Austria 2020

Flachau 1.08.-10.08.2020

Po przejechaniu 1000 km, po 10 godz. jazdy niemieckimi autostradami, dojechaliśmy do Flachauwinkl – miasteczka znajdującego się 70 km od Salzburga (w kraju związkowym Salzburg). Położone jest 1000 m n.p.m. w dolinie Flachau, latem senne i puste, ożywia się dopiero zimą, gdy staje się popularnym ośrodkiem narciarskim. Mnóstwo w dolinie wyciągów, kolejek gondolowych, tras narciarskich a w miasteczku kilka pensjonatów i hoteli z restauracjami.

1) 2.08  Flachau x2 – 17 km

Najpierw zrobiliśmy sobie wycieczkę do miasteczka Flachau, w większości wzdłuż drogi (15 km w 2 strony). W miasteczku zrobiliśmy przerwę w jednej z wielu kawiarni, na kawę i pyszny strucel z bitą śmietaną, zaopatrzyliśmy się w mapy w informacji turystycznej. Powrót prowadził tą samą drogą. Po zjedzeniu obiadu na kwaterze, po 16 ruszyliśmy do  Flachau rowerami ( w cenie noclegu) do supermarketu Spar, asfaltową ścieżką asfaltową (17 km w dwie strony). To był pierwszy raz w historii naszych wojaży, kiedy jednego dnia zafundowaliśmy sobie wycieczkę pieszą i rowerową!

2) 3.08 okolice Flachauwinkl 15 km

Z powodu zapowiadanych opadów deszczu, zrobiliśmy sobie 3 godzinną wycieczkę na pobliską bezimienną górę (asfaltowa i szutrowa droga). A deszcz spadł dopiero po południu i miał padać całą noc. W prognozach ostrzegano przed intensywnym deszczem.

3) 4.08 Hinterkogel 1922 m n.p.m. – 16 km

Kolejny deszczowy dzień. Poszliśmy szlakiem wzdłuż wyciągu nieczynnej latem kolejki gondolowej. Często spotykaliśmy na swojej drodze, stada krów i byków, które mijaliśmy dużym łukiem 🙂 Znaki ostrzegawcze przy szlakach, nakazywały niezatrzymywanie się przy bykach. A po wejściu na szczyt, musieliśmy zadowolić się widokiem uroczej pary, której wszędobylska mgła oraz deszcz nie przeszkadzały w zalotach. Powrót na dół prowadził tą samą drogą.

4) 5.08

 

Zgodnie z planem wyruszyliśmy o 7 rano na południe do Styrii, dokładnie do Doliny Malta w celu wejścia na Großer Hafner. Jechaliśmy autostradą przez 3 tunele (najdłuższy 7 km – płatny 12,5 €), kolejne 6 km i 1km. Najciekawszy krajobrazowo i wrażeniowo był ostatni odcinek Alpenstraße Malta, po kupieniu biletu 20 € (za samochód z pasażerami).  Wąską, krętą asfaltową drogą (na węższych odcinkach panował ruch wahadłowy ze światłami), przez 5 krótkich, wykutych w skale tuneli, wspięliśmy się z wysokości 911 m na 1933 m! (Całość od domu zajęła nam 1,20h). Bylismy wcześnie więc na wielkim parkingu, było jeszcze pustawo, tamę zostawiliśmy na później, i ruszyliśmy na szlak. Czekał nas 5 godzinny szlak, który okazał się dość wymagający. Przez pierwszą godzinę szliśmy wąską i podmokniętą ścieżką, zboczem góry, raz do góry innym razem w dół, doszliśmy do trawiastej równiny z licznymi strumykami, a przed nami odsłonił się skalny mur którym mieliśmy iść. Łagodnymi zakosami w kosodrzewinie a potem skalistą, stromą ścieżką doszliśmy na skalistą grań doszliśmy do furtki

 

Ostatni kilometr robiliśmy godzinę!

która wiła się przez trawy, 

ztak wPo  byliśmy na miejscu czyli pod tamą

8) 8.08 Großer Hafner

 

Z psem pod Śnieżką.

     „Z psem pod Śnieżką” (31.X-3.XI.2019)

Po 4 godzinach jazdy dojechaliśmy do Przełęczy Okraj i po 15 min byliśmy w czeskim Pecu pod Sněžkou w Karkonoszach. Wygodną kwaterę znaleźliśmy „U Vořechovských”, gdzie  opłata za psa za noc, wynosiła tylko 10 zł. Regulamin czeskiego Parku Narodowego Karkonoszy nakazuje mieć psa „pod kontrolą”.  Co można interpretować, że pies może biegać bez smyczy, jeśli jest w zasięgu i pod kontrolą właściciela. O czym przypominały częste tabliczki na szlakach.

1 Dzień  Pec – Richtrovy Boudy 1165 m n.p.m. – Modry Dul – Pec

Przyjemna, niezbyt forsująca (3 godz.), wycieczka czerwonym szlakiem do schroniska Richtrovy Boudy i powrót do Peca.

2 Dzień Bouda RůžohorkyŚnieżka 1602 m n.p.m. – Dolina Obri

Po ponad godzinnej wspinaczce z Pecu (zielony szlak), doszliśmy do położonej na wysokości 1280 m n.p.m. polany ze schroniskiem Bouda Růžohorky.  Bez problemu wpuszczono nas z Pagiem do schroniskowej jadalni z ekspozycją czarownic, gdzie zostaliśmy poczęstowani jagodowym ciastem.

Na dużej polanie (przed sąsiednim schroniskiem) pasły się młode byczki i krowy.

1,5 godziny (żółty szlak) i byliśmy na Śnieżce.  Wiało tak mocno (65 km/h), że Pag zaraz po wejściu na szczyt, chciał schodzić, a ciągnąć to on potrafi….

Po zejściu do Domu Śląskiego, odbiliśmy  – od dość zatłoczonego czerwonego szlaku – i niebieskim szlakiem, zaczęliśmy schodzenie do Doliny Obri.

Początek niebieskiego szlaku – mocno stromy, przypominał trochę tatrzańskie szlaki. W tle Studničná hora 1554 m .W schronisku Bouda pod Sněžkou, gdzie z bogatego menu wybraliśmy knedliki z jagodami i strucel z jabłkami. Pag w restauracji był jednym z pięciu psów i to restauracji z kelnerem i białymi obrusami.

3 Dzień Chata Výrovka 1356 m n.p.m.

W deszczu i we mgle – po dwóch godzinach drogi z Pecu, drogą a potem zielonym szlakiem, doszliśmy do –  schroniska Výrovka.

W środku rozgrzaliśmy się przy gorącej herbacie, zajadając jagodowe ciasto. Pag w tym czasie nawiązywał kontakty z czeskimi czworonogami przy sąsiednich stolikach.

Dalej nasza droga prowadziła czerwonym szlakiem do Chaty na Rozcesti, po czym zaczęliśmy schodzić w dół (czerwony szlak), przy którym zrobiło się nawet biało. Potem żółtym szlakiem  – wzdłuż drogi, zeszliśmy przemoknięci do suchej nitki do Pecu.

A wieczorem, wybraliśmy się we trójkę, do pobliskiej restauracji „Enzian”. „Psia” miska na zewnątrz była wymowna. Było przytulnie, smacznie i niedrogo, z dużym wyborem czeskich dań i piw, a Pag miał psie towarzystwo.

4 Dzień Przełęcz Okraj 1046 m – Bouda Jelonka 1260 m

Po wjechaniu samochodem na Okraj, dalej już pieszo – czerwonym szlakiem doszliśmy do schroniska Jelonka (1 godz.). Widoki były marne przez mżawkę i mgłę, w schronisku ogrzaliśmy się przy ciepłej herbacie i zajadając się smacznymi naleśnikami z jagodami. Pagowi musiała wystarczyć miska z wodą.

Potem żółtym szlakiem ( ok 1 godz.) doszliśmy do miasteczka Malá Úpa. W drodze do auta, przy szosie Pag zauważył strasznego olbrzyma, którego nie omieszkał obszczekać.

Na pewno w czeskie Karkonosze jeszcze wrócimy. Oferują one poza pięknymi widokami, dużo szlaków turystycznych (70% Karkonoszy leży po stronie Czech), są tu przyjazne dla psów schroniska (można smacznie zjeść) a  w miasteczkach – u podnóża gór – restauracje.

Przemierzając góry Kirgistanu

 „Autem, na koniu i na nogach – czyli Kirgistan 2019”. 19.07-11.08.2019

Wakacje 2019 razem z innymi, trzema parami – stawiającymi wrażenia nad wygodę – postanowiliśmy spędzić w górzystym Kirgistanie. Niewielkim (1,5 razy mniejszy od Polski), górzystym kraju w Azji Centralnej (w 95 % pokrytych górami!). Naszym celem było liczące 2500 km pasmo  górskie – Tien Chan (Zachodni), znajdujące się  na  pograniczu Kirgistanu, Kazachstanu, Uzbekistanu i Chin. Przez 2 tygodnie przemierzaliśmy „Niebiańskie góry” wypożyczonymi 2 samochodami terenowymi (toyota sequoia ), wożąc z sobą – przywieziony z Polski sprzęt biwakowy. Spaliśmy w namiotach, gotowaliśmy na naszych kuchenkach gazowych, „myliśmy się ” w górskich potokach.  Większość dnia spędzaliśmy podróżując samochodem, żeby w godzinach mocno popołudniowych, zatrzymać się nad rzeką czy potokiem i rozbić się z namiotami. Jeśli czas pozwolił, robiliśmy krótszą lub dłuższą wycieczkę po okolicy. Rano po śniadaniu, po zwinięciu obozowiska, ruszaliśmy w dalszą drogę. Ostatni – trzeci tydzień (gdy stan ekipy zmniejszył się o 50%) wyruszyliśmy z plecakami na trekking do Parku Narodowego – Ala Archa, w celu zdobycia szczytu Uchitiel, mierzącego 4640 m n.p.m.

19 lipca z Berlina (jakżeby inaczej!) o 12:25 wylecieliśmy do Istambułu (+ 1 godz.), skąd o 22:10 kolejnym samolotem tureckich linii Pegasus Airlines, dotarliśmy do  Biszkeku – stolicy Kirgistanu –  k. 5 rano(+3 godz.).

1) 20 VII Biszkek 800 m. n.p.m.

Po wyjściu z lotniska, zostaliśmy „osaczeni” przez licznych kierowców marszrutek (małe busiki). Jeden z nich zawiózł nas do oddalonego o 40 km Biszkeku. Transport kosztował nas 1200 som (30 som na parę – 60 zł). 1 som to równowartość 0,05 zł. Zostaliśmy zawiezieni pod wygodny hotel Concord, gdzie czekały na nas zarezerwowane jesienią, klimatyzowane pokoje (był upał 38°C). Po odpoczynku, swoje pierwsze kroki skierowaliśmy do sklepu RedFox,  gdzie zaopatrzyliśmy się w butle gazowe (sklep miał bogaty asortyment i to różnych producentów). Ponieważ spacer do sklepu zajął nam ponad godzinę, zdążyliśmy zgłodnieć.  Na szczęście blisko  RedFoxa znaleźliśmy restaurację i po raz pierwszy zasmakowalismy – opartej na mięsie – kuchni kirgiskiej. Z bogatego menu wybraliśmy szaszłyki baranie i  sałatki, popijając aromatyczną herbatę z czarek oraz zimne, kirgiskie piwo. (Muzułmanizm w północnej części Kirgistanu  jest bardzo liberalny i pozwala na sprzedaż alkoholu). Jedzenie było pyszne, a obsługa dwoiła się i troiła, żeby nam dogodzić. (Wyszło 1200 som na parę, w tym 10 % napiwku). Wieczorem, gdy upał trochę zelżał, ruszyliśmy do centrum Biszkeku. Stolica nie powala na kolana, zabytków tu jak na lekarstwo, niemal na każdej ulicy ogromne, ponure, postkomunistyczne blokowiska, ale jest też sporo ładnych parków. Główny plac z monumentalnymi budowlami i pałacem prezydenckim może się podobać. Do tego, na wielu ulicach straganiki z orzeźwiającymi napojami (my zostaliśmy fanami kwasu chlebowego) sprzedawanym na butelki (60 som litr – 3 zł) i na kubeczki.

