Bran.

Dzień 13 Piscu Negru

Dzień zaczął się od deszczu a temperatura nie rozpieszczała. Samochodem podjechaliśmy w górę Drogi Transfogaraskiej. Najpierw był przejazd przez tamę na ogromnym sztucznym jeziorze Vidraru, a potem asfaltową drogą przez las, wspięliśmy się na wysokość 1200 m n.p.m. do małej miejscowości Piscu Negru. Samochód został na leśnym parkingu a my ruszyliśmy szlakiem, którym mieliśmy dojść do schroniska położonego dość wysoko, na połoninie. Ale plany pokrzyżowały nam dwa spore psy schodzące z gór, które spotkaliśmy na szlaku. Pamiętając mrożące krew w żyłach historie o bezpańskich psach w górach, zawróciliśmy, po nieudanej próbie wystraszenia ich głośnym kapiszonem. Po godzinie, znowu byliśmy przy samochodzie i ruszyliśmy innym szlakiem. Szlak wiódł dość stromą drogą przez las, potem wzdłuż potoku, i tu na drzewach dostrzegliśmy – namalowane białą farbą – ślady niedźwiedzich łap, więc mieliśmy się na baczności, ale misiów nie spotkaliśmy. Potem była ścieżka przez długą polanę, i dwa drewniane puste domki po drodze, żeby w końcu zacząć trawersować w kosodrzewinie, w kierunku skalistej grani.  Pierwsze krople deszczu i kłębiące się, ciemne chmury nad naszym grzbietem, kazały – po 2 godzinach marszu – zawrócić, na wysokości 1670 m n.p.m. Większego deszczu podczas schodzenia w dół jednak nie było (tym samym szlakiem, niedźwiedzi w dalszym ciągu nie było). Zamiast ambitnych 20 km, zrobiliśmy 9 km a niesamowite panoramy na Góry Fogaraskie musieliśmy zostawić na jutro.

Dzień 14 Bâlea Lac/Vânătoarea lui Buteanu

Dziś samochodem mieliśmy do przejechania 70 km słynną Drogą  Transfogaraską, tym razem jej południowym odcinkiem. Dziewięć dni wcześniej zdobyliśmy najwyższy jej punkt – przełęcz Bâlea Lac położoną na 2037 m n.p.m., pieszo i w strugach deszczu, tym razem mieliśmy wjechać samochodem. Wstaliśmy wcześniej niż zwykle i o 7:30 ruszyliśmy. Po drodze zatrzymaliśmy się na wielkiej tamie na jeziorze Vidraru – jeszcze pustej i cichej. Wyżej zatrzymywaliśmy się przy wirażach słynnej szosy, żeby aparatem uwiecznić  piękne widoki. Po przejechaniu krótkiego tunelu, dojechaliśmy na przełęcz Bâlea Lac,  jeszcze bez tłumów i zgiełku samochodowego, z zapełniającymi się parkingami i rozkładającymi się jarmarcznymi kramami przy drodze. Przełęcz jest bardzo popularnym wśród Rumunów i turystów miejscem, do którego można dotrzeć  szlakiem, samochodem i kolejka linową. Zwłaszcza w weekendy – panuje tu atmosfera wielkiego, rodzinnego piknikowania, ale można też spotkać prawdziwych trekkingowców z plecakami i namiotami, oraz rowerzystów. Na największym parkingu zostawiliśmy samochód (4 leje/godz.) i ruszyliśmy gruntową drogą nad największe z tutejszych jeziorek – Bâlea Lac w kierunku schroniska Bâlea Lac (jeden z wielu budynków na przełęczy). Naszym celem było wejście na Vânătoarea lui Buteanu 2507 m n.p.m. Po obowiązkowej sesji zdjęciowej z jeziorem, schroniskiem położonym na małym cypelku i skalistymi granią w tle, ruszyliśmy stromą, kamienistą ścieżką na Saua Caprei (przełęcz Capra) 2315 m n.p.m.  Szlak – oznaczony niebieskim trójkątem – był dość zatłoczony i Pag musiał iść na smyczy, ale po 30 min. gdy stanęliśmy na pustej przełęczy, znów biegał luzem. Z przełęczy Capra rozpościerał się rozległy widok na główny grzbiet Gór Fogaraskich, oraz na turkusowe jezioro Capra w dole. Dalej, szlak (niebieski równoramienny krzyż) prowadził wąską ścieżką po zielonym zboczu, żeby w kilku miejscach iść skalistą granią, za którą była tylko górska czeluść. W końcu doszliśmy do skalistej przełączki, od której zaczynała się, dość trudna wspinaczka, z koniecznością użycia rąk. Ściana ok. 3 metrów, była prawie pionowa z paroma, małymi otworami na ręce i  nogi. Nie było mowy, żeby Pag szedł dalej, dlatego przypięty do smyczy, musiał zaczekać na przełączce najpierw ze mną, a potem z Krzyśkiem. Po pokonaniu tego najtrudniejszego odcinka, ścieżka nie była już tak stroma i w 5 minut, było się już na szczycie. Mieliśmy pecha, bo akurat wiatr przywiał nie wiadomo skąd mgłę a podziwianie rozległych panoram ze szczytu nie był nam pisane, ale na  pocieszenie, spotkałam przemiłą parę z Polski. Po zabraniu Paga, tym samym szlakiem zeszliśmy do przełęczy Caprei, po czym – szlakiem (czerwony prostokąt) zeszliśmy do doliny z zielonym jeziorem Capra. Ponieważ turystów nie spotykaliśmy, Pag biegał luzem. A im bliżej wody, którą wyczuł nosem, tym szybciej zbiegał. Dogoniliśmy go, przy łagodnym zejściu do jeziora, gdzie pił i harcował w wodzie, bo na  pływanie oczywiście nie miał ochoty. Chcą nie chcąc, na polance przy stawku zrobiliśmy sobie kolejną przerwą. Odpoczynek się przydał, bo po minięciu białego, wielkiego obelisku poświęconemu pamięci rumuńskich Alpinistów, którzy zginęli w górach całego świata, zaczęliśmy oddalać się od szlaku, podchodząc stromym, trawiastym zboczem na skalisty szczyt Iezerul Caprei 2418 m n.p.m. Gdy weszliśmy na niego – a trochę wysiłku nas to kosztowało – Paga znowu musieliśmy wpiąć w smycz, bo ku naszemu zaskoczeniu – było tu sporo ludzi, w tym znajoma para z Polski. Widoki na cztery strony świata, zrekompensowały nam „białe mleko” z Vânătoarea lui Buteanu: na północy – daleko w dole – przełęcz Bâlea Lac, na południe – serpentyny Drogi Transfogaraskiej, a na wschód i zachód główny grzbiet Gór Fogaraskich. Nie sposób było tu nie zostać na dłużej, a przerwę Pag wykorzystał na dojadanie resztek po turystach. Potem było tylko zejście szlakiem na dół do Saua Caprei (po raz trzeci) a dalej, znajomym szlakiem zejście na dół, do jeziora Bâlea Lac. Piękny dzień, pełen wrażeń oraz mgły w najmniej pożądanym czasie i miejscu.

Dzień 15 Curtea de Argeș

Tego upalnego i słonecznego dnia, pojechaliśmy do położonej 20 km na południe od  Corbeni miasta Curtea de Argeș. Miasto, które przez 200 lat było stolicą Wołoszczyzny i siedzibą rumuńskich władców, zachowało do dzisiejszych czasów sporo zabytków. Ale nas, najbardziej interesował jeden  – niezwykła cerkiew klasztorna monastyru Curtea de Argeş zwana  też Nową Metropolią.  W tej zbudowanej na początku XVI wieku świątyni, pochowani są pierwsi królowie Rumunii. Jest niezwykle piękną świątynią łączącą w sobie wpływy: tureckie, ormiańskie, serbskie i gotyckie. Kremowa, nieduża katedra  z bogatymi dekoracjami zewnętrznymi, wąziutkimi oknami, „skręconymi” wieżami,  robi wielkie wrażenie, zarówno na zewnątrz jak i w środku. Do ciemnego wnętrza z licznymi freskami, może wejść każdy i to bez uiszczenia żadnej opłaty. W środku siedział brodaty pop, który nie odmawiał wejścia żadnemu turystowi nawet temu ubranemu w klapki, szorty i koszulkę na ramiączkach. Monastyr Curtea de Argeş położony jest w starym, rozległym parku, więc gdy jedno z nas zwiedzało, drugie spacerowało z Pagiem. Potem były zakupy na ulicznym straganie warzywno-owocowym oraz w Lidlu.

Dzień 16 Corbeni

Ostatni dzień przed wyjazdem z Rumunii, spędziliśmy na wycieczce wokół Corbeni. Spacerując wzdłuż rzeki, natknęliśmy się na stado owiec oraz betonowe filary nad rzeką, które wciąż czekają na pozostałą część mostu. Trochę dalej w miasteczku spotkaliśmy odpoczywającą nad rzeką, dość ubogo wyglądającą cygańską rodzinę, podróżującą wielkim wozem, a na obrzeżach – biszkoptową labradorkę (pierwszy labek w Rumunii) i  dwa szczeniaki dokazujące przed ogrodzeniem. W jedynym w  Corbeni, świetnie zaopatrzonym sklepie, zrobiliśmy zakupy a ja nie mogłam sobie odmówić, kawy ze stojącego przed sklepem automatu. Kawa choć „podana”  w tekturowym kubeczku smakowała wyśmienicie i kosztowała 1 leja (a wybór kaw bogaty). Później przekonaliśmy się, że to taki rumuński zwyczaj – automaty z kawą, stojące przed sklepikami.

Dzień 17 Węgry/Balaton/ Kárad

Przyszedł czas na pożegnanie ciekawej, upalnej Rumunii i powrotu do Polski, ale po drodze były jeszcze do przejechania Węgry. Po 10-godzinnej podróży i pokonaniu ponad 800 km, dojechaliśmy do węgierskiego morza czyli Balatonu. Podróż węgierskimi autostradami jest możliwa tylko z winietką  (do kupienia na przejściu granicznym z Rumunią, koszt miesięcznej winietki to ok. 65 zł) ale jest dość uciążliwa z uwagi na manierę węgierskich kierowców jeżdżenia lewym pasem. Nasz przytulny pensjonat znajdował się 15 km od jeziora, w niewielkim ale uroczym miasteczku Kárad.