3) 21 VII Biszkek 800 m n.p.m.

Po śniadanku, przyszedł czas na zakupy – na jednym z największych w Azji Centralnej bazarów – Osh Bazar. 5 min drogi i byliśmy już na miejscu. Kolorowy, pachnący Bazar Osh, oferuje wszystko czego tylko dusza zapragnie: od narzędzi, szczeniaczków, pasków, porcelany, odzież aż po dywany i rowery. Nas najbardziej interesował dział warzywny, owocowy, orzechowo-przyprawowy. Zanim zrobiliśmy zapasy jedzenia na góry, musieliśmy wszystkiemu przyjrzeć się z bliska, dotknąć, sfotografować, zamienić słówko z pogodnymi sprzedawcami. Owoce i warzywa – nie dość że tanie, to były pierwszej świeżości i nie skażone chemią. Nam szczególnie do gustu przypadły soczyste, pachnące arbuzy, więc zajadaliśmy się nimi na potęgę. Późnym popołudniem udaliśmy się na obiad – tym razem – do muzułmańskiej restauracji ( w menu nie było ani wieprzowiny ani alkoholu). Było pysznie i dość egzotycznie.

3)22 VII Issyk – Kul  1700 m n.p.m. (280 km)

Po zjedzeniu śniadania, o dziewiątej dostarczono nam do hotelu dwa jeepy.  (Kilka miesięcy wcześniej z miejscową firmą wynajmującą auta, Radek dogadał mailowo warunki wynajmu i przesłaliśmy zaliczkę). Spakowanie plecków, reklamówek jedzenia oraz upchanie całego sprzętu biwakowego, zajęło nam nieco czasu. Po zrobieniu ostatnich zakupów: świeżych lepioszek (kirgiskie chlebki) w ulicznej piekarni i kilku 5-cio litrowych baniaków z wodą do picia i ruszyliśmy nad jezioro Issyk – Kul. Wyjazd z miasta trochę trwał, bo natężenie ruchu

samochodowego było spore i zdarzały się korki, jednak im bardziej oddalaliśmy się od centrum, tym płynniej się jechało.  Najpierw pędziliśmy czteropasmową autostradą  A 365, potem już nieco gorszą A 363 (prowadzi wzdłuż południowego brzegu  Issyk – Kul) bo z nierówną nawierzchnią asfaltową i z dziurami. Pierwsze 100 km, gdy jechaliśmy Doliną Czujską, wzdłuż rzeki Czu (za którą był już  Kazachstan), grzbiety gór majaczyły z daleka, ale im bliżej byliśmy jeziora, tym bardziej robiło się górzyście. Ciekawe, że widoków nie zasłaniały żadne bilbordy reklamowe.  Zamiast nich, od  czasu do czasu  pojawiały się na wzgórzach, ułożone z kolorowych kamieni  – reklamy, np. flaga Kirgistanu. Po 4 godz. jazdy znaleźliśmy dziką, żwirową plażę nad  brzegiem Issk-Kul, gdzie postanowiliśmy rozbić się z namiotami (za miejscowością Tong). Woda w drugim największym (po Titicaca) górskim jeziorze świata, do ciepłych nie należała, dno było kamieniste ale woda czysta i lekko zielonkawa.

4) 23 VII Canion Skazka/Tien Chan 3400 m npm (40km+100km)

Pierwsza noc w  Kirgistanie pod namiotem, będę długo pamiętała. Była nie tylko ciepła (puchowe śpiwory okazały się zbędne), ale i niezwykła za sprawą niesamowicie

rozgwieżdżonego nieba!  Więc siedzeniu na naszych składanych, chińskich krzesełkach (przyjechały z nami z Polski), wpatrywaniu się w gwiazdy, równocześnie popijając kirgiskie piwo – nie było końca. Kolejny dzień zaczął się od obowiązkowej kąpieli, potem było śniadanie i ruszyliśmy w dalszą drogę. Po przejechaniu 40 km wzdłuż południowego brzegu jeziora Issyk – Kul, dojechaliśmy do księżycowego miejsca – Canionu Skazka. Przez godzinę wędrowaliśmy po pomarańczowo-brunatnych, piaskowych pagórkach. Zanim wyruszyliśmy w góry Tien Chan, zatrzymaliśmy się w miejscowości Tamga, żeby w  świetnie zaopatrzonym samoobsługowym sklepie, uzupełnić zapasy wody i jedzenia. Po czym zaczęliśmy

powolną wspinaczkę drogą asfaltową, potem szutrową w jedną z dolin Tien Chan (Niebiańskich Gór). Aż dojechaliśmy na przełęcz na wysokości 3800 m n.p.m.

Wokół nas roztaczała się surowa równina otoczona zaśnieżonymi grzbietami, zaczęły pojawiać się pierwsze konie i pojedyncze jurty oraz górskie  jeziorka. Po czym zaczęliśmy zjeżdżać w dół,  żeby w dolinie nad rzeką rozbić swój, tak naprawdę   pierwszy obóz w górach. Wjeżdżając już na duże wysokości, odczuwaliśmy skutki choroby wysokościowej jak: ból głowy i brak apetytu, nie mówiąc już o zaburzeniach snu. Na szczęście aspiryna łagodziła dolegliwości.

5) 24  VII Tien Chan 3000 m n.p.m. (30 km)

Noc do udanych nie należała. Mi dokuczało zimno i ból głowy. W czasie śniadania w pięknym otoczeniu przyrody, odwiedził nas sędziwy pasterz ogromnego stada owiec (1000 sztuk). Przy wspólnej herbacie i czekoladzie, opowiedział nam o swojej rodzinie i pracy, o tym jak na letnie miesiące, opuszcza dom i przenosi się  w góry, żeby zostać pasterzem.

Potem było pakowanie i zwijanie namiotów, krótka wycieczka na najbliższą górę  i ruszyliśmy w dalsza drogę w dół doliny, wzdłuż rzeki Burkhan. Im niżej zjeżdżaliśmy, tym dolina robiła się coraz szersza, a na zielonych zboczach co chwilę mijaliśmy stada  koni, krów, owiec.

 

 

Po drodze musieliśmy pokonać kilka – płytkich potoków. Ten nocleg  spędziliśmy nad rzeką Burkhan, w ogromnej dolinie. Po rozłożeniu obozowiska i napełniwszy brzuchy, ruszyliśmy na pobliski, zielony grzbiet na którym pasły się przeróżnej maści konie.

 Ale wcześniej odwiedziła nas kirgiska rodzinka z pobliskiej jurty: matka  z trojgiem małych dzieci. Początkową nieufność dzieci udało nam się przełamać  obdarowując je słodyczami i  drobnymi zabawkami. 12-letni syn pokazał nam, niesamowite sztuczki ze swoim koniem, którego później użyczył nam na krótkie przejażdżki (oczywiście pod czujnym okiem właściciela) .

 6) 25 VII Tien Chan 3000  m n.p.m. (30 km)

Zjeżdżając w dół Doliny Burghan, wciąż towarzyszyły nam stada zwierząt.Tym razem rozbiliśmy się pośrodku bardzo rozległej doliny, gdzie rzeka Jil-Suu, wpada do Burghan. Byliśmy pośrodku wielkiego, zielonego pastwiska, otoczeni z każdej strony stadami pasących się koni i krów, które po drugiej stronie rzeki (naprzeciw  naszych namiotów) miały swój wodopój.

Po obiedzie, zrobiliśmy sobie spacer na pobliskie wzgórza, z pasącymi się stadami koni, które okazały się bardzo płochliwe. Noc okazała się dość zimna, ale i tak w „kokonach” z puchowych śpiworów, do późna podziwialiśmy nocny spektakl jaki się rozgrywał się nad naszymi głowami na rozgwieżdżonym niebie. A naszym przewodnikiem „po gwiazdach” okazał się Jędrzej.

7) 26 VII Bosogo 2700 m n.p.m. – Góry At-Bashy (240 km)

Przez 140 km, zjeżdżając w dół do Kotliny Naryńskiej, góry zmieniały się jak w kalejdoskopie.

  Jadąc drogą wzdłuż rzeki Naryń dojechaliśmy do miasta Naryń (2000 m n.p.m.). Tu zjedliśmy pyszny obiad (700 som), zrobiliśmy na bazarze zakupy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Ale najpierw w lokalnym biurze podróży, odebraliśmy (wcześniej załatwione) pozwolenia,  potrzebna do poruszania się przy granicy z Chinami.

     

Dalsze 100 km, na południe wiodło przez rolnicze tereny z pasiekami w tle.

Na noc zatrzymaliśmy się na łączce nad rzeczką,  w pobliżu miasteczka Bosogo. Wieczorem zaobserwowaliśmy na południowej półkuli ciekawe zjawisko. Przez 10 min. na linii horyzontu (na północy) pojawiła się jasna półkula, która przez 10 min stopniowo się powiększała, po czym zniknęła, pozostawiając nas w zupełnym osłupieniu. Zasypialiśmy zastanawiając się czy mamy do czego wracać … (wciąż nie mieliśmy połączenia ze światem).

8)27 VII Kol-Suu 3350 m n.p.m. (80 km)

Znaleźliśmy się  w strefie przygranicznej z Chinami (30 km w linii prostej), jechaliśmy przez ogromne płaskowyże  otoczone zaśnieżonymi górami. Przy drodze pojawiły się stada jaków, pojedyncze jurty a przy nich dzieci.

  

 

Dojechaliśmy do Jyrgal’s Yurt Camp w Dolinie Ak-Say. To rodzaj kirgiskiej agroturystyki: kilkanaście jurt i prosty barak służący za jadalnię (Radek był tu rok wcześniej na motorze) i skromne ale czyste toalety i umywalki.

    

Cena 2800 som obejmowała: nocleg w jurcie, 3 pyszne posiłki i wycieczkę z 2 przewodnikami na koniu,  do okresowego jeziora Kol-Suu (7 km w jedną stronę). Po szybkiej instrukcji z „obsługi konia” ruszyliśmy.

9)28 VII Range Baybiche-Too 1800 m n.p.m. (400 km)

Droga wiodła najpierw korytem wyschniętej rzeki Ak-Say, potem gruntową, płaską drogą, wzdłuż granicy z Chinami. Dalsze 200 km to była podróż autostradą, aż do Narynia. Tu zrobiliśmy duże zakupy na lokalnym targu i w supermarkecie (baniaki z wodą), zjedliśmy porządny obiad w restauracji (tu skusiłam się na kawę, była droga i słaba ). 70 km na zachód od Narynia na stepie rozbiliśmy namioty. (O godz. 21 było 30 º C!)

   

    

W nocy – od strony drogi z której zjechaliśmy, widzieliśmy jakieś światełka, które poruszały się w tę i z powrotem. Rano okazało się – po wjechaniu na drogę, że położono świeży asfalt, a te ruchome światełka, to był po prosu pracujący ciężki sprzęt.

10) 29 VII  Osh 900 m n.p.m. (320 km)

Tego dnia, mieliśmy dotrzeć do stolicy Południa (bardziej muzułmański region Kirgistanu) miasta Osh położonego w Kotlinie Fergańskiej. Droga przez góry Ak-Shyyrak i góry Fergana w większości była szutrowa, wąska i bardzo kręta. Po drodze mijaliśmy wielkie ciężarówki, mozolnie wjeżdżające na przełęcze. Umiejętności i odwaga tych kierowców w samochodach, (które u nas raczej by nie przeszły przeglądu technicznego) zasługiwały na wielki szacunek.