Dzień 18 Balaton/Fonyód

Dzień zaczął się oczywiście od słońca i upału. Po pysznym śniadaniu na zewnątrz pensjonatu, po 30 min. jazdy samochodem, dojechaliśmy nad Balaton do  miejscowości Fonyód. Wybraliśmy to miejsce z dwóch powodów: znajduje się tu bezpłatne kąpielisko i plaża dla psów (pierwsze nad Balatonem otworzone w 2016) Fonyódi Kutyabarát Fürdőhely oraz najdłuższe nad Balatonem – o długości 464 m – molo. Jest tu również przystań, stoiska z pamiątkami, dużo lokali gastronomicznych, ośrodki wypoczynkowe, campingi i sporo turystów. Wydawanie pieniędzy zostawiliśmy na później i po zaparkowaniu auta na płatnym parkingu (innych tu nie ma), ruszyliśmy na molo, na którym już spotkaliśmy właścicieli z pieskami. Płytki Balaton (średnia głębokość 3 m!) za sprawą rosnących w nim glonów, ma przepiękny turkusowy kolor wody, tak charakterystyczny dla ciepłych mórz. Psia plaża w  Fonyód jest długa na jakieś pół kilometra, porośnięta trawą, są tu drzewa i śmietniki na psie kupy, a do tego płytka woda – sięgająca do kolan dorosłego człowieka i piaszczyste dno. Kąpielisko na tyle przypadło do gustu Pagowi, że  znowu  sobie przypomniał – po długiej przerwie  – jaką frajdę ma w pływaniu. Tym razem pływaniu i aportowaniu piłki nie było końca, a na zamoczenie się w ciepłej wodzie i my się skusiliśmy. Potem udaliśmy się na cudowny spacer wzdłuż Balatonu (w kierunku wschodnim). Pag, jeśli brzeg nie był zarośnięty trzciną, ciągnął do wody, nawet muliste dno mu nie przeszkadzało. Zazwyczaj był prowadzony na smyczy, bo po drodze mijaliśmy pojedyncze grupy ludzi, ale wyjątek zrobiliśmy gdy dotarliśmy do kolejnego kąpieliska z metalowymi schodami  prowadzącymi do wody. Było ono na tyle duże, a kąpiących niewielu, że spuściliśmy psa ze smyczy, żeby miał więcej swobody w pływaniu. Potem był powrót do Fonyód  a  wiatr coraz bardziej się wzmagał, tworząc na tafli jeziora coraz większe bałwany. W Fonyód w jednej z lokalnych restauracyjek, gdzie psy były mile widziane, zjedliśmy węgierski przysmak czyli lángos. Mój był z serem i śmietaną a Krzyśka z marmoladą, pychota, Pag musiał się zadowolić wodą. Również przy innych stolikach – a właściwie pod – dało się zauważyć wiele czworonogów różnych ras. Budapeszt uchodzi za miasto przyjazne psom, ale i Balaton – przynajmniej w okolicach miasteczka Fonyód – też zachęca  do przyjazdu z psem. Wieczór na kwaterze spędziliśmy wznosząc toasty węgierską wódką za ponadczasową przyjaźń polsko-węgierską, z towarzyskim węgierskim turystą. Wrócimy nad Balaton, żeby na rowerach przejechać wzdłuż jeziora.

żebyDzień 19 Węgry-Polska

Dzień powrotu do Polski, przypadł na 20 sierpnia. Dla Węgrów jest to dzień Św. Stefana – patrona kraju i równocześnie święto narodowe kraju, dzień wolny. Po 1100 km wróciliśmy  szczęśliwie do Szczecina.

 

 

Jesienna majówka 2017

„Jesienna majówka 2017” 1 – 6 V 2017

Majówka 2017 – Karkonosze środkowe, nocleg w Przesiece. Mimo kiepskiej pogody, bo padało krócej lub dłużej codziennie, sporo pochodziliśmy.

1 maja

Spacer wokół Przesieki, doszliśmy do Wodospadu Podgórnej – trzeciego, największego wodospadu w polskich Karkonoszach.

2 maja

Wracając z Górnego Karpacza Chomontową Drogą, zawędrowaliśmy do ciekawych formacji skalnych Szwedzkich Skał , a daleko w dole płynął potok Myja.

3 maja

Przełęczy Karkonoskiej (niebieski szlak z Przesieki), w 30 min doszliśmy do Moravskiej boudy, na pyszne racuchy. Stojącego w pobliżu schroniska drewnianego dzika, Pag wziął za prawdziwego i dla swojego i naszego bezpieczeństwa obszczekał intruza z każdej strony.

Napełniwszy żołądki, ruszyliśmy zielonym szlakiem do schroniska Odrodzenie, nawet słońce się pojawiło.

No i doszliśmy do   położonego na 1236 m n.p.m. Odrodzenia. Psy są tu mile widziane, można  z nimi nawet przenocować. (Miejsca na majówkę trzeba już rezerwować w styczniu!) Po wypiciu gorącej herbaty i zjedzeniu pysznych „naleśników szefa”, niebieskim szlakiem schodziliśmy do Przesieki.

4 maja

Pag odpoczywa, czyli je albo śpi (przez dwa dni przeszedł 40 km) a my trochę biegamy.

5 maja

W drodze na zamek Chojnik (1,30 godz. czarnym szlakiem z Przesieki). Ostatni odcinek szlaku na zamek, to wspinaczka na strome wzgórze (627m n.p.m.) po kamiennych schodach, między wielkimi głazami.

I zamek został zdobyty, szkoda tylko, że pogoda nie dopisała, bo było dużo deszczu i mgły.

6 maja

Przed powrotem do Szczecina, podczas krótkiego spaceru, dowiedzieliśmy się, że jedyne w Polsce muflony żyją w środkowych Karkonoszach ! Ponieważ nie spotkaliśmy ich na szlaku, (żyją w okolicach Przesieki) zrobiliśmy sobie ich zdjęcie w Podgórzynie.

 

 

Karkonosze zasypane śniegiem

               Karkonosze   – zasypane śniegiem 5-8 I 2017

Pierwszy (i do tego długi!) weekend nowego roku, przyszło nam spędzić w Karkonoszach dokładnie w Jagniątkowie. Ta najwyżej położona dzielnica Jeleniej Góry, w połowie drogi, między Karpaczem a Szklarską Porębą, jest doskonała bazą wypadową w polskie i czeskie Karkonosze. Nawet srogą zimą, na jaką właśnie trafiliśmy …

6 stycznia

Końcówka czarnego szlaku (Petrowka), za chwilę będziemy na głównym grzbiecie karkonoskim i przy czerwonym szlaku. Przez większość drogi musieliśmy przecierać szlak. Widoków żadnych, tylko siarczysty  mróz i wychładzający wiatr…

Dalej, przetartym zielonym szlakiem, w godzinę doszliśmy do położonego po czeskiej stronie, na 1225 m n.p.m. – Moravskiej Boudy.  W przytulnym schronisku, ogrzaliśmy się przy gorącej herbacie, zajadając pyszne racuchy. Polacy jak i psy są tu mile widziani. Gdy ci pierwsi, mogą smacznie  i niedrogo zjeść, tym drugim musi wystarczyć miska z wodą, przyniesiona przez miłego kelnera. Poza tym, można płacić w złotówkach a bogate menu jest też w języku polskim.

7 stycznia

W drodze do schroniska „Pod Łabskim Szczytem”. Czarny szlak okazał się w większości przetarty, na szczęście bo jak widać pokrywa śnieżna była dość gruba …

Niska temperatura (-17° na dole)  nie przeszkadzała w podziwianiu widoków na Szklarską Porębę i Izery (w tle PTTK „Na Kamieniu”).

W końcu wspięliśmy się na wysokość 1168 m.n.p.m. i naszym oczom ukazało się schronisko „Pod Łabskim Szczytem”.

Po godzinnym odpoczynku w schronisku, zajadając smaczne tiramisu i pijąc herbatę, przyszedł czas na powrót do Jagniątkowa. Zaczynało coraz bardziej wiać i pogoda zaczęła się zmieniać, na szczęście  czarny szlak, którym mieliśmy tym razem wracać był już przetarty. .

8 stycznia

Przed podróżą do Szczecina, zrobiliśmy sobie dwugodzinny spacer, leśną drogą w kierunku pobliskiego szczytu Grzybowiec. Byliśmy mile zaskoczeni, bo na chwilę odsłoniły się Śnieżne Kotły, do których znowu nie doszliśmy.

Po jednej stronie drogi mieliśmy zasypane formacje skalne,a z drugiej widok na położony w długiej i wąskiej dolinie – Jagniątków.

 Wracaliśmy na dół żółtym szlakiem, dość monotonnym dla Paga, bo robił sobie częste przerwy na obgryzanie, wyciągniętych spod śniegu kijów.

Jesienno – zimowe Góry Izerskie

               Jesienno-zimowe Góry Izerskie  10-13 XI 2016

Długi listopadowy weekend, spędziliśmy w Górach Izerskich, a dokładnie w Świeradowie – Zdroju. O ile uzdrowisko, jak i dolna część Izerów była w kolorowej, jesiennej scenerii, to wyżej było już bardziej biało, żeby nie powiedzieć zimowo. Niestety wszędobylska mgła nie odpuszczała i widoki były marne w piątek i sobotę, dopiero w niedzielę, w dniu wyjazdu zrobiło się pięknie. Ale po kolei…img_7938

                                                                                    11.XI.

img_7456

Schronisko PTTK „Na Stogu Izerskim”, gdzie psy są mile widziane, można z nimi nawet przenocować.  Spędziliśmy w środku ok 30 min i naliczyliśmy jeszcze 4 psy. http://stogizerski.republika.pl .

img_7530Czeski Smrk 1124 m n.p.m. zdobyty! Ale jakoś entuzjazmu u Paga nie widać, zawiedziony bo żaden z napotkanych turystów nie dał nic do jedzenia, a dużo ich było.

img_7592W drodze na dół do Świeradowa, napotkaliśmy wagoniki kolejki gondolowej. Zaniepokoiły one nieco Paga, ale obszczekał je i od razu poczuł się pewniej…

12.XI.

img_7686

Hala Izerska, za chwilę zawitamy do Chatki Górzystów. Na niebieskim szlaku spotkaliśmy niewielu turystów, ale w środku schroniska było ich sporo.

img_7722

Do Chatki Górzystów zawsze chętnie wracamy. My na pyszne naleśniki, a Pag do zaprzyjaźnionej suczki. Również tu można przenocować z psem, o czym wcześniej trzeba poinformować przemiłych gospodarzy. http://www.chatkagorzystow.sudety.it

13.XI.