   

   

Osh zatrzymaliśmy się w hotelu  Osh-Nuru ( bez wcześniejszej rezerwacji),  pamiętającego jeszcze czasy radzieckie.  Dla  żeńskiej części ekipy, liczyło się tylko to, że pokoje miały łazienkę  z bieżącą wodą i do tego ciepłą! Wieczorem wyruszyliśmy „w miasto”, w poszukaniu miłej knajpki z dobrym jedzeniem. Wybrana przez nas efektowna restauracja w wielkim ogrodzie z rosyjskimi turystami  i z rosyjską muzyką, nie do końca zadowoliła nasze kulinarne oczekiwania. Szaszłyki, okazały się twarde i żyłowate. Za to wybór piwa był zaskakująco bogaty.

11)30 VII  okolice Abdykalyk 1200 m n.p.m. (340 km)

Po pysznym śniadaniu w formie szwedzkiego stołu, którego nie powstydziłby się hotel 5-gwiazdkowy, podjechaliśmy samochodami pod  świętą górę czyli górę Sulejmana (Salomona). Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie z górą  w tle (zabrakło czasu na wejście bo za 3 dni musieliśmy być w Biszkeku, a sporo kilometrów było przed nami),

   

 i ruszyliśmy na północny-zachód, do Parku Sary Chelek. Jadąc wzdłuż granicy z Uzbekistanem, przez żyzne pola Kotliny Fergany, zrobiliśmy zakupy na jednym z wielu przydrożnych straganach kupując miejscowe, świeże warzywa i owoce. Zostawiając za plecami Uzbekistan, nasza autostrada M41 odbijała na północ i jechaliśmy wzdłuż rzeki Naryń (30 km). Ponieważ do parku dotarliśmy za późno (był już zamknięty) na nocleg wybraliśmy pobliską dolinkę, nad rzeką pośrodku wioski (za miejscowością Abdykalyk). A za towarzystwo mieliśmy miejscowe … osiołki.

    

     

12) 31 VII Toktogul – 1100 m n.p.m (290 km)

Opuściliśmy rejon niewielkich wiosek z poletkami uprawnymi, wróciliśmy do drogi M41 ( na pewnym odcinku była płatna – 45 som/auto). Przez 60 km jechaliśmy wzdłuż turkusowych nurtów Narynia, przedzierającego się przez brunatne góry.

      

W końcu dojechaliśmy do wielkiego, sztucznego jeziora Toktogul. Powstało ono,  po wybudowaniu w 1976 r wielkiej tamy na Naryniu i największej w Kirgistanie elektrowni wodnej. Jezioro jest otoczone kolorowymi  górami, z których każde pasmo wygląda inaczej. Nad Toktogulem zrobiliśmy sobie dłuższy postój. To było już drugie, wielkie kirgiskie jezioro w którym mieliśmy szczęście popływać. Z braku najmniejszego cienia nad południowym brzegiem jeziora, zdecydowaliśmy (ja byłam w mniejszości, która chciała zostać),

      

 pojechaliśmy szukać miejsca pod nocleg, w pagórkach na północ  od jeziora. W miejscowości Torkent zjechaliśmy z asfaltu i gruntową drogą, wjechaliśmy  w górskie łąki i ścierniska. Ostatecznie zjechaliśmy niżej, żeby o 21:30 rozbić namioty nad rzeką, w ciemnościach rozświetlonych przez światło naszych czołówek i w towarzystwie setek ciem.

   

13) 1 VIII okolice Sosnovka 1600 m n.p.m. (260 km)

Tego dnia, jadąc w kierunku Biszkeku drogą M 41, dwa razy wspięliśmy się na przełęcz powyżej 3000 m n.p.m. Najpierw była pass  Ala-Bel 3184 m, (w paśmie górskim Talas Ala-Too), gdzie spróbowaliśmy kirgiskich specjałów:  kurutu (wędzone kulki jogurtowe, przekąska pasterzy ) i  kumysu (mleczny napój alkoholowy). My specyfiki nie przypadły do gustu. 80 km dalej (Góry Kyrgiskie) jechaliśmy 3-kilometrowym tunelem  Too-Ashuu na 3180 m, wybudowanym pod  przełęczą o tej samej nazwie. W miejscowości Sosnovka, zjechaliśmy z asfaltowej drogi i gruntową drogą wjechaliśmy w wąską dolinę rzeki Ak-Suu. Tu zatrzymaliśmy się na noc, mając za sąsiadów … Czechów.

14) 2 VIII Biszkek (80 km)

Po deszczowym dniu, nastał słoneczny i gorący dzień. Dojechaliśmy do Biszkeku, gdzie po zameldowaniu się w Hostelu Apple (www.applehostel.kg), wyruszyliśmy na poszukiwanie myjni. (Samochody przed zdaniem, musiały zostać umyte). W końcu auto umyliśmy w rosyjskiej myjni, potem były zakupy w pobliskim supermarkecie, a pod wieczór i obiado-kolacja w miejscowej restauracji.

15) 3 VIII Biszkek

Dzień zakupów. Gdy my, dziewczyny biegałyśmy od sklepiku do sklepiku, w celu kupienia pamiątek, większość panów kontemplowała sobie na ławeczce pod zakładem fryzjerskim.  A było w czym wybierać, bo na Bazarze Osh, można było kupić dosłownie wszystko. My dodatkowo zrobiliśmy zakupy spożywcze na 6 dni, bo następnego dnia rano, mieliśmy wyruszyć z plecakiem do  Parku Ala-Archa. Ponieważ połowa naszej ekipy: Renia z Radkiem i Ewa z Jędrzejem, w nocy wracała samolotem do Polski, był to ostatni, wspólny wieczór w Kirgistanie, więc toastów przy kirgiskim piwie i kirgiski stole (siedzieliśmy w kucki) nie było końca.

16) 4 VIII Park Ala-Archa, Tepshi Plato 2460 m n.p.m. (35 km + 14 km)

Rano, zamówioną wcześniej taksówką (1700 som), razem z Gosią i Tomkiem, dojechaliśmy do bram Parku Narodowego Ala Archa – 1500 m n.p.m. (40 min od Biszkeku). Założony w 1976 r park, znajduje się w Górach Kirgiskich a swoją nazwę zawdzięcza rzece o tej samej nazwie, jest popularnym miejscem wycieczek mieszkańców stolicy. Dalszą drogę, 12-cie asfaltowych kilometrów do bazy Alplagier (Alp-Lagier) 2200 m n.p.m., pokonaliśmy już na nogach (jest możliwość podjechania taxi). A nie było łatwo, bo ciężkie plecaki, do tego reklamówki z jedzeniem, w upale trochę ciążyły. Ale to miała być rozgrzewka, przed wspinaczką wyżej. W okolicach Ala-Archa Hotel, zaczynają się szlaki w wyższe partie gór, znajduje się tu pole namiotowe, sklepik i kilka budynków.

    

To była niedziela, więc wokół mnóstwo rodzin z dziećmi, z których część piknikowała przy rzece. Po odbiciu od asfaltu i rzeki, wąską ścieżką – początkowo sosnowym lasem – zaczynamy wspinaczkę mocno do góry. Po 45 min zmęczeni, docieramy do kamienia Broken Heart ( Złamane Serce ) 2380 m n.p.m.  skąd rozpościera się piękny widok na doliny rzek: Ala-ArchaAk-Say.

   

Idąc dalej stromą ścieżką, doszliśmy do wypłaszczenia Tepshi Plato, idealnego miejsca pod rozbicie namiotów. Tego wieczoru staliśmy się swoistą „atrakcją turystyczną”, dla schodzących z góry turystów (namioty były jakieś 20 m od szlaku), z których większość chciała z nami zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie.

17) 5 VIII –  Base Camp Racek 3300 m n.p.m. (5,5 km)

Tego dnia, przeszliśmy niewiele zaledwie ponad 5 km, ale były to bardzo wymagające kondycyjnie kilometry! O ile pierwsza godzina, mocno eksponowaną ścieżką,  łagodnie pnącą się do góry – do wodospadu  Ak-Sai, była przyjemną wycieczką,

    

(po drodze musieliśmy przejść potok i lasek),  to dalej było coraz trudniej. Aż do samej bazy Racek, była  to wspinaczka po piargach i usypujących się kamieniach, przy dużej stromiźnie i pełnym słońcu. Dobrze, że mieliśmy kijki bo z kilkunastokilogramowym balastem na plecach, wspinaczka trwałaby pewnie dwa razy dłużej, a nie 3 godziny (z częstymi przerwami na odpoczynek). W końcu docieramy na zieloną polankę, wciśniętą między 2 skalne grzbiety, gdzie znajduje się baza Racek. Oferuje ona nocleg w schronisku ( sali wieloosobowa 500 som) lub w namiotach (400 som). My nasze namioty rozbiliśmy nad strumykiem (100 som/noc). Tego dnia jak i przez następne, nie byliśmy jedynymi Polakami.

     

18) 6 VIII Jeziorko Uchitel 3650 m n.p.m. (8 km)

Przyjemna 4-kilometrowa wycieczka, miejscami po nieprzyjemnych kamieniach i ogromnych głazach, do polodowcowego jeziorka Uchitel. Zasilane wodami lodowca o tej samej nazwie, jeziorko ma przepiękny, turkusowy kolor. Mimo sporej wysokości, było zadziwiająco gorąco, bezwietrznie i pięknie.

     

19) 7 VIII Pik Uchitel 4640 m n.p.m.(8 km)

Pobudka przed 4 rano, żeby o 5:20 – z czołówkami rozświetlającymi ścieżkę – wyruszyć na Pik Uchitela. Musieliśmy wyruszyć tak wcześnie, żeby zdążyć przez deszczem, który codziennie w godzinach popołudniowych padał. Szlak na szczyt nie jest trudny technicznie, wymaga tylko dość mozolnej wspinaczki przez strome rumowiska (dlatego kijki trekkingowe konieczne). Sporym wyzwaniem jest 1300 m przewyższeń na odcinku 4 km. Początek szlaku dość łatwy (pokrywa się z wczorajszym), schody zaczynają się, gdy szlak odbija wyraźnie w lewo. Wyraźna ścieżka – oznaczona co jakiś czas kopczykami z kamieni, prowadzi przez ogromne piargi, dalej to wspinaczka po wielkich głazach, na których często kluczyliśmy szukając właściwej drogi (kolejnych kopczyków). Dzięki dobrej aklimatyzacji, nie bolała nas głowa, szliśmy wolnym, jednostajnym tempem, robiąc co jakiś czas, krótkie przerwy na wyrównanie oddechu. Na  wysokości ok. 4 400 m weszliśmy na główną grań, ze śniegiem po północnej stronie,

   

   

trzymając się bezpieczniejszej,nieośnieżonej prawej  strony, docieramy na szczyt. (Po 5 godz.). Jesteśmy zmęczeni  ale szczęśliwi, że się udało! Widoki wokół porażające: lodowce i doliny daleko w dole, a wyżej skaliste wierzchołki.

    

Po długim odpoczynku i sesji zdjęciowej, przyszedł czas na powrót (tą samą drogą). Zejście zajęło nam niecałe 3  godz., przy największych stromiznach, przypominało „drogę przez mękę”, bo chwila nieuwagi groziła „przekoziołkowaniem” kilka metrów w dół. Szczęśliwie choć lekko poturbowani (Gosia i Tomek), zeszliśmy do bazy. Kondycja i pogoda dopisała, a zdobycie Uchitela było takim ukoronowaniem naszej kirgiskiej przygody.

20) 8 VIII Dolina Ala – Archa 2200 m n.p.m.

Po zwinięciu namiotów i spakowaniu się, pożegnaliśmy się z Bace Racek i ruszyliśmy na dół  do Doliny Ala-Archa. 2 godziny i byliśmy przy hotelu Ala – Archa. Tu rozstaliśmy się z  Tomkami, którzy zamierzali busem wrócić do Biszkeku. Zrobiliśmy zakupy w niedużym sklepiku, (musieliśmy tylko trochę poczekać na przyjście właścicielki) wykupiliśmy ostatnie butelki wody i lepioszki. Po czym weszliśmy do hotelu a dokładnie hotelowej restauracji… . Nie bardzo tu pasowaliśmy. My: z dużymi plecakami, w brudnych traperach, z reklamówką z zakupami, a tu: białe obrusy i elegancka kelnerka. Ale człowiek głodny nie zawraca sobie głowy takimi detalami. Z bogatego menu była tylko zupa podobna do naszego rosołu z konkretną wkładką mięsną oraz pierożki z mięsem. (Dziwne bo sąsiedni stół z kirgiską rodziną, aż się uginał od talerzy z pachnącymi potrawami). Po liofilizowanych obiadach, które serwowaliśmy sobie przez 4 dni, wszystko smakowało wybornie (zapłaciliśmy 420 som). Już z pełnymi żołądkami, poszliśmy dalej w górę doliny. Jakieś  1,5 km od hotelu, w miejscu, gdzie rzeka Ak-Sai wpada do większej Ala-Archa, znaleźliśmy miejsce na rozbicie namiotu. Wcześniej, nie udało się nam przejść przez sieć strumieni zasilających Ale-Archa, żeby dołączyć do grupy Polaków, którzy po drugiej stronie, mieli obozowisko.

   

21) 9 VIII Dolina Ala-Archa – Biszkek (8 km)

Ostatnia noc w górach, pod namiotem do udanych nie należała – za sprawą bardzo głośnego nurtu Ala-Archa. Rano, gdy Krzysiek odpoczywał przy namiocie, ja zrobiłam sobie godzinny spacer w górę rzeki Ak-Sai. Dziwnie wyglądało szerokie, koryto rzeki, którego dnem  płynęły leniwie strumykami. (Rzeka bierze swój początek z lodowca). Potem znowu „zawalczyłam” ze strumieniami i w końcu, udało mi się przejść na drugą stronę doliny, żeby ścieżką dalej pójść w górę Doliny Ala-Archa wzdłuż rzeki Ala-Archa.  Doszłam do żółtego mostku na rzece i zawróciłam.

Po powrocie do Krzyśka, ruszyliśmy z plecakami w kierunku hotelu, żeby złapać „coś” do Biszkeku. Tym czymś okazała się taksówka (1100 som), od miłego kierowcy mówiącego trochę po angielsku, dowiedzieliśmy się o zamieszkach w stolicy (dzień wcześniej) podczas, których zginął policjant. Kolejne 2 noce spędziliśmy w Apple Hostel, tylko tym razem w innym – dopiero co wyremontowanym – budynku. Wieczorem była pożegnalna kolacja z Tomkami w pysznej restauracji niedaleko Osh Bazar.

22) 10 VIII Biszkek

Zakupy na Bazarze Osh i w świetnie zaopatrzonym, klimatyzowanym supermarkecie „Frynze” znajdującym się blisko hostelu. Nocowaliśmy  sami w pokoju wieloosobowym, który miał wielki balkon z widokiem na ogród, a na parterze budynku, znajdowała się nowoczesna kuchnia. Obok której był „korytarz”, gdzie zostawiało się buty. Wspólna łazienka dla kilku pokojów, nie stanowiła dla nas żadnego problemu. Dla nas liczyło się tylko to, że miała bieżącą wodę. Wieczorem recepcjonistka zamówiła nam taksówkę na lotnisko, która o godzinie 2 przyjechała po nas.

11 VIII Biszkek-Istambuł-Berlin

Znowu liniami Pegasus Airlines, polecieliśmy do Istambułu (3 godz. czekania) a stamtąd do Berlina-Schönefeld.

Spędziliśmy w Kirgistanie niezapomniane 3 tygodnie. Obrazy gór Tien Chan – bo to dla nich tam pojechaliśmy, na zawsze zostaną w mojej głowie. Ośnieżone lub w kolorach ziemi pasma górskie, rozległe doliny, pustynne stepy i ogromne, zielone płaskowyże otoczone górami, do tego stada koni – największej dumy Kirgizów, jurty i  przyjaźni ludzie. Zobaczyliśmy tylko niewielką część Kirgistanu i dlatego zamierzamy tu wrócić.

 

 

 

Dziwna zima 2019

„Dziwna zima 2019” 26-29 stycznia

Kolejny zimowy wypad w Karkonosze, tym razem do wschodniej ich części. Nocleg znaleźliśmy w pobliżu Kowar, w rozległym gospodarstwie agroturystycznym „Ranczu pod Śnieżką”http://ranchopodsniezka.pl/. Miły i pomocny gospodarz lubi psy, za które pobiera symboliczną opłatę.

26 stycznia Kowary

1,5 godzinna wycieczka ścieżką rowerową do Kowar, powrót torami – nieczynnej linii kolejowej. Śniegu niewiele, ale wkrótce i to miało stopnieć.

27 stycznia Przełęcz Okraj 1046 m n.p.m.

Okolice Podgórza (najwyższa część Kowar) nie dość, że ładnie, to jeszcze sporo w okolicy atrakcji: sztolnie, kopalnia uranu oraz nieczynny, kilometrowy tunel kolejowy na Przełęczy Kowarskiej!

Im wyżej tym śniegu przybywało. Gdzieś na szlaku żółtym …

Przełęcz Okraj zdobyta! Wysokie zaspy, silny wiatr i błoto pośniegowe na szosie. Odpoczynek w schronisku PTTK „Na Przełęczy Okraj” był obowiązkowy, psy są tu mile widziane.  Powrót zielonym/żółtym szlakiem na kwaterę.

28 stycznia Samotnia/Strzecha Akademicka/Dom Śląski

Rano, po zimie nie było śladu – przynajmniej za oknem, zamiast bieli była zieleń. Ale wyżej w górach panowały już zimowe warunki. Autem  podjechaliśmy do pobliskiego Górnego Karpacza , na płatnym parkingu został samochód i ruszyliśmy do Strzechy Akademickiej. W tym największym karkonoskim schronisku ogrzaliśmy się przy gorącej herbacie. Nie było  żadnego problemu z wejściem z psem do środka schroniska (z psami można też przenocować).

Dawno tak nie zmarzłam, jak w drodze od Spalonej Strażnicy i do Domu Śląskiego. Przeszywający do kości mroźny wiatr, do tego wszechotaczająca mgła – ograniczająca widoczność do kilku metrów. Nawet Pag trochę zmarł, bo wbiegł do przedsionka Domu Ślaskiego nie czekając na nas, wykorzystując uchylone drzwi …

Odwiedziny ulubionej Samotni były obowiązkowe.

 

29 stycznia Góry Sokole/Szwajcarka

Za radą gospodarza, podjechaliśmy na Przełęcz Karpnicką (20 min), żeby pochodzić po Górach Sokolich (Sokoliki). Najpierw po metalowych schodkach wspięliśmy się na Sokolika Dużego 643 m n.p.m. skąd podziwialiśmy piękną panoramę Karkonoszy.

Tylko Krzysiek wszedł na najwyższą w Sokolikach – Krzyżną Górę 653 m n.p.m. skąd roztaczał się widok m. in. na Śnieżkę (zbyt duże oblodzenie).

Poniżej skalistego wierzchołka:

Najstarsze schronisko w Polsce czyli przytulna „Szwajcarka”. Można tu  smacznie zjeść np. przepyszne naleśniki, z  psem u boku, bo psy tutaj lubią.

Romantyczne zamki nad Renem i austriacki Tyrol

                            Nad  rzeką i w górach – wakacje 2018 z przygodami”

Francuzi mają swoje arystokratyczne zamkami nad Loarą, natomiast Niemcy mogą być dumni z romantycznych zamków  w Dolinie Środkowego Renu. Jest to odcinek 65-kilometrowy pomiędzy BingenKoblencją w kraju związkowym  Nadrenia-Palatynat. Nic dziwnego, że to piękne miejsce w 2002 r. zostało uznany przez UNESCO za światowe dziedzictwo kultury. I tak,  pod koniec maja postanowiliśmy przyjrzeć się z bliska tej niezwykłej dolinie z malowniczymi zamkami, meandrującym Renem i stokami porośniętymi winoroślami. Nasza przygoda z tą doliną trwała nieco krócej niż planowaliśmy, ale po kolei…

29 maja camping Sonneneck/Spay

Po przejechaniu 800 km niemieckimi autostradami, znaleźliśmy się na obrzeżach Koblencji. Następnie drogą wzdłuż Renu, minąwszy miejscowoś Spay, dojechaliśmy na camping Sonneneck. Na położonym wzdłuż Renu, wielkim campingu, byliśmy nielicznymi turystami śpiącymi w namiocie, bo zdecydowana większość, nocowała w camperach, swoich lub w wynajętych. Ale nie tylko z powodu spania w namiotu odstawaliśmy od reszty turystów. Zaniżaliśmy średnią wieku nocujących na campingu (55-60 lat), jakby tego było mało, to Krzysiek swoim obwodem brzucha (przynajmniej na dzień dzisiejszy),  dość mocno odstawał od sporej części panów, którzy swoim pokaźnym brzuszyskiem wylewającym się ze spodenek, dumnie paradowali  po campingowych alejkach. Na szczęście nikt nas palcami nie wytykał i szybko się zaadaptowaliśmy, a cały pobyt (5 nocy) będziemy wspominali jako bardzo udany. Wielki camping (https://sonneneck-camping.de/) ze sklepikiem, restauracją, barem, basenem (czynnym tylko latem), okazał się bardzo przyjazny również dla psów. A było ich dużo, i to różnych maści i narodowości. Czworonogi na terenie campingu, miały wydzielony swój kawałek zieleni, taką „psią toaletę”, do tego było mnóstwo stojaków z woreczkami (na psie odchody) przy alejkach. Dla mnie największą niespodzianką okazało się „psie spa” – czyli specjalny prysznic pod chmurką. A opłata za spanie psa nie była wygórowana bo wynosiła – 2 € za dobę. Cała reszta czyli namiot/auto/2 osoby/prąd wyniosła nas 24 €/doba.

30 maja – Boppard

Pierwszy poranek nad Renem, choć słoneczny i gorący, zaczął się od niespodzianek. O 6:30  z błogiego snu, wyrwał nas dochodzący z góry, nieznośny hałas. Po wystawieniu głowy z namiotu, ku naszym oczom, ukazał się – krążący  niedaleko campingu – helikopter spryskujący pobliskie uprawy winorośli, od których dzieliły nas tylko tory kolejowe i asfaltowa droga. Na szczęście, później było już dużo lepiej. Poranna kawa i pyszne śniadanie z widokiem na szeroki Ren i zielone wzgórza, szybko poprawiły nam humory. Ale najlepsze było dopiero przed nami: 10-cio kilometrowa wycieczka do pobliskiego miasteczka Boppard. Robieniu zdjęć nie było końca bo otaczała nas przepiękna sceneria: po lewej mieliśmy mieniący się w słońcu Ren, z pływającymi barkami i statkami wycieczkowymi, a po prawej zbocza  porośnięte winnicami. Sielanka na chwilę została zakłócona przez Paga, kiedy to – w leśnym bagienku urządził sobie błotną kąpiel  i przez 2 godziny, był  bardziej czarnym niż biszkoptowym labradorem (nie pierwszy i pewnie, nie ostatni raz … ). Byliśmy nieco zaskoczeni, gdy jakieś 2 km przed zejściem do miasteczka, szlak zrobił się stromy i pojawiły się nawet metalowe drabinki. Na szczęście obok była ścieżka, którą  można było nią obejść. Po zejściu do Boppard, od razu poszliśmy nad Ren, żeby  doprowadzić Paga do względnej czystości, w końcu mieliśmy ruszyć na miasto. (Tego dnia – jak na złość – uparł się, że zamoczy tylko i wyłącznie łapy). Turystyczne, zadbane miasteczko, niezbyt licznie odwiedzane przez turystów, nie mogło nas  nie zauroczyć. Zwłaszcza nadmorska promenada i nieduży rynek ze starym kościołem i nowoczesną fontanną nam się podobał. Powrót na camping był już mniej przyjemny, bo na ścieżce rowerowo-pieszej biegnącej między Renem a szosą (6 km), pozbawionej cienia,  byliśmy wystawieni jak na patelni, a słońce prażyło niemiłosiernie.