W dniu wyjazdu mgła w końcu ustąpiła i w końcu wyjrzało słońce! Niebieskim szlakiem w godzinę wspięliśmy  na pobliską Sępią Górę 828 m n.p.m., skąd podziwialiśmy przepiękną panoramę Gór Izerskich.

Widoki nam się podobały, Pagowi – sądząc po jego minie – raczej nie.

img_7936

Sępiej Góry wypatrzyliśmy nie tak dalekie Karkonosze, aż żal było schodzić na dół i wracać do Szczecina.

 

Nie tylko pagórki czyli malownicza Toskania

„Nie tylko pagórki czyli malownicza Toskania”        (21.V-8.VI.2016)

Wakacje 2016 postanowiliśmy spędzić znowu we Włoszech, a dokładnie w malowniczej Toskanii. Byliśmy tu w 2014 r. – zaledwie cztery dni, ale Toskania na tyle nas wtedy zauroczyła, że postanowiliśmy wrócić, tylko już na dłużej. Ten region Włoch, to nie tylko malownicze pagórki z cyprysami,  ale również góry i wyspy.  Pierwszy tydzień mieliśmy spędzić w górach na północy regionu – w Alpach Apuańskich, kolejne 3 dni – na południu Toskanii  (50 km na południowy – zachód od Sieny) w okolicach miasteczka Gavorrano, żeby popłynąć na toskańską wyspę  – Elbę.  Przez ostatnie 5 dni w Toskanii, naszą bazą wypadową do przepięknej – wpisanej na listę UNESCO – doliny Val d′Orcia, miał być camping w pobliżu miasteczka San Giovanni D′Asso. W planach mieliśmy też, odwiedzenie mniej lub bardziej znanych toskańskich miasteczek i napicia się espresso na malowniczych piazzach. (PizęFlorencję zwiedziliśmy już wcześniej). Nie wspominając już o spróbowaniu  toskańskiego wina, zjedzeniu pizzy i zrobieniu doskonałego zdjęcia, idealnemu toskańskiemu krajobrazowi…

Dzień 1 Gallicano ALPY APUAŃSKIE

Przez Niemcy, Austrię (tu był nocleg), dotarliśmy do Włoch. A dokładnie do górskiego miasteczka Gallicano, położonegoIMG_2283 w środku Alp Apuańskich, w rozległej dolinie Serchio (same góry z Alpami nie mają żadnego związku, leżą w Apeninach). Przez  tydzień Gallicano było naszą bazą wypadową w góry i w inne ciekawe miejsca w dolinie. Położone poza miastem, z ładnym widokiem na góry, nasze mieszkanie (jedno z trzech w niskim budynku) okazało się bardziej przytulne i komfortowe niż na zdjęciach. Pies blisko, po drugiej stronie  ulicy miał trawnik, gdzie mógł załatwić swoje potrzeby. Do tego przemiła, uczynna i lubiąca psy (też kiedyś posiadaczka labradora) właścicielka, która za psa nie pobierała żadnych opłat. Miejsce również Pagowi się podobało, bo wkradł się w łaski sąsiadów i mógł sobie do woli biegać po sporym trawniku i ogrodzie. Więcej o kwaterze na: www.hermitageholidays.com/pl-pl/

Dzień 2 Lukka

Z powodu deszczu musieliśmy zmieniać plany, zamiast w góry wyruszyliśmy do Lukki, dojechaliśmy w 45 min (38 km). Samochód zostawiliśmy na dużym, płatnym parkingu i przechodząc jedną z bram, w renesansowych murach znaleźliśmy się wewnątrz starego miasta. Po czym wąską, zatłoczoną uliczką, doszliśmy do głównego placu  – Piazza San Michele. Najważniejszym zabytkiem był tu, pochodzący z XII w. kościół San Michele in Foro, zbudowany z kolorowych pasów marmuru. Z rzucającą się w oczy wysoką fasadą, przewyższającą linię dachu, z licznymi arkadami i kolumnami. W drodze do kolejnego placu natknęliśmy się na dom urodzenia Giacomo Pucciniego – Casa di Puccini, dziś mieści się tu muzeum kompozytora. Kolejny plac – Piazza San Martino – mniejszy od poprzedniego, ale z najważniejszym kościołem w Lukka – Katedrą San Martino z XV w. Pierwszą rzeczą rzucającą się w oczy była asymetryczna fasada katedry  – przez dobudowanie obok dzwonnicy (była akurat remontowana). Zbudowana z biało-brązowego marmuru, z trzema rzędami arkad, budowla dominowała na placu. Było tu mniej tłoczno, a Pag mógł napić się wody z marmurowej fontanny.IMG_2346 Spacerując w labiryncie wąskich uliczek,  trafiliśmy pod XV-wieczną wieżę Torre Guinigi,  na szczycie której rosną dwa dęby. Wysoka, widoczna z daleka wieża, była świetnym punktem orientacyjnym. Przez bramę w jednej z uliczek, weszliśmy na największą osobliwość miasta, owalny plac – Pizza del Anfiteatro. Wybudowany w miejscu dawnego amfiteatru rzymskiego plac. Otoczony przez pastelowe kamienice, z rozstawionymi kawiarnianymi  stolikami z parasolami, plac kusił, żeby odpocząć przez chwilę przy jednym z nich. Do dziś nie bardzo wiem, dlaczego tego nie zrobiliśmy, żeby przy espresso napatrzeć się na ten owalny plac, którego 100 lat wcześniej tu jeszcze nie było. Po 2 godzinach zmęczeni turystycznym zgiełkiem, uciekliśmy na stare mury otaczające starówkę. Szczytem zabytkowych, szerokich murów z 6 bramami, biegnie czterokilometrowa, piękna, aleja spacerowa. Stąd – z jednej strony, podziwialiśmy starówkę żeby z drugiej, popatrzeć na znajdującą się poza obrębem murów, bardziej nowoczesną Lukkę.  I Pagowi się tu bardziej podobało, bo nie musiał się powstrzymywać przed oznaczaniem terenu. A tu, terenów zielonych – zwłaszcza w 11 bastionach, pełniących funkcję parków, nie brakowało. I właśnie spacer po tych osobliwych murach, będzie dla mnie najmilszym wspomnieniem z Lukki.

Dzień 3 Monte Forato 1223 m n.p.m. – Calomini Hermitage

Doczekaliśmy się w końcu pięknej pogody, więc wyruszyliśmy na górski szlak, z zamiarem wejścia na popularny, z ciekawym łukiem skalnym – szczyt Monte Forato. W drodze do miasteczka , odbiliśmy z głównej drogi, żeby dojechać do góry asfaltową drogą, na brzeg skalnego urwiska – do Pustelni Calomini Hermitage.IMG_2429 Kilometrowa, kręta i wąska droga, czasami na skraju przepaści, jest sporym wyzwaniem dla kierowców. W końcu ta pustelnia „zawieszona” jest na potężnej ścianie skalnej, jakieś 70 m od jej podstawy. Auto zostało na niedużym bezpłatnym parkingu, a my przez bramę weszliśmy do białego kompleksu, będącego akurat w remoncie. Musieliśmy obejść się jednak smakiem, bo nie udało nam się wejść do środka kościoła. (Byliśmy w środku  tygodnia, a wnętrze jest dostępne dla turystów tylko w weekend). Ale przynajmniej dokładnie przyjrzeliśmy się XVIII wiecznej kolumnowej fasadzie kościoła, oraz klasztorowi z dzwonnicą. Trudno było mi uwierzyć, że większa część kościoła ukryta jest w skale. Po czym samochodem  wróciliśmy na dół, do głównej drogi i w kwadrans dojechaliśmy do miasteczka Fornovolasco, oczywiście krętą i wąską drogą. Miasteczko malowniczo wciśnięte w wąską dolinę wzdłuż rzeki. Na jedynym (bezpłatnym) parkingu w miasteczku, zostawiliśmy auto i wyruszyliśmy na szlak na Monte Forato. Oznaczenia szlaków w tym masywie były dość dobre, co prawda wszystkie były  w kolorze czerwono-białym, ale ponumerowane, często z czasem i nazwą miejsca do którego prowadziły. Tuż za miastem kolorowa mapka ze szlakami, rozjaśniła nam obraz naszej drogi. I tak do przełęczy Poce di Petrosciana 961 m n.p.m. (szlak nr. 6), doszliśmy drogą wzdłuż wyschniętego koryta strumienia, a potem wyraźną, stromą ścieżką, przez las. Zajęło nam to ok 2 h, szlak był bez większych trudności. Na przełęczy odsłoniła się przepiękna panorama na pobliskie szczyty z jasno-błękitnym morzem w tle. IMG_2493 Podobne trochę  do naszych zalesionych Beskidów, Alpy Apuańskie pokazały drugą twarz, kiedy to nad zielonymi szczytami, zaczęły pojawiać się granie o fantazyjnych kształtach. No i z taką „łagodniejszą” granią mieliśmy się za chwilę zmierzyć. Na przełęczy zaczynał się szlak  nr 110 i przez pierwsze kilkanaście metrów w górę, musieliśmy użyć  rąk.  Bałam się  trochę o Paga, jak się okazało – niepotrzebnie –  bo radził sobie lepiej od nas i to on  na nas musiał czekać, a nie my na niego. Uporawszy się z tym najtrudniejszym odcinkiem szlaku, weszliśmy w las i łagodną ścieżką stopniowo, nabieraliśmy wysokości. Za ostrym zakrętem, wypatrzyliśmy – dzisiejszy cel – położony na siodle, dzielącym dwa wierzchołki góry – skalny pomost. Jest on celem wielu wycieczek, my trafiliśmy na miłą grupę Anglików, którzy nie tylko chętnie zrobili nam zdjęcia (naszym aparatem), ale i pobawili się z Pagiem, który przekupiony smakołykami, był gotowy do pójścia z nimi. Sam łuk robi spore wrażenie, a na żywo wydaje się jeszcze większy niż na zdjęciach, a spod niego można podziwiać  inne szczyty. IMG_2538Nie udało nam się przejść po tym 8-metrowym pomoście, bo zaczęła zmieniać się pogoda, z porywistym wiatrem przyszła mgła, która przysłoniła nam dosłownie wszystko. Po wbiegnięciu na skalisty północny wierzchołek Monte Forato z krzyżem,  zeszliśmy trochę poniżej grani. I szlakiem nr 12, najpierw dość stromą ścieżką, potem gruntową drogą w lesie, wróciliśmy do Fornovolasco (ostatnie 3-4 kilometry pokrywały się z drogą do góry). Całość zajęła nam około 12 km.

Dzień 4 Barga

Samochodem podjechaliśmy do pobliskiego miasteczka Fornaci di Barga. Na parkingu koło supermarketu zostawiliśmy auto i już na nogach, zaczęliśmy 5-kilometrową wycieczkę do zabytkowego miasteczka – Barga. Do położonej na górze, otoczonej górami Bargi, droga wiodła – oczywiście pod górę. Wokół nas roztaczały się sielskie krajobrazy: zaorane pola, ukwiecone łąki, uprawy oliwek i winorośli, a na horyzoncie gór, cisza i spokój, oraz  żar lejący się z nieba. Do tego okazałe wille i zadbane gospodarstwa z ogrodami, oraz aleje cyprysowe i laski bambusowe z 4-metrowymi okazami (nie wiedziałam, że rosną w Europie!). W końcu dotarliśmy do przedmieść Bargi z okazałymi willami. IMG_2693Tu przy głównej ulicy, zrobiliśmy sobie postój przy ławkach, na platformie widokowej, z rozległą panoramą na górzystą okolicę. Stąd od starówki, dzieliła nas tylko stroma ulica. Przechodząc przez zabytkową bramę w starych murach, znaleźliśmy się wewnątrz starówki. Przemierzając labirynt ciasnych – pustawych jeszcze – uliczek, placyków z pałacami, kafejkami i kościółkami, pokonując całą masę stromych podejść i schodów, znaleźliśmy się u podnóża przepięknej katedry. Prowadziły do niej szerokie, kamienne schody. Wyżej, wchodziliśmy już osobno, bo jedno z nas musiało zostać z Pagiem, czemu nie protestował bo w końcu mógł sobie dłużej odpocząć w cieniu. Położona na szczycie wzgórza, majestatyczna katedra góruje IMG_2680nad Bargą, a z jej dziedzińca  podziwialiśmy niesamowitą panoramę   Alp Apuańskich.  XI-wieczna Katedra Św. Krzysztofa, zrobiła na nas wrażenie swoją prostą bryłą z białego wapienia i surowym wnętrzem. Do tego, podobna do wieży obronnej – dzwonnica wyrastająca z … dachu katedry. Ciemne, z małymi oknami wnętrze, kryło dwie piękne perły: romańską ambonę  oraz drewnianą figurę patrona miasta i katedry – San Cristoforo (czyli Św. Krzysztofa). Także trochę czasu spędziliśmy w tym pięknym miejscu. Potem był spacer mniej starymi, ale również ciekawymi ulicami Bargi. Powrót tą samą drogą, całość zajęła nam 14 km.

Dzień 5 Gallicano – Grotta del Vento

Zwłaszcza Pagowi należał się odpoczynek. Gdy on odpoczywał na trawniku przed domem w Gallicano, to my część dnia spędziliśmy osobno. Ja sobie zrobiłam godzinną wycieczkę biegową po pagórkach Gallicano i wzdłuż rzeki (River path) Dobiegając do drogi prowadzącej IMG_2801do Fornovolasco z dołu mogłam podziwiać Pustelnię Calomini Hermitage. Po moim powrocie, Krzysiek zrobił sobie wycieczkę (samochodem) do Jaskini Wiatru (Grotta del Vento). Wąziutka i kręta droga do groty od strony Fornovolasco, z powodu urwisk skalnych, była dużym wyzwaniem, z którym Krzysiek świetnie sobie poradził. W jaskini spędził 2 godziny (trasa nr 2), z panem  przewodnikiem oraz przewodnikiem audio w języku polskim. Z wielu ciekawych miejsc z efektownymi stalaktytami i stalagmitami, najciekawsza okazała się 50-metrowa Przepaść Gigantów.  Szczegóły o Grotta del Vento: www.grottadelvento.com/ENG/percorsi.aspx

Dzień 5 Monte Sumbra 1765 m n.p.m.

Samochodem przyjechaliśmy do oddalonego o 50 min od Gallicano miasteczka Capanne, położonego na 800 m n.p.m. i stąd zaczęliśmy wędrówkę szlakiem nr. 145 na szczyt Monte Sumbra.IMG_3008 Szlak bardzo ciekawy, momentami dość stromy z ekspozycją i z niesamowitymi widokami. Najpierw szliśmy przez las, drogą zasypaną kasztanami  w łupinach z ostrymi igłami. Okazały się one zmorą dla łap Paga bo wbijały się w jego poduszki. Więc co parę metrów zatrzymywaliśmy się, żeby uwolnić łapki z igieł, próbując naszymi traperami torować Pagowi ścieżkę przez koszmarne kasztany. Ale tak wyglądał nasz tylko pierwszy kilometr na szlaku. Gdy droga zrobiła się bardziej stroma, zaczęły się pojawiać pojedyncze skały i widoki. W murze skalnym – do którego doszliśmy, na pierwszy rzut oka – nie do przejścia – musieliśmy przecisnąć się przez bardzo wąską, długą na jakieś 8 m szczelinę. Potem było dość strome zejście po kamieniach w dół i dalej już wąską ścieżką po trawiastym zboczu kolejnej góry, zaczęliśmy stopniowo nabierać wysokości. Zaczęły się odsłaniać przepiękne widoki na góry – wyżej, a niżej – na zielone oczko jeziora Isola Santa. Był upał i trochę cienia dawały pojedyncze drzewa i pozostałości kamiennych chat pasterskich, gdzie robiliśmy sobie postoje. Od jakiegoś czasu staliśmy się obiektem ciągłej obserwacji, ze strony sporego stada kozic (naliczyliśmy ich 10 sztuk!). IMG_2904Grupie przewodził czarny cap z pokaźnymi rogami, który ze skalnej kazalnicy miał doskonały widok na „intruzów”. Pozostałe kozice musiały zadowolić się widokiem  ze stromego  zbocza. Były chyba przyzwyczajone do widoku ludzi, bo nie spłoszyliśmy ich, gdy  trochę się do nich zbliżyliśmy. Straciwszy z oczu kozice, doszliśmy na wysokość 1452 m n.p.m., do miejsca – Colle delle Capanne,  gdzie krzyżowały się szlaki. Według jednego z drogowskazów na Monte Sumbra mieliśmy jeszcze 1,20 h. Odpoczynek przy drewnianych ławkach i stolikach był obowiązkowy, żeby zebrać siły i odpocząć przed ostatnim, nieco eksponowanym – ale i najpiękniejszym – odcinkiem szlaku. Ale najpierw musieliśmy drogą podejść przez bukowy las, żeby znaleźć się na długim, skalistym grzbiecie. Ścieżka gdy wychodziła z lasu, biegła tuż nad krawędzią przepaści. Przed nami wyłoniła się w całej krasie, południowa ściana Monte Sumbra. Marmurowa, pionowo opadająca w dół, 700-metrowa ściana, wygląda trochę, jak przecięta wzdłuż na pół – góra. Dalsza kilometrowa, wyraźna ścieżka biegła bliżej lub dalej głównej grani prowadzącej na szczyt.IMG_2998 Następnie czekała nas mozolna wspinaczka po kamiennych blokach i kamieniach, potem stroma ścieżka zaprowadziła nas na skraj  urwiska, żeby na koniec trawiastym, łagodnym zboczem dojść na szczyt z metalowym krzyżem. Dopiero pod szczytem, spotkaliśmy  pierwszych dziś turystów! A na szczycie zapierająca dech w piersiach, rozległa panorama na Alpy Apuańskie, jezioro Di Vagli (jutro mieliśmy tu przyjechać), kamieniołomy na Monte Altissimoro oraz Morze Tyrreńskie. Było pięknie, niestety Pag z braku cienia, nie podzielał naszego entuzjazmu. Tu zrobiliśmy sobie dość długi odpoczynek (pilnując, żeby nasz labrador nie uciekał z naszego cienia), bo czekał nas jeszcze powrót do samochodu. Odbył się on –  tym samym szlakiem, którym przyszliśmy, z koszmarnymi, kolczastymi kasztanami na koniec.

Dzień 6 Lago di Vagli

Po ciężkim wczorajszym dniu, przyszła kolej na „spacerowy” dzień. Samochodem dojechaliśmy do oddalonego o 32 km od Gallicano jeziora Lago di Vagli. IMG_3016Największe sztuczne jezioro Toskanii, wypatrzyliśmy wczoraj, wspinając się na Monte Sumbra. Otoczone górami, jezioro z  malowniczym półwyspem z miasteczkiem Vagli Sotto, na tyle nas zainteresowało, że postanowiliśmy spędzić tu cały dzień. Z Lago di Vagli związana jest ciekawa historia miasta-widma.  Gdy z jeziora spuszcza się wodę, co jest konieczne dla przeprowadzenia prac konserwacyjnych tamy, z błota na dnie wyłania się średniowieczne miasteczko Careggine. Gdy w 1948 r utworzono jezioro, z tamą na rzece Edron, miasto-widmo odsłoniło się 4 razy i za każdym razem przyciąga tysiące turystów. (1958, 1974, 1983 i 1994). Samochód zostawiliśmy na bezpłatnym, dużym parkingu u podnóża wzniesienia na którym znajduje się Vagli Sotto. Na wielkim parkingu nasza skoda była jedynym samochodem i ruszyliśmy zwiedzać. Oczywiście droga do centrum wiodła pod górę, przez liczne schody, strome i wąskie uliczki, urocze placyki z ławkami.IMG_3301 Po drodze mijaliśmy stare, niewysokie domy z czerwonymi dachami i koty różnej maści, których na szczęście Pag nie widział. W najwyższym punkcie  miasteczka,  na głównym placu znajdował się kościół z  wysoką dzwonnicą – w remoncie. Żeby dojść do jeziora, musieliśmy zejść uliczką mocno w dół, a ścieżką wzdłuż Lago di Vagli doszliśmy do mostu-deptaka i przeszliśmy na drugą stronę jeziora. Z 140-metrowej kładki roztaczał się ładny widok na Vagli Sotto w tle ze skalistymi, górami. Drugi, bardziej efektowny most bo wiszący,  okazał się niestety zamknięty, ale stąd zobaczyliśmy potężny wierzchołek Monte Sumbra. Dalszy czas minął nam, na spacerowaniu, drogą wzdłuż jednej z odnóg jeziora. Niestety bez dostępu do wody, bo zawsze jakieś krzewy lub drzewa oddzielały nas. W końcu udało nam się znaleźć ustronne miejsce nad samą wodą. Przy płytkiej ale czystej wodzie, z zarośniętym trawą brzegu, zrobiliśmy sobie piknikowanie, a Pag puszczony luzem, zdecydował się nawet na kąpiel. I ja przez chwilę myślałam o pójściu w ślady Paga, ale odwiódł mnie od tego, długi wąż pływający w jeziorze.IMG_3371 Przez gada a właściwie płaza, w pośpiechu opuściliśmy miejsce, bo zaczęłam widzieć węże nie tylko w wodzie… Dalszy spacer prowadził drogą w lesie, a asfaltem wróciliśmy do Vagli Sotto. Lago di Vagli jest za długim jeziorem, żeby w całości je przejść, nam udało się tylko obejść krótszą jego odnogę, ale to wystarczyło żeby uznać Lago di Vagli  za najładniejsze jezioro górskie nad jakim byliśmy.