31 maja – Braubach/Marksburg-Koblencja-Stolzenfels

Przyszedł czas na zwiedzanie  zamków w Dolinie Środkowego Renu. Wybraliśmy zamek po drugiej stronie Renu – średniowieczny Marksburg. Po 24 km, minięciu Koblencji i miasteczka Braubach – nad którym wznosi się zamek, dojechaliśmy do bezpłatnego parkingu, na skraju lasu. I po 10 min. wspinaczki asfaltową drogą (zamek stoi na wzgórzu 150 m nad  Renem), byliśmy już pod murami najlepiej zachowanego zamku reńskiego. Przez bramę w starych murach doszliśmy tylko do dolnej części zamku. Dalsze zwiedzanie było możliwe po kupieniu biletu (8 €) i tylko z przewodnikiem. A ponieważ kolejka nie miała końca, zasilana angielskimi turystami wysypującymi się z kilku autokarów, zrezygnowaliśmy ze zwiedzania. Nie pozostało nam nic innego, jak zejść na dół do miasteczka Braubach i podziwiać zamek z dołu, z poziomu Renu. Urokliwe miasteczko z ryglowymi domkami, z ukwieconym deptakiem wzdłuż rzeki nieco zrekompensowały niewejścia na zamek. Po wdrapaniu się z powrotem do góry do auta, ruszyliśmy do Koblencji. Pięknie położone miasto nad ujściem rzeki Mozeli do Renu. Gdy samochód bezpiecznie stał na płatnym parkingu (1,5 €/godz.) z widokiem na eleg-ancki pałac Kurfürstliches, skierowaliśmy nasze kroki nad Ren. Idąc szeroką, nadreńską promenadą doszliśmy do miejsca, gdzie Mozela wpada do Renu, czyli słynnego  Niemieckiego Rogu (Deutsches Eck).  Na tym charakterystycznym, trójkątnym cyplu, wznosi się ogromny (37 m.) konny pomnik cesarza Wilhelma I. i nie sposób się tu nie zatrzymać na dłużej, bo widok na rzeki i ich otoczenie jest imponujący. Potem był spacer wąskimi uliczkami starego miasta, i słodkie co nieco w przytulnej kawiarence. Cztery godziny minęły jak z  bicza trzasnął, i musilismy wracac do auta. Po drodze na camping zatrzymaliśmy się, żeby zwiedzić świetnie zachowany średniowieczny pałac Stolzenfels. Warto było wspiąć się gruntową drogą (80 m nad poziom Renu), żeby zwiedzić nie tylko ciekawy pałac z ogrodem ale nacieszyć oko ładną panoramą na dolinę rzeki. Na zamek można było wejść tylko z przewodnikiem (5 €) a pieski miały zakaz wstępu. Już  przy wyjeżdżaniu z Koblencji samochód, wydawał dziwne dźwięki … . Ale na camping jakoś się doczłapaliśmy.

1 czerwca – Oberwesel/Schönburg – St. Goar/Rheinfels

Rano okazało się, że samochodu nie można już odpalić. Ale zamiast biadolić i załamywać ręce, wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy do kolejnego miasteczka w Dolinie Środkowego RenuOberwesel. (Ale najpierw musieliśmy przejść 2 km do stacji w Spay). Ponad 20-minutowa podróż pociągiem była nieco stresująca, bo jechaliśmy bez ważnego biletu. Nie kupiliśmy go ani w nieczynnym automacie biletowym na stacji,  ani u konduktora w pociągu, bo go nie znaleźliśmy. Na szczęście jazda „na gapę” zakończyła się dla nas, bez niemiłych konsekwencji. Zanim ruszyliśmy zdobyć kolejny nadreński zamek, zwiedziliśmy zabytkowe Oberwesel. Niezapomnianych wrażeń i widoków dostarczył nam spacer po średniowiecznych murach (2,5 km), urozmaicony od czasu do czasu wspinaczką do wyższych lub niższych wież, których do dziś zachowało się aż 16-ie. Inną ciekawą atrakcją w Oberwesel jest kościół pod wezwaniem Św. Marcina z „przyklejoną” do kościoła gotycką dzwonnicą. Potem przyszedł czas na zobaczenia z bliska zamku Schönburg, do którego doprowadziła nas widokowa, pnąca się do góry ścieżka. Z dziedzińca zamku, rozciągała się przepiękna panorama na Ren i otoczone wzgórzami miasteczko. ( Z wnętrz tylko do restauracji można było wejść). Ponieważ jeszcze sporo kilometrów było przed nami, z żalem opuściliśmy nieduży zamek i ruszyliśmy – wzgórzami – do miasteczka St. Goar nad Renem (9 km). Gdzie czekał na nas kolejny zamek – a właściwie ruiny rozległego zamku Rheinfels, górującego nad miastem. (W XIX w zaczęto zamek rozbierać,a materiały budowlane wykorzystano do budowy twierdzy w Koblencji). Z zamku – bo zbliżała się już 18, szybko zeszliśmy do stacji kolejowej i po kupieniu biletu w czynnym automacie (4,90 €/2 osoby,) wskoczyliśmy zmęczeni do pociągu. Z biletami jazda była mniej nerwowa, ale bez niespodzianki (niestety niemiłej) nie obeszło się, bo pociąg nie zatrzymał się na naszej stacji  w Spay (skąd mieliśmy wiedzieć, że to jest stacja „na żądanie”? i trzeba coś wcisnąć w pociągu?) tylko na następnej w Rhens. Zamiast 2 km musieliśmy pokonać 4 km, malowniczą drogą wzdłuż Renu, w którym Pag nawet popływał sobie. Do campingu wróciliśmy padnięci, nic dziwnego przeszliśmy tego dnia 30 km.

2 czerwca Rhens

Tego dnia, miał przyjechać po nas i naszą zepsutą skodę – Michał z lawetą. Więc był tylko spacer promenadą wzdłuż Renu do Rhens, zakupy w Lidlu i zabawy Paga w wartkiej rzece. Na jednej z  kamienistych plaż, właściciel pływającej suczki, pożyczył nam pływającą zabawkę, którą Pag aportował i nie miał dość pływania! Po złożeniu namiotu i całego sprzętu biwakowego, spakowaniu się i o 20 ruszyliśmy autem Michała, ze skodą na lawecie do Szczecina, żeby o 5 rano być już na miejscu.

Niedzielą spędziliśmy w Szczecinie robiąc w pospiechu pranie, zakupy, przepakowywanie i pakowanie. W poniedziałek rano, autem  pożyczonym od rodziców Krzyśka, mieliśmy wyruszyć do Austrii, gdzie czekała nas opłacona i zarezerwowana dużo wcześniej kwatera.

AUSTRIA – TYROL

4 czerwca Auffach

Niewielka miejscowość Auffach 870 m n.p.m.  w austriackim Tyrolu (gmina Wildschönau –  50 km na północny-wschód od Innsbrucka). Nasze nieduże mieszkanko w hotel-apartamentowcu w Apartements Schatzberg-Haus: http://www.schatzberghaus.at było wygodną bazą wypadową na pobliskie szlaki. Psy w hotelu były mile widziane, a opłata za nie wynosiła 4 € za noc.

5 czerwca Koglmoos

Wycieczka (szlak nr. 9)  do pośredniej stacji kolejki gondolowej (na szczyt Schatzberg 1776 m) – Koglmoos, na wysokość 1302 m n.p.m. z przerwą dla Paga na „wodopój” przy tyrolskim domu. Wokół mnóstwo zielonych pastwisk z pasącymi się krowami, które są nieodłącznym elementem tyrolskiego krajobrazu. A  obok krów tabliczki z informacją (jeśli szlak prowadził przez pastwisko), że pies musi być na smyczy i należy sprzątać po nim nieczystości, bo w przeciwnym razie grozi wysoka grzywna.

6 czerwca Auffach

Bieganie wokół  Auffach – bez Paga – i spacerowanie – z Pagiem – szlakiem osobliwości – po Auffach.

7 czerwca Rattenberg

Droga szybkiego ruchu doprowadziła nas do ciekawego miasteczka Rattenberg (27 km) i wiodła dnem wielkiej doliny rzeki Inn. Szeroka i płaska dolina, zamknięta łańcuchem 3- tysięczników biegnie przez cały Tyrol i robi  niesamowite wrażenie. A żeby zobaczyć  jej ogrom wspięliśmy się na zbocze do ruin średniowiecznego zamku Burg Rattenberg.

 

 

 

 8 czerwca Feldalphorn/Schwaigberghorn/Breitegg Gern

Przepiękny widokowo, choć miejscami wymagający (podejście pod pierwszy szczyt) szlak. Prowadził głównie przez ukwiecone łąki i zielone pastwiska z elektrycznymi pastuchami. Ale dla panoram z trzech szczytów z wielkimi  krzyżami: Feldalphorn 1923 m n.p.m. (szlak nr. 33/2), Schwaigberghorn 1990 m n.p.m. (nr. 3), Breitegg Gern 1981 m n.p.m. (nr. 4), warto było pokonać 22 km.

 

 9 czerwca Schatzberg

Doniosły dzień w życiu Paga – bo po raz pierwszy przejechał się kolejką linową!   Przejażdżki kolejkę gondolową w Auffach jak i większością kolei linowych w Tyrolu dla psów są darmowe. ( I dla ludzi też, gdy się posiada kartę Card Wildschönau – otrzymaliśmy ją bezpłatnie w hotelu ). W 20 minut dojechaliśmy na wysokość 1776 m n.p.m. pod szczyt Schatzberg. Idąc  gruntową drogą po górskim grzbiecie,  zdobyliśmy najwyższy w grani Schatzberg 1889 m n.p.m. Po czym zaczęliśmy schodzenie w dół, do sztucznego jeziorka Speichersee, nastepnie – wzdłuż kolejki – do stacji pośredniej Koglmoos położonej na 1302 m n.p.m. A dalej – do Auffach zjechaliśmy już kolejką.

Skalne labirynty, góry stołowe i Łaba – majówka 2018

Skalne labirynty, góry stołowe i Łaba  – majówka 2018

 

28 kwietnia

Majówkę 2018 postanowiliśmy spędzić na pograniczu Czech i Niemiec, dokładnie w Czesko-Saksońskim Parku Narodowym. Z regulaminu parku (czeskiego i niemieckiego) wiedzieliśmy, że psy są tu mile widziane (na smyczy, a różnie z tym bywało … ) Po 4 godzinach jazdy ze Szczecina –  dojechaliśmy do miejscowości Kamenický Šenov, żeby obejrzeć cudo natury jakim jest bazaltowa skała – Panska skala (nazywana też „Organami”). Stąd po 15 min, dojechaliśmy do miasta Česká Kamenice, które miało być przez 3 noce, naszą bazą wypadową do czeskiej część parku.

  

 

29 kwietnia

Jetrichovic (20 min jazdy autem z Česká Kamenice ) wyruszyliśmy jednym z wielu turystycznych szlaków ( niebieski/czerwony, 4 godz.) w Jetřichovické stěny.  Ciekawy szlak z kilkoma punktami widokowymi,  z obowiązkowym wejściem na taras widokowy na Mariina skala 428 m (nie dla psów: do przejścia strome, metalowe schody). Chyba na żadnym innym szlaku, nie spotkaliśmy tylu psów co tutaj, zarówno na smyczy jak i bez, wędrujących ze swoimi właścicielami.

 

  

 

30 kwietnia

Tym razem autem podjechaliśmy do miasteczka Mezni Louka (30 km od Česká Kamenica). Tu zaczynał się czerwony szlak do największej atrakcji Czeskiej Szwajcarii Pravčickiej Bramy. Jak przystało na słynny skalny most, oblegany był przez setki turystów. Ale na licznych tarasach widokowych z widokiem na most i piękną okolicę , było mniej tłoczno. Potem  żółtym, łatwym szlakiem  (przez  wioskę Mezni) i asfaltową drogą (zielony szlak) wróciliśmy do  Mezni Louka. Całość zajęła nam 4,5 godz. – 10 km.

 

1 maja

Zanim znaleźliśmy się po niemieckiej stronie parku, dojechaliśmy do miejscowości Tisá ( 36 km ). Po zostawieniu auta na leśnym parkingu, ruszyliśmy na najwyższy wierzchołek Czeskiej Szwajcarii Děčinsky Sněžnik 723 m n.p.m. Wybraliśmy czerwony szlak i po  3 godzinach byliśmy już na tej wielkiej górze stołowej. Z płaskiego  „wierzchołka” roztaczała się rozległa panorama na czeską i niemiecką Szwajcarię (m.in. z tarasu widokowego przy schronisku).

Powrót do auta zajął nam 2 godziny (czerwony szlak/ścieżka rowerowa). 10 min od parkingu znajdowało się fantastyczne skalne miasto Tiskě Steny (ściany). W ekspresowym tempie przeszliśmy szlak, klucząc między labiryntami i wspinając się (po schodach) na tarasy widokowe (bilet 30 koron, pies gratis).

Potem była godzinna jazda do niemieckiej kwatery w miasteczku Reinhardtsdorf-Schöna.

2 Maja

Tego dnia zrobiliśmy sobie spacer po ładnej okolicy. Najpierw zeszliśmy nad Łabę a potem zdobyliśmy najbliższą – górującą nad okolicą – kamienną stołową górę – Zirkelstein. Z góry – po pokonaniu mnóstwa metalowych schodów – podziwialiśmy rozległą panoramę na rolniczą okolicę i skalisty masyw po drugiej stronie Łaby.

 

3 maja

Najpierw samochodem – przejeżdżając przez most Bad Schandau – znaleźliśmy się po drugiej stronie Łaby,  w miasteczku Prossen (20 min jazdy). Tu zaczynał się żółty szlak na samotną górę stołową Lilienstein. Po 2 godzinach zdobyliśmy płaski szczyt z kilkoma tarasami widokowymi i kamiennym obeliskiem. Po drodze były do pokonania strome schody i metalowe kładki, mostki zawieszone nad głębokimi szczelinami, dlatego nie wszystkie punkty widokowe były dla Paga (i dla ludzi z lękiem wysokości). Widok z góry był przepiękny, zwłaszcza na twierdzę, po drugiej stronie ŁabyKönigstein.

Do auta wracaliśmy niebieskim szlakiem – (do Łaby), a potem 5-kilometrową ścieżką rowerową wzdłuż rzeki. Całość zajęła nam 10 km i 4 godz. Potem samochodem przeprawiliśmy się na druga stronę Łaby, do pobliskiego miasteczka Königstein. W górnej części miasta znajdowała się potężna (wielkości 13 boisk piłkarskich!) niezdobyta, średniowieczna twierdza. Bilet wstępu kosztował 10 €  (pies gratis). Spędziliśmy tam dwie godziny, a zwiedzanie rozległego miasteczka z okazałymi, wojskowymi budowlami, było niezapomnianą lekcją historii.

 

 

4 maja

Na ostatni dzień, zostawiliśmy sobie główną atrakcję niemieckiej części SaksoniiBastei („Baszta”). Zanim doszliśmy do tego kamiennego mostu, podjechaliśmy autem (15 km od Reinhardtsdorf-Schöna) za miejscowością Waltersdorf  i na  leśnym parkingu zostawiliśmy auto. Stąd, czerwonym szlakiem doszliśmy do kurortu nad Łabą – Rathen, żeby za chwilę wspiąć się do skalnego miasta i mostu (od auta 30 min). Podziwianie pięknych panoram, przeciskanie się w skalnym labiryncie, wspinaczkę schodami na wysokie turnie,  zakłócał nieco tłum międzynarodowych turystów. Ale i tak warto było.

 

Na szczęście, w drodze do ślicznego miasteczka Stadt Wehlen nad Łabą (2,5 godz. zielony szlak) spotkaliśmy garstkę turystów, przechodząc przez skalne, leśne labirynty i wąwozy. Ścieżką rowerową wzdłuż Łaby, wróciliśmy do Rathen (4 km) a potem do samochodu.

Ale to nie był jeszcze koniec wycieczki, bo niedaleko znajdował się  zamek Hohnstein, górujący nad miasteczkiem o tej samej nazwie (10 km, dojazd bardzo krętą drogą). W wybudowanym w XII w zamku, mieści się miła kawiarenka – gdzie kawa była obowiązkowa oraz działa całoroczne schronisko młodzieżowe. W dolnej części zamku, znajdują się tarasy widokowe z których mogliśmy podziwiać przepiękną panoramę na Dolinę Polenztal.

Ferie zimowe nad Dunajcem.

Ferie zimowe nad Dunajcem 20I-27I2018

Szczawnicę w Pieninach, wybraliśmy na tegoroczne, tygodniowe „zimowe wakacje”.  Stąd tylko rzut kamieniem w Pieniny polskie i słowackie, Beskid Sądecki oraz Gorce. Ilością  śniegu byliśmy nieco zawiedzeni, ale widokami już nie. Zakwaterowaliśmy się  w komfortowym domku, z pięknym widokiem na góry, z dala od miasta. http://www.goralskiedomki.pl/

21 stycznia

Wycieczka na dół do Szczawnicy, ładnie położonej między górami i Dunajcem.

W drodze ze Szczawnicy – położonej w środku Pienin,  do bacówki „z duszą” Pod Bereśnikim 843 m n.p.m. – należącym już do Beskidu Sądeckiego (1 godz., żółty szlak). Oczywiście psy są tu mile widziane.

  Wciąż na żółtym szlaku, piękny widok na przełom Dunajca. Śniegu wciąż mało – a miało wg. dwóch prognoz  mocno sypać … .

22 stycznia

Busem ze Szczawnicy  do Jaworek dojechaliśmy w 15 min (pi es gratis)a dalej już na nogach, przez Wąwóz Homole (zielony szlak) wspięliśmy się na 950 m n.p.m. na Pod Wysoką ( końcówka  bardzo stroma i śliska ). Tym samym naleźliśmy się na głównej grani Małych Pienin  (niebieski szlak). A po obydwu stronach szlaku, roztaczała się rozległa panorama. Na północy – na polski Beskid Sądecki:

A na południe – na słowackie Pieniny a hen daleko Tatry. Po drodze odbiliśmy trochę od szlaku, żeby ogrzać się i coś zjeść w schronisku „Pod Durbaszką” (Górski Ośrodek Szkolno-Wypoczynkowy) okazał się on bardzo przyjazny psom.

Tuż przed zejściem z niebieskiego szlaku, szlakiem  rowerowym (niebieski 1 godz.) do Szczawnicy – „Na Potoku”.

23 stycznia

Tym razem busem podjechaliśmy do Krościenka nad Dunajcem (15 min.) w celu zdobycia najwyższych w Pieninach – Trzech Koron 982 m n.p.m.. Żółtym szlakiem w 1,5 godz. doszliśmy do Przełęczy Szopka. Skąd roztaczała się piękna panorama na Tatry. W drodze na szczyt musieliśmy pokonać schody ażurowe. O ile do góry, Pag dziarsko wbiegał, to w dół schodził powoli i ostrożnie …

A z platformy widokowej na szczycie długo nie mogliśmy napatrzeć się na piękną panoramę z Dunajcem i górami po horyzont.

Po zejściu do Przeł. Szopka, w 30 min. doszliśmy do schroniska PTTK „Trzy Korony”. Bez problemu pozwolono nam wejść z psem (w przeciwieństwie do schroniska  PTTK Orlica w Szczawnicy !) i tu zjedliśmy rewelacyjną szarlotkę z bitą śmietaną na ciepło.

Po czym zeszliśmy do Sromowic Niżnych i przez kładkę na Dunajcu przeszliśmy na słowacką stronę, do miasteczka Czerwony Klasztor. Tu zaczynał się malowniczy szlak żółty wzdłuż przełomu Dunajca, który 7 zakolami opływa skalne ściany. Oczywiście największe wrażenie zrobiła ambona skalna Sokolicy. Po 2 godz. byliśmy w Szczawnicy.

24 stycznia

Ze Szczawnicy dzieliło nas 20 min jazdy autem od sztucznego Jeziora Czorsztyńskiego.

Na jego północno-wschodnim brzegu a dokładnie na wysokiej skale, wznoszą się ruiny średniowiecznego zamku Czorsztyn.

A bardziej na południowo-wschodnim brzegu, średniowieczny zamek Dunajec w Niedzicy.

25 stycznia

Na niebieskim szlaku w drodze do schroniska na Przehybie. Przy słonecznej pogodzie, jak na dłoni widzieliśmy zaśnieżone Tatry. Trzy godziny zajęło nam dojście do schroniska położonego na 1150 m n.p.m., gdzie kawę wciąż podają w szklance!

Jednak najładniejszą panoramę na TatryPodhale podziwialiśmy z punktu widokowego obok budynku schroniska.

     26 stycznia GORCE

Podjechaliśmy do Nowego Targu i zielonym szlakiem,  ruszyliśmy na Turbacz. Na licznych polankach mogliśmy podziwiać piękną panoramę Tatr.

A im wyżej śniegu przybywało a słońce przyjemnie grzało…

Po 3 godzinach, doszliśmy do schroniska PTTK Turbacz położonego na 1278 m n.p.m.

 

Ale zanim weszliśmy do środka, zdobyliśmy – w 10 min – Turbacz 1310 m n.p.m. A w schronisku, gdzie psy są mile widziane, zrobiliśmy sobie zasłużony odpoczynek. Może szarlotka do najsmaczniejszych nie należała, ale capucino smakowało wybornie.

                                                         Do samochodu schodziliśmy żółtym szlakiem.

 

 

Pod znakiem psa czyli Rumunia 2017 (oraz upalne Węgry)

Rumunia i Węgry 1-20.VIII.2017

Po przeczytaniu wielu różnych relacji o rumuńskich psach (bardziej lub mniej przyjaznych), postanowiliśmy na własnej skórze przekonać się, jak z tymi czworogami jest naprawdę. Bo o tym że, Rumunia z dzikimi Karpatami jest ciekawa i piękna, wiedzieliśmy od dawna. Na wyjazd zaopatrzyliśmy się w „zestaw sylwestrowy” czyli w petardy różnego kalibru, jako „odstraszacza” na groźniejsze psy. Przez 2 tygodnie mieliśmy zamiar pochodzić po Karpatach Południowych, przejechać się słynną Trasą Tranfogaraską, oraz zobaczyć główne atrakcje TransylwaniiWołoszczyzny z zamkami Drakuli na czele. W większości noclegi mieliśmy zabukowane na kwaterach, a 3 dni mieliśmy spędzić na campingu. W drodze z Polski do Rumunii, zamierzaliśmy  zatrzymać się 3 dni na WęgrzechBudapeszcie, a wracając do kraju, spędzić  2 noce nad Balatonem.