Dzień 7 Diabelski Most – Volterra – Gavorrano TOSKANIA

Przyszedł czas wyjazdu z Alp Apuańskich i przeniesienia się na południe Toskanii w okolice miasteczka Gavorrano, gdzie czekała na nas kolejna kwatera. Czekała nas ponad 200 kilometrowa podróż. Gallicano żegnało nas w smugach deszczu, na szczęście po 15 min jazdy trafiliśmy w okienko pogodowe, akurat gdy  dojechaliśmy do miejscowości Borgo a Mozzano. IMG_3396Tu, w dolinie rzeki Serchio, znajduje się średniowieczny Most Diabelski (Ponte del Diavolo) znany też pod nazwą Mostu Św. Marii Magdaleny (Ponte della Maddalena). Pora naszego przyjazdu była dość wczesna i byliśmy jedynymi turystami i pobliski parking, gdzie zostawiliśmy auto, oraz most należał do nas. Oryginalny, kamienny most, z pięcioma asymetrycznymi łukami, stopniowo nabiera wysokości (idąc od strony ulicy, nie torów), żeby w najwyższym punkcie osiągnąć wysokość 18 m. Zdążyliśmy zrobić zdjęcia, kiedy zaczęło znowu padać. Wróciliśmy do naszego samochodu i udaliśmy się w dalszą drogę do Gavorrano. Po drodze zamierzaliśmy zwiedzić Volterrę. Przez całą drogę, ponad 100 km – lało jak z cebra. Na szczęście ulewa zamieniła się w kapuśniaczek, kiedy odbywaliśmy żmudną wspinaczkę samochodem, IMG_3527serpentynami na ponad 500-metrowe wzgórze z klifami na którym znajduje się Volterra. Auto zostawiliśmy na wielkim parkingu pod wysokimi, kamiennymi murami. Przez najbliższą bramę, z olbrzymimi drewnianymi drzwiami, weszliśmy do średniowiecznego miasta. Spacerując w labiryncie wąskich uliczek, gdzie kamienice, kostka brukowa na ulicach  oraz dachy były w kolorze ochry, co potęgowało wrażenie elegancji i harmonii. Pustymi jeszcze, mokrymi uliczkami, stopniowo wchodziliśmy coraz wyżej, aż trafiliśmy na główny plac miasta – Piazza dei Priori.  Stoi tu najstarszy ratusz w Toskanii – XIII wieczny Palazzo dei Prior, który do dziś pełni pierwotną funkcję. A obok majestatyczny Palazzo Pretorio, składający się z kilku budynków z wieżą. Na placu znajduje się  też, przebudowana w XVI w z prostą fasadą – romańska katedra, wtopiona się z innymi budynkami. Obeszliśmy wokół  XIII-wieczne baptysterium zbudowane na planie ośmiokąta, częściowo z  pasów jasnego i ciemnego kamienia czym nawiązuje do zabytków z Pizy. Dalej, uliczką zeszliśmy niżej, w okolice średniowiecznych murów, skąd mieliśmy doskonały widok na toskańskie wzgórza poniżej. Po drodze przeszliśmy przez kolejną zabytkową, tym razem Etruską Bramę (Porta Etrusca) z VI w p.n.e. z pozostałościami etruskich rzeźb (Etruskowie byli założycielami miasta). IMG_3577Dalej już było krążenie urokliwymi uliczkami, udekorowanymi kolorowymi flagami, wśród kawiarnianych stolików, sklepików z pamiątkami oraz zaczepiających Paga turystów. Wystarczyło wejść w boczną, mniej reprezentacyjną uliczkę, gdzie przed wejściami do kamienic z domofonami, stały doniczki z kwiatami, ekwilibrystycznie zaparkowane auta oraz stojaki z praniem.  Oczywiście dotarliśmy do ulicy z której rozpościerał się w dole, widok na ruiny teatru rzymskiego, datowanego na I w p.n.e. Tu zrobiliśmy sobie dłuższy postój. Pag przy misce z wodą odpoczywał i nawiązywał międzynarodowe przyjaźnie, a my robiliśmy zdjęcia. Schodząc uliczkami niżej, doszliśmy do okazałej fortecy Medicich (Fortezza Medicea), gdzie mieści się więzieIMG_3740nie. Volterra z klimatyczną, średniowieczną starówką z zabytkami pamiętającymi etruskie i rzymskie czasy, urzekła nas. Do tego atrakcyjnie położona na  wzgórzu,  była naszym „miastem idealnym” i najładniejszym toskańskim miasteczkiem. Ale do przejechania mieliśmy jeszcze 110 km. Im bardziej zbliżaliśmy się do miasteczka Gavorrano tym robiło się ładniej. Przez chwilę – jadąc drogą szybkiego ruchu – zobaczyliśmy morze. W końcu dojechaliśmy do wiejskiej posiadłości, zatopionej wśród pagórków, gajów oliwnych i  cyprysowych alejek. Pagowi otoczenie też się podobało, bo w końcu doczekał się długiego spaceru, podczas którego znowu poczuł smak prawdziwej wolności.

Dzień 8 Elba – Portoferraio

Naszym celem na dziś, była największa z wysp w Archipelagu Toskańskim –  Elba – „wyspa Napoleona”. Tu w 1814 r. zesłano Napoleona Bonaparte, który spędził na wyspie rok, zarządzając nią jako gubernator. W godzinę dojechaliśmy do leżącego nad dwoma morzami:  Morzem Liguryjskim i Morzem Tyrreńskim, portowego miasta – Piombino. Już od starożytnych czasów, miasto było ważnym strategicznie miejscem, otoczonym z trzech stron morzem. Samochód zostawiliśmy na bezpłatnym parkingu i dalej już na piechotę, doszliśmy do dużego portu, z którego o 9:30 odpływał nasz prom.  Wybraliśmy jednego z dwóch przewoźników – Toremar. Rozkład  i cennik promów: http://www.toremar.it/en/. Prawie w ostatniej chwili kupiliśmy bilety i popędziliśmy do czekającego już promu pasażerskiego. Bilet okazał się dość drogi (64,70€ – w dwie strony – pies 4€), ale jak miało się później okazać, wycieczka po Elbie warta była tej ceny. (Chorwackie promy są zdecydowanie tańsze, a za psa nic się nie płaci). IMG_3892Godzinny rejs przez cieśninę, w towarzystwie niemieckich turystów, którzy umilali sobie czas bawiąc się z Pagiem, dość szybko minął. Zwłaszcza końcówka rejsu była najciekawsza, gdy wpłynęliśmy do malowniczej zatoki, otoczonej długim półwyspem na którym znajdował się „żelazny port”- Portoferraio. Po wyjściu z promu, gdy niemieccy emeryci  udali się do luksusowego, klimatyzowanego autokaru, my udaliśmy się na główną, zatopioną w słońcu i w spalinach – ulicę, żeby nią dojść do rezydencji Napoleona (ok. 5 km). Po 15 min spaceru w skwarze, zmieniliśmy plany i autobusem miejskim (linia nr. 2; bilet 1,70€/osobę) w 15 min dojechaliśmy w pobliże willi cesarza – Villa di San Martino. IMG_3953Tonący w zieleni elegancki, okazały pałac, okazał się zamknięty, jak to bywa w każdy poniedziałek… Więc obeszliśmy się smakiem, robiąc kilka fotek zza wysokiej bramy i na pocieszenie kupując sobie kubek z podobizną Napoleona i jego willami (na drugą, skromniejszą Villa dei Mulini, zabrakło nam czasu). Dalsza wycieczka prowadziła przez bardziej dziką część Elby, żeby turystycznymi szlakami (nr. 45 i 48) wrócić do Portoferraio. Najpierw ścieżką, przez iglasty las z dębami korkowymi, sosnami z wielkimi szyszkami i piniami wspięliśmy się na 300-metrowe wzniesienie, za plecami zostawiając przepiękną panoramę na Portoferraio i zatokę oraz na północne wybrzeże wyspy. ZejścieIMG_3979 stromą ścieżką przez gęsty ciekawy lasek było już bardziej wymagające. Potem już w miarę łagodny szlak, prowadził gruntową drogą, obok willi z dorodnymi palmami, agawami, kaktusami o fantazyjnych kształtach, oraz przez alejki cyprysowe i piniowe.  Poza paroma osobami na rowerach, nie spotkaliśmy po drodze, żadnych ludzi i dlatego Pag przez większość drogi swobodnie sobie biegał. Ostatni kilometr to był spacer uliczkami przedmieść Portoferraio, pyszne lody w centrum i powrót na nabrzeże. Gdy Krzysiek z Pagiem odpoczywali na zacienionej ławce w parku, ja zrobiłam krótką wycieczkę z aparatem po skąpanej w słońcu promenadzie.  Ładna, w kształcie podkowy, z dużym – portem pasażerskim i mniejszym – jachtowym, po  jednej stronie, z kolorowymi kamienicami z mnóstwem sklepów i kafejek, została uwieczniona na zdjęciach. Czułam w nogach przebyte 12 km i darowałam sobie wspinaczkę do górującej nad miastem imponującej XVI-wiecznej fortecy – Fortezze Medicee. O 18:30 mocno zmęczeni weszliśmy na prom, z żalem opuszczając piękną Elbę i wróciliśmy do  Piombino. Skąd już o zmroku, samochodem dojechaliśmy do Gavorrano.