Dzień 1 Budapeszt 36°C

Po przejechaniu 900 km autostradami, kolejno: niemieckimi, czeskimi, słowackimi i węgierskimi, dotarliśmy do stolicy Węgier. Mimo godzin wieczornych, termometr w samochodzie pokazywał 38°C! Zatrzymaliśmy się na trzy noce w  przyjemnym hostelu Hungaria, jego strona po polsku:  http://hungariaguesthouse.com/polski.html.  Za noc w pokoju dwuosobowym z łazienką, zapłaciliśmy 26 €,  a za psa nie pobrano żadnej opłaty.  W naszym pokoju  – mimo otwartego na oścież okna – w nocy mogło być 30 °C (pokój był bez klimatyzacji). I Pagowi ciężko się spało, o czym świadczyło jego głośne dyszenie, dochodzące z łazienki, gdzie zwykle spał. Gorące, duszne, budapesztańskie noce, sen z powiek  nam spędzały, ale z rekompensatą przychodził dzień, podczas którego zwiedzaliśmy to ciekawe miasto. Rano po śniadaniu – zapatrzeni w plan Budapesztu (dostępny w hostelu), w 10 min. doszliśmy do metra.  Po kupieniu  w automacie 3 biletów (1 przejazd – 350 forintów/osoba, pies) udaliśmy się do wagonu metra – linii M2, ale na przeszkodzie stanęły nam ruchome schody… . Przestraszony Pag obszczekał je, po czym za żadne smakołyki świata, nie chciał ruszyć dalej. Nie pozostało nam więc nic innego, jak wniesienie go na rękach na dół. Z tym wyzwaniem (30 kg) świetnie poradził sobie Krzysiek (90 kg). W końcu znaleźliśmy się w dość zatłoczonym wagonie, żeby po 15 min. nieco nerwowej podróży, znaleźć się w centrum Budapesztu. (Na górę, Pag musiał  pokonać tylko „nieruchomy” chodnik). Po wymianie euro na forinty (w pierwszym napotkanym kantorze, po jakimś lichwiarskim kursie), zalaną słońcem ulicą Kossuth, doszliśmy do mostu nad Dunajem. Po przedostaniu się na drugą stronę Dunaju, zaczęliśmy wspinaczkę – na jedno z kilku wzgórz Budy –  Wzgórze Gellerta. Tu się Pagowi podobało, bo szedł zacienionymi alejkami i miał dookoła mnóstwo drzew. Ze szczytu roztaczał się przepiękny widok na DunajBudapeszt. Znajduje się tu ciekawa cytadela, zbudowana przez Habsburgów i górujący nad wzgórzem Pomnik Wolności. Było też mnóstwo turystów (dużo Polaków). Po zwiedzeniu Wzgórza Gellerta, przyszedł czas na przepiękny kompleks zabytków na Królewskim Wzgórzu. Dojście tam, zajęło nam – idąc spacerowym tempem  – niecałą godzinę.  Żeby nie męczyć zmęczonego upałem Paga, zwiedzaliśmy osobno. Gdy jedno z nas zwiedzało, drugie „piknikowało” z psem, na zacienionym trawniku pod średniowiecznymi murami. Majestatyczny Zamek Królewski, elegancki  Pałac Prezydencki, Kościół Macieja z kolorowymi dachówkami, bajkowa Baszta Rybacka, zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Nic dziwnego, że Królewskie Wzgórze trafiło na listę UNESCO. Mogłabym spędzić tu pół dnia podziwiając piękną zabudowę, spacerując klimatycznymi, starymi uliczkami i  popijając kawę w licznych kawiarenkach, ale czas nas trochę gonił. Potem – już razem – zeszliśmy do Dunaju, żeby przez Łańcuchowy Most przedostać się na drugą stronę rzeki czyli do Pesztu. Zabytkowy most oczywiście się nam spodobał, ale najlepiej efektowny jest chyba wieczorem, gdy jest oświetlony. Idąc wzdłuż Dunaju, Pag wymusił na nas kilka przerw, żeby po schodach zejść do brunatnej, zimnej wody, zamoczyć się a następnie wytarzać się w równie czystym piasku, jak woda w rzece. W drodze na wyspę Małgorzaty, oczywiście była obowiązkowa sesja zdjęciowa przy ogromnym Parlamencie. No i trafiliśmy na niezwykłe miejsce na Dunaju – budapesztański Central Park czyli  Wyspę Małgorzaty. Zamknięta dla ruchu samochodowego wąska wyspa, jest idealnym miejscem, żeby uciec od zgiełku miasta i odpocząć w parku, niedaleko „tańczących” w rytm muzyki fontanny. Biega tu dziesiątki biegaczy, dla których przygotowano ponad pięciokilometrową ścieżką pokrytą – zdrowym dla stawów – tartanem! Ale czas było wracać, bo do metra mieliśmy spory kawałek. W podziemiach metra, miła pani bileterka widząc naszego psa, zdjęła sznurek zagradzający wejście na nieczynne schody ruchome, dzięki czemu Pag na własnych łapach mógł zejść, a właściwie zbiec w dół. Po dzisiejszym dniu wiemy już, że nasz pies schodów ruchomych, czynnych czy nie, raczej będzie unikał.

Dzień 2 Budapeszt 37 °C

Ponieważ, upał nie dawał za wygraną, postanowiliśmy spędzić ten dzień mniej intensywniej niż wczoraj. Zrobiliśmy sobie spacer do dużego, oddalonego o 2 km od hostelu, miejskiego parku  – Varosliget. Spacerując szerokimi alejkami, doszliśmy do dość niezwykłego zamku.  Zanim go obeszliśmy, rozłożyliśmy koc na trawie miedzy drzewami przy zamkowym stawie. Gdy jedno  z nas zwiedzało, drugie zostawało na kocu, a Pag albo drzemał albo  – idąc w ślady innych psów – pluskał w stawie. Podejrzewam, że gdyby woda była czystsza, to do psów dołączyliby ludzie, bo upał był nieziemski. Zamek Vajdahunyad z dość krótkim rodowodem (wybudowany w 1896 roku) ale swoim ogromem, nie odstaje od innych starych zamków. Jest on połączeniem 3 stylów architektonicznych: gotyku, baroku i renesansu oraz zestawieniem wielu znanych budowli znajdujących się na terenie ówczesnych Węgier. Ale najbardziej efektowna jest ta „starsza” część zamku, wzorowana na siedmiogrodzkim zamku Hunedoara (następnego dnia mieliśmy go zwiedzić). Oglądania i fotografowania zamku nie było końca:  a to od strony fosy czy kamiennego mostu, innym razem od strony kaplicy czy murów. Przez bramę mostową przeszliśmy do innej części parku, skąd miałam 5 min. do największego i najważniejszego budapesztańskiego placu – Placu Bohaterów.  Wysoką kolumnę z posągiem archanioła Gabriela, oraz stojące po jej dwóch stronach półkoliste kolumnady z rzeźbami bohaterów węgierskich, dość szybko sfotografowałam, bo na pustym placu czułam się na jak na rozgrzanej do czerwoności patelni. Po powrocie pod zamek, gdy głód zaczął nam doskwierać, poszliśmy na obiad do restauracji oddalonej 5 min. spacerem od parku. Krzysiek zamówił gulasz węgierski – w wersji light czyli bez ostrej papryki a ja naleśniki z serem. Pagowi musiała wystarczyć miska z wodą, którą kelnerka przyniosła, jak tylko usiedliśmy przy stoliku. (Smaczny obiad wyniósł nas 4500 forintów). Byliśmy nieco zaskoczeni, że w  restauracji jak i pobliskich pubach „pod chmurką”, nie obowiązuje zakaz palenia.

Dzień 3 RUMUNIA

Pożegnawszy się z Budapesztem, ruszyliśmy autostradą (M5) do kraju Drakuli. Przed nami było do przejechania ponad 600 km, w większości rumuńskimi drogami. Ale najpierw musieliśmy zatrzymać się na granicy węgiersko – rumuńskiej (Rumunia nie jest w strefie Schengen).  W kolejce  do bramek,  gdzie odbywała się odprawa paszportowa, czekał sznur samochodów.  Po 25 minutach byliśmy już po odprawie, celnik rzucił tylko okiem na nasze dowody (paszportu Paga nie chciał) i byliśmy już w Rumunii. Mknęliśmy przez świetną autostradą A1, mijając malownicze pola kukurydzy i słoneczników, aż zjechaliśmy do stacji benzynowej. Tu spotkała nas pierwsza, rumuńska niespodzianka: bo skromny barak z dwoma dystrybutorami (sieć MEL), bardziej pasował do jakiejś lokalnej, mało ruchliwej drogi niż do nowoczesnej autostrady. Ponieważ  liczba samochodów z przeróżnych krajów była duża, to przyszło nam czekać 30 min. w kolejce. Zjechawszy na parking za stacją, w poszukiwaniu toalety,  znalazłam  …  toi-toje.  Najważniejsze, że WC było,  a w klimatyzowanym sklepie można było płacić kartą, a przed sklepem stała świetnie wyposażona lodówka z napojami. (Później mieliśmy się przekonać, że przy autostradach są też stacje benzynowe w niczym nie ustępujące od naszych).  Po przejechaniu 150 km autostradą, czekał nas 100-kilometrowy, dość górzysty odcinek głównej drogi nr. 68A (E673). Ta droga – jak się miało później okazać i wszystkie inne  w Rumunii – nie miała pobocza. (Trwa budowa autostrady równoległej do niej). W pobliżu miasta Deva zjechaliśmy z drogi, żeby zwiedzić przepiękny, średniowieczny zamek Hunedoara. Choć okolica zeszpecona jest przemysłowymi, zdewastowanymi obiektami przemysłowymi, zamek jest przepiękny i w pełni zasługuje na miano najładniejszego w całej Transylwanii. Auto zostawiliśmy na płatnym parkingu pod zamkiem i brukowaną ulicą doszliśmy pod bajkowy zamek.  Z biletem w ręku za 30 lei, Krzysiek pierwszy zmierzył się z zamkiem. Ja z Pagiem odpoczywałam w cieniu wielkiego dębu, mając na przeciw,  zamek z licznymi wieżami i wieżyczkami.  Od początku, czyli XIV w. Hunedoara była siedzibą potężnego węgierskiego rodu Huniady  (najznakomitszy jej przedstawiciel – Macieja Korwin został królem Węgier), przez nią jak i następne rody, Hunedoara była wielokrotnie przebudowywana i powiększana, a obecny kształt robi duże wrażenie. Na zamek prowadzi długi, przerzucony nad rzeką, drewniany most, następnie przez bramę  w wieży, wchodzi się na dziedziniec. Najciekawsza z wież pięcio-kondygnacyjna wieża Neboisa („nie bój się”), jest wysunięta poza obwód zamku i połączona z nim długim arkadowym krużgankiem. Na niektóre wieże warto wspiąć się po drewnianych schodach, żeby spojrzeć z ciekawej perspektywy na  zewnętrzną część zamku. Mimo dość skromnego wyposażenia, warto zwiedzić wnętrza zamku,  pospacerować licznymi korytarzami, zwiedzić gotycką Salę Rycerską z pięknym sklepieniem i zamkową cerkiew Św. Mikołaja. Na  zwiedzanie zamku  przeznaczyć trzeba co najmniej godzinę, my niestety tyle czasu nie mieliśmy, bo przed nami był jeszcze spory kawałek do przejechania. Po półtorej godziny jazdy  (najpierw autostradą A1, a potem drogą główną E68) dojechaliśmy do miasteczka Cârta (40 km od Sibiu) na holenderski camping De Oude Wilg. Spory, położony w starym sadzie, z rzeką i polem na tyłach, do tego dość tani (noc 12 €/my,namiot,auto,pies).  Miał wszystko co jest potrzebne na campingu, zwłaszcza świetnie wyposażoną kuchnię. Strona camingu http://www.eurocampings.pl/rumunia/carta/kemping-de-oude-wilg-117110/. https://www.eurocampings.pl/rumunia/carta/kemping-de-oude-wilg-117110/. Wieczorem zrobiliśmy sobie spacer do ciekawych ruin średniowiecznego monastyru. Cârta okazała się niedużym ale ładnym miasteczkiem.