Dzień 9 Massa Marittima – Gavorrano

Po wczorajszym dość forsownym dniu, przyszła kolej na spacerowy dzień czyli poznanie kolejnych toskańskich miasteczek: Massa Marittima i Gavorrano. Do pierwszego z nich (20 km) dotarliśmy w niecałą godzinę, krętą i malowniczą drogą,  zakończoną wspinaczką na 300-metrowe wzgórze. Samochód, został na płatnym parkingu pod zabytkowymi murami (1€/1h), a my przez jedną z bram wkroczyliśmy na starówkę. I po paru minutach znaleźliśmy się na głównym placu starego miasta – Piazza  Garibaldi. IMG_4179Nieduży, w kształcie wyciągniętego trójkąta plac, zastawiony kawiarnianymi stolikami, jest jednym z ładniejszych toskańskich placów jakie widzieliśmy. Znajdowały się tu reprezentacyjne zabytki miasta: piękna katedra Cattedrale di S. Cerbone i dwa pałace, romański Palazzo del Podesta oraz Palazzo Comunale. Droga do górującej nad placem romańskiej katedry z dzwonnicą,  prowadziła przez szerokie – ułożone pod ostrym kątem do placu, schody.  Gdy Krzysiek z Pagiem odpoczywali w zacienionej części Piazza Garibaldi,  ja zwiedziłam  katedrę. Miałam to szczęście, że zwiedzałam praktycznie sama, bez nadzoru żadnej „pani” zabraniającej robienia zdjęć (w sezonie taka osoba się zdarza). Surowe, przestronne wnętrze, z licznymi dziełami sztuki – z cennymi obrazami „Madonny Łaskawej” i „Ukrzyżowaniem” i XI wiecznymi płaskorzeźbami, zwiedzałam dobre 30 min, czym nieco naraziłam się moim niecierpliwym chłopakom. Dalej już zwiedzaliśmy razem. Stromą, zatłoczoną, ale urokliwą ulicą Via Moncini, doszliśmy do drugiej części miasta, w której znajduje się m. in. wybudowana w XIV w. Forteca Siennejska (Fortezza dei Senesi) z jeszcze starszą wieżą Candeliere (Torre del Candeliere). W pobliskim nieco zaniedbanym, malutkim, pustym parku, z kamiennymi ławkami, Pag mógł sobie trochę pobiegać. Potem było spacerowanie po gąszczu wąskich, zabytkowych uliczek, a w warzywniaku na jednej z nich, kupiliśmy świeżego melona i pomarańcze. Potrzebowaliśmy pół godziny, żeby wydostać się z zabytkowej części miasta i po  długich schodach wdrapać się do miejskiego parku.  Tu, na tarasie  widokowym na starych murach, z których roztaczała się  przepiękna panorama na okolice i starą Massa Marittima, urządziliśmy sobie piknik. IMG_4270My rozkoszowaliśmy się widokiem i smakiem pysznych owoców, podczas gdy Pag po krótkim bieganiu po parku … zapadł w sen. Gdy po melonie i pomarańczach został tylko zapach i skórki, zeszliśmy na dół, żeby w kafejce na Piazza  Garibaldi wypić  espresso i zjeść lody. Także  Massa Marittima opuszczaliśmy z pełnymi żołądkami, żeby udać się do kolejnego miasteczka – Gavorrano. Miasteczko widoczne z daleka, bo dumnie góruje nad płaską okolicą, na spłaszczonym wzniesieniu. Znowu musieliśmy pokonać serpentyny, żeby wspiąć się do starego miasta. Auto zostało na ulicy, nieopodal szkoły i ruszyliśmy na nogach pod górę, na starówkę, na której byliśmy jedynymi ludźmi!  Towarzystwa dotrzymywały nam  tylko dziesiątki, przeróżnej maści kotów, wygrzewających się  w słońcu.IMG_4288  Były na tyle rozleniwione, że nie tylko na nas, ale i na Paga nie zwracały najmniejszej uwagi. Spacerując po labiryncie wąskich, zadbanych uliczek i zaułków, chłonęliśmy atmosferę tego kameralnego „wymarłego” miasteczka. Ze średniowiecznych murów, ciekawie zaadaptowanych na potrzeby obecnych mieszkańców, podziwialiśmy przepiękną panoramę na okolicę. Gavorrano choć pozbawione efektownych zabytków i placów, z niedużą ale ładną, otoczoną murami starówką, jest na tyle interesujące, że warto je odwiedzić, tym bardziej, że miejsce ludzi zajęły urocze koty  .

Dzień 10 Montalcino – Sant′Antimo – San Giovanni D′Asso

Po 3 nocach spędzonych w agroturystycznym gospodarstwie, przyszedł czas na zmianę miejsca. Kolejne 5 nocy mieliśmy spędzić na campingu pod miasteczkiem San Giovanni D′Asso, 30 km na południowy-wschód od Sieny.  Ale zanim tam dotarliśmy, po drodze odwiedziliśmy kolejne toskańskie miasteczko na wzgórzu (ponad 500 m n.p.m.) Montalcino. Charakterystycznym zabytkiem miasta była stojąca na wzniesieniu, powyżej miasta – forteca z XIV w. IMG_4383Oczywiście było też stare miasto ze średniowiecznymi kościołami, wąskimi i stromymi uliczkami, duży plac, ale przede wszystkim były sklepiki z lokalnymi specjałami i winami. Miasto otoczone winnicami, właśnie z winiarstwa – obok turystyki, żyje. I my skusiliśmy się na zakup wytrawnego Rosso di Montalcino (6€) tym bardziej, że właściciel wcześniej pozwolił mi spróbować kilku rodzajów win (Krzysiek był kierowcą więc degustacja spadła na mnie, nie mogłam odmówić – mimo  wczesnej pory). Generalnie Montalcino w moim prywatnym rankingu miast i miasteczek toskańskich, plasuje się na dalszym miejscu. 9 km na południe od Montalcino znajduje się stare benedyktyńskie opactwoSant′Antimo. Nie mogło nas zabraknąć w tym wyjątkowym miejscu. IMG_4502Wystarczyło odbić od głównej drogi i 1 km zjechać w dół, w pobliże opactwa. Na poboczu zostawiliśmy samochód i poszliśmy oglądać to cudo. Romańska bazylika z  prostokątną wieżą,  w otoczeniu starych drzew oliwnych, cyprysów oraz wzgórz z winnicami i polami, tworzy przepiękny obraz. Niezwykły zabytek, w niezwykłym otoczeniu. Podziwianie kościoła z zewnątrz i od środka, było prawdziwą ucztą dla oka i duszy. Gdy Krzysiek zwiedzał wnętrze, ja z Pagiem spod 100-letniego drzewa oliwnego, próbowałam sobie wyobrazić jak tu było, za czasów  Karola Wielkiego (VIII w.) który ponoć zatrzymał się w tym miejscu, żeby pomodlić się o zdrowie dla swoich chorych żołnierzy. Cesarz w podziękowaniu Bogu za uzdrowienie armii, ufundował opactwo.  Obecny kształt bazyliki pochodzi z XII w., ale owalna bryła – będąca kiedyś kościołem, dziś pełni funkcję zakrystii,  pochodzi z IX w.  Ciekawe, że ponad 100 lat temu Sant′Antimo było zdewastowane i pełniło funkcję magazynu, a Benedyktyni wrócili tu dopiero w 1979 r. po 500-latach! IMG_4531Zwiedzenie surowego wnętrza, z nagimi, kamiennymi ścianami,  przy cichym – sączącym się z głośników, śpiewie zakonników, nastraja refleksyjnie.  Najcenniejszym fragmentem skromnego wnętrza kościoła jest XII-wieczny malowany krucyfiks, który wieńczy skromny ołtarz. Po obejrzeniu wnętrza bazyliki, chcieliśmy zrobić sobie jeszcze wycieczkę po pagórkach wokół opactwa, ale nadciągnęła kilkugodzinna ulewa i zamiast na ścieżce, wylądowaliśmy w aucie. Nie udało nam się w Sant′Antimo spędzić tyle czasu ile chcieliśmy, ale i tak miejsce nas urzekło. Deszcz – jak się miało później okazać  – prześladować nas miał codziennie … . Następnie, przez Montalcino dojechaliśmy pod miasteczko San Giovanni D′Asso, gdzie zatrzymaliśmy się na kameralnym campingu Il Treccolo. Pobyt na nim, zaczęliśmy od przeczekania w aucie oberwania chmury, a potem dopiero wzięliśmy się za rozbijanie namiotu. Pod wieczór, gdy się w końcu rozpogodziło, zrobiliśmy sobie rekonesans po ładnej okolicy, odkrywając niedaleko ciekawy zamek. Na niedużym,  położonym w dolince wśród pól – campingu, za psy  nie pobierano żadnej opłaty, podobnie jak za auto i prąd! Nic dziwnego, że Pag był tu jednym z wielu czworonogów. Opłaty obowiązywały tylko za: osoba/8€, namiot/ 6€  do tego przemiły gospodarz. Strona campingu: http://www.camping-iltreccolo.it/en/. I stąd mieliśmy blisko do niezwykłej doliny Val d′Orcia.

 Dzień 11 okolice San Giovanni D′Asso

IMG_4643Wczoraj z powodu deszczu, przez mokre szyby samochodu, przyszło nam oglądać te  sielskie, toskańskie krajobrazy, dlatego dziś gdy, już nie padało, chcieliśmy przyjrzeć się im z bliska. Wystarczyło wyjechać samochodem 3 km na północ od San Giovanni D′Asso. Auto zostawało na poboczu, a my zatapialiśmy się w malownicze pagórki, pokryte zielonymi kobiercami pól i łąk. Szkoda tylko, że tych dróg gruntowych nie było za dużo. Tereny  są tu bardziej rolnicze,  mniej tu upraw winorośli   i oliwek, IMG_4668a więcej pasących się owiec i snopków siana. A daleko w tle  góry – z dominującą nad południową Toskanią Monte Amiata (1738  m n.p.m.). Po 2 słonecznych godzinach, przyszła ulewa i jedynie Pag był szczęśliwy z powrotu na camping. Bieganie po polach, na tyle go zmęczyło, że gdy tylko wszedł do namiotu natychmiast zasnął.

Dzień 12 Rocca d′Orcia – Val d′Orcia – Pienza

Tego dnia mieliśmy zamiar odwiedzić  twierdzę – Rocca d’Orcia, który góruje na skalistym urwisku, nad piękną doliną – Val d′Orcia.  Położona w dolinie rzeczki d′Orcia, na południe od Montalcino Pienzy w 1999 r.  dolina została wpisana na listę UNESCO. IMG_4881Doceniono jej  wyjątkowe walory krajobrazowe, co chcieliśmy zweryfikować.  Samochodem w 30 min podjechaliśmy do małego miasteczka Rocca d’Orcia, leżącego u podnóża fortecy. Oczywiście wcześniej była wspinaczka, stromą, krętą drogą. Auto zostało na bezpłatnym parkingu i już na nogach kontynuowaliśmy dalszą wspinaczkę. Z  XIII-wiecznej twierdzy, do dziś zachowała się 2-piętrowa, pięciokątna wieża, oraz fragmenty grubych murów (bilet wstępu 3€). W drodze na mury, zatrzymywaliśmy się na punktach widokowych, ale dalej zaczęły się już schody, dosłownie i w przenośni. Akurat ażurowe schody (metalowe krateczki) od szczeniaka Pag, omijał wielkim łukiem. O ile do góry, schody pokonał nadzwyczaj szybko i sprawnie (IMG_4755przy schodzeniu, stopień po stopniu, powoli pokonywał stopnie, czym zasłużył sobie na aplauz i brawa turystów,  a  od nas na smakołyki). Strome, wąskie schody, wewnątrz wieży,  pokonywaliśmy już pojedynczo, bez Paga. Z platformy widokowej umieszczonej na najwyższym punkcie wieży, mogliśmy podziwiać piękną panoramę Val d′Orcia. Po wyjściu z wieży, korzystając z ładnej pogody, zrobiliśmy sobie pieszą wycieczkę w dół, do rzeki d′Orcia. Było  ładnie  i dość łatwo – bo z górki, Pag spuszczony ze smyczy, mógł w końcu pobiegać. Niespodzianki zaczęły się dopiero, gdy doszliśmy do rzeki. W wartkiej rzece, Pag zamoczył tylko łapy, i „odpoczywał”  nurkując za kamieniami. Dość przygnębiające wrażenie robiły pozostałości 2 mostów: zniszczone  betonowe filary oraz  metalowa konstrukcja wiszącego mostu … bez desek. Powrót do Rocca d’Orcia,  już tak przyjemny i łatwy nie był, droga mniej lub bardziej stromo, prowadziła w większości pod górę, (musieliśmy pokonać w pionie ponad 500 metrów). Ale najciekawsze było jeszcze przed nami. Jadąc samochodem przez rozległą dolinę Val d′Orcia,IMG_4879 co chwilę robiliśmy postoje na poboczu, na sesje zdjęciowe. Fotografowanie kolorowych wzgórz z porozrzucanymi gospodarstwami, nie miałoby końca, gdyby nie, pewne zmiany na niebie. Słońce coraz częściej chowało się za chmurami, które  zaczęły przybierać niepokojąco, ciemne kolory, no i do tego, wzmagający się wiatr. Gdy deszcz był kwestią minut, ewakuowaliśmy się do najbliższego miasta – Pienzy, „miasta idealnego”, tylko nie dla nas… . Wysiedliśmy z samochodu, zdążyliśmy dojść do głównego Piazza IMG_4932del Pio II renesansową katedrą oraz pałacami i nastąpiło oberwanie chmury. Okienka w deszczu wykorzystywaliśmy, żeby w ekspresowym tempie, obejść okolice placu oraz  sfotografować ze starych murów  Val d′Orcia. Żeby nie przemoknąć do suchej nitki, wróciliśmy do auta i na camping. Przez  całą drogę powrotną czyli 30 km, letnia ulewa  nie dawała za wygraną.

Dzień 13 Ripa d′Orcia – Vignoni

Ostatnią wycieczkę po Toskanii, zaplanowaliśmy tak, żeby nacieszyć  jeszcze oczy piękną Val d′Orcia i zobaczyć jedną z jej atrakcji  – średniowieczny zamek Ripa d′Orcia. W tym celu, autem dojechaliśmy do San Quírico d′Orcia (14 km). Samochód zostawiliśmy za miastem i gruntową drogą wyruszyliśmy do zamku. Wybraliśmy jeden z wielu szlaków turystycznych w tym regionie (są tu też również szlaki rowerowe i winne).img_5107 Nic dziwnego, że spotykaliśmy tu sporo turystów i rowerzystów.  Droga wiodła przez gaje oliwne, uprawy winorośli, pola, gdzieniegdzie pojawiały się ogrodzone, okazałe wille lub skromne gospodarstwa. No i co jakiś czas, pojawiały się  ładne widoki na Val d′Orcia, i na wczorajszy Rocca d’Orcia po drugiej stronie d′Orcia. Pogoda dopisywała, Pag sobie luzem biegał, obszczekując zamknięte za ogrodzeniami pieski. Szlak dobrze oznaczony, nie stwarzał żadnych problemów, ale sielanka miała się wkrótce skończyć.img_5063 Po 2 godzinach,  doszliśmy do zamku. Brama była otwarta, a na niej wisiała kartka z jakąś informacją po włosku, wokół żadnej żywej duszy. A wewnątrz murów znajdował się  cały kompleks kamiennych budynków,  ładny  ogród i okazałe wieże. Trochę czuliśmy się jak intruzi. Później dopiero wyczytałam, że świetnie zachowany zamek jest w prywatnych rękach i nie jest dostępny do zwiedzania. Zamek dziś jest luksusowym hotelem. Po szybkim „zwiedzeniu” zamku, ruszyliśmy w drogę powrotną. Żeby nie wracać tą samą drogą, po pierwszy kilometrze odbiliśmy od naszej drogi w lewo. Początkowo szlak prowadził szeroką drogą, która stopniowo zaczęła się robić coraz węższa i bardziej wyboista. Aż w końcu zamieniła się w błotnistą, zawaloną kamieniami ścieżkę, prowadzącą ostro w dół. Jakby było mało, to musieliśmy od czasu do czasu z niej schodzić, żeby zrobić miejsce uczestnikowi crossowego wyścigu. I tak zeszliśmy  do rzeczki d′Orcia, byliśmy dokładnie po drugiej stronie wczorajszego miejsca. Pag trochę się ochłodził w mętnej wodzie, żeby za chwilę wytarzać się w błocie a my zrobiliśmy sobie zasłużony odpoczynek, przed wspinaczką do góry. (musieliśmy z powrotem wejść na wysokość 400 m n.p.m.) Dalsza droga nie była o wiele lepsza od tej w dół, jak nie brodziliśmy po kostki w błocie, to musieliśmy przedzierać się przez jakieś zarośla. Aż w końcu doszliśmy do wijącej wśród pól i upraw drzew oliwnych, polnej drogi, która doprowadziła nas do maleńkiego, opustoszałego miasteczka – Vignoni. nowePrzepięknie położone wśród kolorowych pagórków, z kilkoma kamiennymi domami, małym kościółkiem i zabytkową wieżą z murami.odpoczywając na kamiennych ławkach przy wejściu do miasteczka, mogliśmy podziwiać rozległą panoramę  Val d′Orcia! Ale nie trwało to jednak za długo, bo za chwilę zaczęła się ulewa. (Deszcz od jakiegoś czasu – wisiał w powietrzu). Schowaliśmy się w bramie w murach,  a gdy straciliśmy nadzieję na rozpogodzenie, ruszyliśmy. Wystarczyło parę minut i cała nasza trójka przemokła do suchej nitki. (Mimo kurtek przeciwdeszczowych). Po 30 min ulewa ustała, i zza chmur czasami wyszło słońce, rzucając świetliste smugi na wzgórza. Co uwieczniliśmy na zdjęciach. Gdy wróciliśmy do San Quírico d′Orcia do samochodu, znowu zaczęło padać … .

Dzień 14 San Giovanni D′Asso Rimini 

Przyszedł czas na pożegnanie Toskanii i wyjazdu nad Morze Adriatyckie. W drodze na wschodnie wybrzeże, do popularnego kurortu Rimini, zwiedziliśmy – widoczne z okolic campingu – miasteczko San Giovanni D′Asso. Zatrzymaliśmy się na głównym placu, obok dużego parkingu i średniowiecznego zamku. Krzysiek został z Pagiem i zajął się robieniem zdjęć (z dużego placu rozciągała się ładna panorama na okolice) a ja krążyłam wokół zamku. To była już ostatnia szansa kupienia pocztówek z toskańskimi krajobrazami, żeby wysłać  rodzinie i znajomym. Akurat była niedziela, większość sklepów była zamknięta, aż w końcu znalazłam otwarty lokal,  będący równocześnie kawiarnią, barem i sklepikiem, gdzie kupiłam ładne kartki. W drodze nad morze, był jeszcze postój na ostatnie zdjęcia Toskanii i na zakupy w Lidlu. Podróż trwała ponad 3 godziny, liczyła 220 km, a najciekawsza okazała się przeprawa przez Apeniny. A im bardziej zbliżaliśmy się do morza, tym bardziej wysokie góry, ustępowały miejsca niewysokim pagórkom, między którymi przyszło nam trochę kluczyć. Aż w końcu dotarliśmy do Rimini. Akurat w tym mieście znaleźliśmy stosunkowo niedrogi nocleg, a miasto leżało na drodze powrotnej do Polski. I stąd mieliśmy blisko do niezwykłego miejsca San Leo, bo raczej unikamy kurortów. img_5508Zanim dojechaliśmy do hotelu, w gąszczu wąskich, jednokierunkowych ulic, przypatrzyliśmy się miastu zza szyb samochodu, które niespecjalnie nas zachwyciło. Nasz trzygwiazdkowy apartamentowy hotelik „Ofelia”, znajdował się 5 min. od morza i dysponował małym parkingiem. Po załatwieniu formalności w recepcji i przeniesieniu bagaży do mieszkania, wyruszyliśmy na spacer nad morze. Z racji niedzieli i plażowej pogody, główna promenada i plaże były oblegane przez setki ludzi. Co nie zdziwiło nas, bo Rimini to ulubione miejsce odpoczynku nad Adriatykiem, nie tylko samych Włochów. Większość ciągnących się kilometrami wzdłuż morza piaszczystych plaż, jest płatna i należy do hoteli. Każdy hotel ma swój wydzielony sektor plaży z parasolami i leżakami składanymi na noc. Płatne plaże mają swoją infrastrukturę w postaci pryszniców, toalet, przebieralni, barów, boisk, placów zabaw. Za każdy sektor odpowiada dwóch „kierowników.” Pomyślano nawet o plażowiczach z psami, dla których wydzielono specjalne sektory, gdzie obok leżaków dostawiono śmietniki, tylko opłata była nieco wygórowana – 15€/dzień.  Jednym z chodników między parasolami, doszliśmy do samego morza. Woda okazała się ciepła, a piasek czysty, bardziej drobniejszy od naszego bałtyckiego.img_5575 Pag prowadzony oczywiście na smyczy, zdążył zamoczyć łapy (a ja nogi), napić się słonej wody, a na koniec wytarzać się w piasku. Jemu  gąszcz ludzi przy morzu najwyraźniej nie przeszkadzał. Dość szybko, uciekliśmy z plaży i zrobiliśmy sobie rekonesans w okolicach hotelu. Znaleźliśmy supermarket i w końcu jakiś skrawek zieleni dla Paga. Na szczęście wieczorem, gdy plaże opustoszały, Pag pobiegał i przypomniał sobie, że labradory poza jedzeniem, kochają również pływanie. A nie był jedynym psem na plaży, tylko my sprzątaliśmy po swoim psiaku a niektórzy nie…

Dzień 15 Verucchio – San Leo

Po wczorajszym dość leniwym dniu, uciekliśmy od morza i zgiełku Rimini, i wjechaliśmy w głąb regionu. Wystarczyło 30 min jazdy samochodem, żeby znaleźć się bliżej natury i historii, w ciekawym, górzystym krajobrazie. Wokół mieliśmy zielona wzgórza, wapienne masywy, malownicze urwiska skalne, a na nich porozrzucane – niczym wisienki na torcie – zamki, twierdze, ruiny i średniowieczne miasteczka. Z takich atrakcji słynieimg_5156 dolina rzeki Marecchia (wpada do AdriatykuRimini). A większość tych historycznych perełek, w XIV i XV w. wzniósł potężny ród Malatesta, dla podtrzymania swojej władzy, w tym regionie Włoch. Najpierw odwiedziliśmy zbudowane na skalnym cyplu, miasteczko Verucchio. Trafiliśmy tu trochę przypadkowo, jadąc do San Leo, wypatrzyliśmy z szosy, górującą nad doliną, jedną z jego twierdz.  Nadrobiliśmy trochę drogi (nr drogi: 15 bis), żeby wspiąć się na wzgórze,  ale warto było. Tuż przed wjazdem do miasteczka, przy drodze na bezpłatnym parkingu, zostawiliśmy auto i ruszyliśmy na zamek. Zamek – Rocca del Sasso, był główną siedzibą rodu Malatestów. Świetnie zachowany, z rozległą panoramą na dolinę i pas wybrzeża, zrobił na nas wrażenie. Potem był spacer po kameralnej, ładnej starówce i po Piazza Malatesta, z eleganckimi pałacami, kawiarnianymi stolikami i z informacją turystyczną, gdzie zaopatrzono nas w broszurki o mieście i w mapki regionu. Kolejnym, jeszcze ciekawszym miejscem w dolinie Marecchia,  jest miasteczko San Leo (32 km od Rimini). Niesamowicie położone na masywie skalnym, króluje – niczym skalista wyspa, nad okolicą. Samochód zostawiliśmy na poboczu drogi, 2 km od miasteczka i asfaltową drogą doszliśmy do San Leo, na wysokość 583 m n.p.m. Ostatni odcinek krętej drogi jest najciekawszy, bo jest wykuty w skale. Przez starą bramę weszliśmy do urokliwego miasteczka. Jego historia związana jest z osobą Św. Leona, który w IV w. ewangelizował te ziemie i założył tu pustelnię (wtedy to miejsce nazywało się Montefeltro). Z jego czasów zachowała się w miasteczku, założona przez niego kaplica. Znajduje się ona na tyłach romańskiego kościoła parafialnego IX w. – Santa Maria Assunta. Ten surowy, trzynawowy kościół, ze ścianami wzmacnianymi przez potężne przypory, stoi na  kameralnym placu – Piazza Dante. Warto tu odpocząć przy jednym z kawiarnianych stolików, (nam przeszkodził w tym deszcz) i przy kawie, przyjrzeć się zabytkowym pałacom, dwupiętrowym kamienicom no i górującej nad miasteczkiem fortecy. Niewielu turystów, senna atmosfera, brzmienie ciszy przerywane jedynie dźwiękiem dzwonów, piękne zabytki na wyciągnięcie ręki, do tego niezdobyta twierdza, pięknie i dostojnie. Idąc dalej ulicą, na zielonym, nierównym skwerku podziwialiśmy XII-wieczne zabytki: Katedrę Świętego Leona (Cattedrale di San Leone) zbudowaną na planie łacińskiego krzyża i  prostokątną dzwonnicę na zewnątrz, a okrągłą wewnątrz. A mijając piętrowe kamienice z maleńkimi restauracyjkami na parterze, doszliśmy na koniec ulicy, do mini-parku z punktem widokowym. Jednak San Leo to przede wszystkim forteca „Rocca Fortezza”. Która przez swoje eksponowane położenie na urwistej skale, cieszy się sławą, nigdy nie zdobytej twierdzy! Wznosi się ona nad miasteczkiem i żeby do niej dotrzeć, musieliśmy się  trochę natrudzić, wspinając się schodami i mocno stromym. Obecny kształt twierdzy pochodzi z XV w., dawniej mieściło się tu więzienie, dziś znajduje się tu muzeum. No i stąd dopiero roztacza się przepiękna panorama na górzyste tereny wokół. Podobnie jak w Toskanii i tutaj dopadła nas letnia ulewa, którą przeczekaliśmy pod drzewem. Oryginalna twierdza zainspirowała samego Alighiera Dantego posłużył się nią, jako modelem „Czyśćca” i opisał w „Boskiej Komedii”. Umberto Eco uznał San Leo za najpiękniejsze miasto we Włoszech. I to jest chyba najlepsza rekomendacja tego wyjątkowego miejsca. I nie żałujemy, że nasz wybór padł na nie, a nie na zatłoczone i skomercjalizowane San Marino.

Dzień 16 Rimini

 Przedostatni dzień we Włoszech, upłynął na błogim lenistwie. Krzysiek z Pagiem odpoczywali w hotelu, a ja sprawdziłam na sobie, jak wygląda to „włoskie plażowanie”. Po zgłoszeniu panu w recepcji, że wybieram się na plażę, dostałam karnecik z pieczątką hotelu i nr „hotelowego” sektora (45) nad morzem. Przy wejściu na moją plażę, zapłaciłam „kierownikowi” 4€, co mi dało prawo wyboru jednego z wielu leżaków, bez parasola ale z „daszkiem” (służył do ochrony głowy przed słońcem). Wytrzymałam tu 3 godziny, (w cenie miałam cały dzień) z książką, muzyką i ochładzającą bryzą morską i słońcem. Zdecydowanie wolę takie plażowanie niż ” nasze” leżenie  na ręczniku. Może i kiedyś nad polskim Bałtykiem, opłaci się stworzyć taką plażową infrastrukturą.img_5496 Potem już były ostanie zakupy, spacer po plaży z Pagiem, którego  wodno-piaskowe harce wzbudziły uśmiech na kilku twarzach spacerujących. Wieczorem było bieganie plażą, byłam nieco zaskoczona, że można się opalić po godzinie 19… . DRimini trafiliśmy, bo stąd mieliśmy blisko do San Leo. Raczej już tu nie wrócimy, bo zazwyczaj trzymamy się z dala od zatłoczonych kurortów nad morzem.
 

Dzień 17 Rawenna

No i po 17 dniach, przyszedł czas pożegnania Włoch. W drodze powrotnej do Polski odwiedziliśmy jeszcze Rawennę (70 km od Rimini). Dwie godziny to zdecydowanie było za mało, żeby obejrzeć to ciekawe, wpisane na listę UNESCO, miasto z pięknymi mozaikami. img_5637 Udało nam się tylko uwiecznić na zdjęciach  VI-wieczne Bazyliki: San Vitale i San Apollinare Nuovo, oraz wypić – po raz ostatni, włoską kawę na włoskim piazza. Czas gonił a przed nami było do przejechania 1400 km z noclegiem w Austrii.

Włochy po raz kolejny okazały się krajem stworzonym do podróży z psami.

Między Karkonoszami a Izerami

„Między Karkonoszami a Izerami” (8-12XI)

Kolejny raz – tym razem jesienią – wybraliśmy się do Szklarskiej Poręby. Znowu byliśmy  na Łabskim Szczycie, Hali Szrenickiej, nad obydwoma wodospadami: „Szklarką” i Kamieńczykiem. Pierwszy raz weszliśmy na Kamień – 1058 m n.p.m.   20151109120514Ładne  schronisko – z pięknym widokiem na KarkonoszeGóry Izerskie, ale tylko przy ładnej pogodzie (my nie do końca taką mieliśmy). Chcielibyśmy tu wrócić jak zakończona zostanie budowa wieży widokowej (zaczęto ją w tym roku). 20151112110916

Odwiedziliśmy też, zamkniętą ale ciekawą Kopalnię kwarcu „Stanisław” (5 km od schroniska). Byliśmy w  Chatce Górzystów, tym razem ja przybiegłam a Krzysiek z Pagiem zrobili sobie spacer. Był to jedyny słoneczny dzień i mogliśmy nacieszyć się ładnymi widokami. 20151108113030

Zjawiliśmy się w przytulnym schronisku po 11-ej i musieliśmy obejść się smakiem, bo naleśniki – z których słynie schronisko – są robione tylko do  godziny 11. Ale Pag był i tak przeszczęśliwy, bo przy Chatce Górzystów, jak i przy Orle, mógł poszaleć z suczkami gospodarzy.

Wprawdzie regulamin Karkonoskiego Parku Narodowego nakazuje z psem poruszanie się po szlakach karkonoskich tylko na smyczy,  to poza sezonem, gdy szlaki zazwyczaj świecą pustkami ten zapis nie jest, zbyt restrykcyjnie przestrzegany przez posiadaczy czworonogów. Karkonosze nadają się dla bardziej wytrzymałych psów, bo muszą się one wspiąć się na Główny Grzbiet Karkonoszy czyli ponad 1200 m n.p.m. Co innego Góry Izerskie (polska część) – z łagodnymi wzniesieniami, licznym szlakami i drogami, są świetnym miejscem na wycieczki z każdymi psami. Tym bardziej, że nie jest to park narodowy. Schroniska: Orle, Chatka Górzystów,  na Kamieniu oraz na Łabskim Szczycie  są przyjazne dla psów, bez problemu mogliśmy z  Pagiem wejść do środka.