 Dzień 4 Cabana Barcaciu 1550 m n.p.m 

W końcu przyszedł dzień, w którym mieliśmy wyruszyć w Góry Fogaraskie! Jest to najwyższe pasmo w Karpatach Południowych, jak i całej Rumunii. Ale najpierw czekała nas 40-minutowa przejażdzka samochodem. Przez miasteczko Avrig, dojechaliśmy do schroniska (rum. cabana) Poiana Neamtului, do którego ostatnie kilometry musieliśmy pokonać gruntową drogą (wcześniej jechaliśmy asfaltową drogą). Położona na wysokości 706 m n.p.m. cabana, z zamkniętym parkingiem przypominała hotel górski niż schronisko. Mimo wczesnej pory, na leśnym parkingu jak i przy drodze, stało już sporo aut. Wypatrzyliśmy wolne miejsce między samochodami i ruszyliśmy na szlak. W Rumunii do oznaczenia szlaków używa się 3 kolorów: czerwonego, niebieskiego i żółtego. Oraz 4 symboli: pionowego paska (między białymi paskami), równoramienny krzyżyk na białym polu, koło i trójkąt. Nas miał prowadzić szlak z czerwonym krzyżykiem (oznaczenia szlaków dojściowych do głównej grani).  Według drogowskazu droga do – cabany Barcaciu, miała nam  zająć  2 godz. i 20 min. Ten szlak, jak i następne którymi później chodziliśmy, były bardzo dobrze oznaczone. Napotkani na szlaku turyści, przyjaźnie reagowali na Paga i czasami zamieniali z nami parę słów – jeśli znali angielski. Ale początku było mocno pod górę, najpierw drogą z koleinami, a potem  ścieżką przez zalesiony grzbiet. Powyżej 1200  m n.p.m. odsłoniły się przed nami wysokie, trawiaste szczyty, przypominające trochę nasze Tatry Zachodnie. A potem, ścieżką skąpaną w słońcu, doszliśmy do położonej na 1550 m n.p.m polany, gdzie stało drewniane, nieduże schronisko Barcaciu.  Na spotkanie wybiegła nam „schroniskowa” spora suczka, machając ogonem obwąchała nas i Paga, po czym oddaliła się. Szybko jednak wróciła z dwoma swoimi koleżankami. Robiło się nerwowo bo, suczki  (broniąc swego  terytorium, wyczuły w Pagu  wroga) zaczęły warczeć i nas osaczać, aż w końcu największa z nich  ugryzła Paga.  Krzysiek musiał się mocno nakrzyczeć i nagestykulować, żeby je przegonić. (Były nieprzyjazne tylko dla naszego psa). Na szczęście rana okazała się niegroźna,  ale o wspólnym siedzeniu przy schronisku musieliśmy zapomnieć. Gdy  Krzysiek z Pagiem odpoczywali na ławce kilkanaście metrów za schroniskiem, ja próbowałam  zamówić coś do jedzenia w schroniskowym barze, obsługiwanym przez starszą parę, będącą również gospodarzem obiektu. Ponieważ manu było w języku rumuńskim, a małżeństwo nie mówiło po angielsku, z pomocą przyszła mi para przemiłych, mówiących po angielsku Rumunów, jedzących przy stole na zewnątrz. Namówili mnie na tradycyjne rumuńskie danie – mamałygę. Mamałyga czyli placek z kaszy kukurydzianej, okraszony tłustą śmietaną i ostrą bryndzą, smakował wybornie! (10 lei). Podana na wielkim talerzu, okazała się na tyle syta, że jedną porcją najedliśmy się obydwoje. Do tego wypiliśmy kufel orzeźwiającego „suropu” czyli wody zmieszanej z syropem zrobionym z pędów sosny (5 lei).  (Po zjedzeniu zmieniłam Krzyśka przy Pagu). Powrót na dół do samochodu, był tym sam szlakiem.  Zanim dojechaliśmy do  Carty, w miasteczku Avrig, zrobiliśmy zakupy w Lidlu a na ryneczku kupiliśmy soczystego i słodkiego arbuza (4 kg- 5 lei).

Dzień 5 Droga Transfogaraska/Valea Doamnei/Bâlea Lac

Dzień pełen niespodzianek. Zaczęliśmy od przejechania się samochodem słynną Drogą Tranfogaraską. Przez wielu znawców tematu, uważaną za najpiękniejszą górską drogę w Europie. Zbudowana w latach 70-tych szosa, przecina Góry Fogaraskie z północy na południe, żeby w najwyższym punkcie przy jeziorze Bâlea Lac osiągnąć wysokość 2037 m n.p.m. Widoki z pełnej wiraży i nawracających serpentyn drogi, zapierają dech w piersiach, a jazda nią to emocjonująca przygoda. Droga liczy 92 km, a przejażdżkę nią rozbiliśmy na 2 etapy. Dziś mieliśmy poznać jej północy odcinek, liczący 35 km, zaczynający się od naszej miejscowości z campingiem  Cârta.  Początek był dość monotonny, dopiero po 20 km zaczęliśmy się stopniowo wspinać do góry i wtedy zaczęły odsłaniać się widoki. Zatrzymaliśmy się na wysokości 1240 m n.p.m., gdzie znajdowało się schronisko (bardziej hotel górski) Bâlea Cascada. Trafiliśmy tu akurat w niedzielę, gdzie było mnóstwo ludzi, a  znalezienie wolnego miejsca na dużym parkingu graniczyło z cudem. Na szczęście przy drodze, wypatrzyliśmy wolne miejsce na zaparkowanie samochodu. Większość ludzi robi sobie z Bâlea Cascada krótką wycieczkę do wodospadu  Bâlea Cascada (30 min) lub wjeżdża kolejką linową na wysokość 2037 m n.p.m. nad jezioro Bâlea Lac. Szybko opuściliśmy zatłoczone miejsce i szlakiem – oznaczonym czerwonym krzyżykiem, ruszyliśmy do góry. Według drogowskazu szlak  przez dolinę Valea Doamnei i przełęcz Saua Doamneina,  do Balea Lac, miał zająć nam 4 – 4,5 godziny. Żeby przedostać się do doliny Doamnei,  musieliśmy stromą ścieżką w lesie, przeciąć w poprzek grzbiet górski. Szlak był dobrze oznaczony,  a ścieżka  momentami schodziła do wartkiego strumienia, w którym mogliśmy się nieco ochłodzić, bo było bardzo gorąco. Powyżej 1500 m, las się stopniowo przerzedzał, ustępując miejsca trawiastym łąkom. Wraz ze wzrostem wysokości robiło się stromiej, a dolina robiła się coraz szersza, wciśnięta między dwa łańcuchy dwutysięczników, a od południa zamknięta  głównym grzbietem Gór Fogaraskich. Po drodze mijaliśmy pojedyncze owce pasące się w pobliżu pasterskiej zagrody, świnie kąpiące się w potoku, osiołki nad polodowcowymi jeziorkami. Tuż przed wejściem, na przełęcz Saua Doamnei spotkaliśmy przy szlaku, stado owiec z pasterzem i kilkoma niedużymi psami. Pasterz widząc naszego psa, przywołał swoje czworonogi do siebie, a my z Pagiem na smyczy (biegał do tej pory luzem), ominęliśmy stado dużym łukiem. A na przełęczy Saua Doamneina 2100 m n.p.m., gdzie krzyżowały się szlaki i spotkaliśmy sporo „plecakowców”, zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę.  Przepiękne widoki podziwialiśmy w towarzystwie Polaka, który dołączył do nas na przełęczy. Przed sobą mieliśmy panoramę na Valea Doamnei a od wschodniej strony – na jezioro Bâlea Lac,  wciśnięte między skaliste góry i duży parking samochodowy. Na najwyższym punkcie Drogi Tranfogaraskiej w sezonie – a zwłaszcza w niedzielę, przeważają „zmotoryzowane”, piknikujące rodziny rumuńskie. I z myślą o nich, przy drodze przed wjazdem do tunelu, czeka wiele „atrakcji” w postaci kramików z różnymi spożywczymi specjałami i pamiątkami. Komercja w tym pięknym miejscu, bije mocno w oczy, i trudno tu o ciche miejsce. Gdy zaczęliśmy schodzić na dół w stronę jeziora (zajęło nam to 30 min.) deszcz wisiał w powietrzu. Na dole,  ulewa rozpętała się na dobre, a my schroniliśmy się pod daszkiem, zamkniętego budynku rumuńskiego – odpowiednika naszego GOPR-u – Salvamontu. Mieliśmy to szczęście, że po kilkunastu minutach, przyszli ratownicy i zapraszając na herbatę, wpuścili nas do środka. Gościnni ratownicy zaserwowali nam, poza gorącą herbatą z cytryną, prawdziwe historie o groźnych psach w górach, gotowych rozerwać na strzępy inne psy. (Wtedy po raz pierwszy zwątpiłam czy zabranie Paga do Rumunii było dobrym pomysłem). Po pół godzinie, gdy trochę się przejaśniło a deszcz zelżał,  zaczęliśmy schodzić mokrą,  zakorkowaną Drogą Tranfogaraską. (To był najkrótszy i najbezpieczniejszy wariant). A ponieważ perspektywa 3-godzinnego schodzenia do Bâlea Cascada do auta, była mało zachęcająca, postanowiliśmy zbiec na dół, skracając czas do 1,5 godziny. Gdy zmęczeni dotarliśmy do auta, przestało padać i wyszło słońce.

Dzień 6 Sighisoara/Rupea/Brasov (Braszów)

Przyszedł czas na pożegnanie się z Cârtą i z komfortowym campingiem, żeby udać się  do środkowej Transylwanii. Był to pierwszy pochmurny dzień naszej węgiersko-rumuńskiej wyprawy (jeden z nielicznych jak się miało później okazać). Pierwszym z ciekawych miejsc, które mieliśmy zobaczyć tego dnia, była 40-tysięczna Sighisuara. 2-godzinna podróż drogą nr. 105 i 106 nie była może za szybka, ale za to ciekawa krajobrazowo. Asfalt na drodze przypominał trochę ser szwajcarski, ale wolna jazda sprzyjała podziwianiu malowniczych wzgórz, z pasącymi się stadami: owiec, krów, koni i kóz. W Sighisuarze zatrzymaliśmy się na ulicy u podnóża Wzgórza Zamkowego (425 m n.p.m.), otoczonego starymi murami, w obrębie których skupia się większość zabytków miasta. Średniowieczna Starówka wpisaną  jest na listę  UNESCO i nie bez powodu uchodzi za Perłę Transylwanii. Najpierw długimi schodami, przez jedną z licznych bram w murach – weszliśmy do starego miasta. Dalej, idąc wąską uliczką doszliśmy do podnóża zabytkowych, zadaszonych  Szkolnych Schodów wybudowanych w 1642! Krzysiek po pokonaniu 176 stopni, zwiedzał najwyższą część wzgórza z  luterańskim, gotyckim kościołem „Na Wzgórzu” (zdobienia ścienne w nim wykonywał syn Witta Stwosza – Jan)  i ewangelickim, starym cmentarzem. A ja z Pagiem spacerowałam po brukowanych uliczkach, nie mogąc się napatrzeć na kolorowe, wysokie kamienice, z których każda wyglądała inaczej. Potem już wspólnie oglądaliśmy symbol   Sighisuary  czyli Zegarową Wieżę, jedną – z 9 – do dziś zachowanych wież. Wybudowana w XIV w. nad główną bramą strzegącą dostępu do miasta, przez 200 lat pełniła rolę ratusza. A współczesny ratusz stoi obok, a z zielonego skwerku – znajduje się przed – roztacza się rozległa panorama na miasto w dole. Obok ratusza znajduje się halowy, kościół klasztorny, który stoi do dziś, opierając się różnym kataklizmom, które go często nawiedzały. w drodze na Plac Cytadeli, obejrzeliśmy dom Drakuli  (Casa Drakuli)  w którym mieszkał słynny Wład Palownik znany bardziej jako Drakula (pierwowzór Drakuli w powieści Brama Stokera). Dziś na parterze tej XIV-wiecznej kamienicy w kolorze ochry, mieści się restauracja a na piętrze znajduje się Muzeum Broni. Na wielkim Placu Cytadeli, zrobiliśmy sobie przerwę na południową kawę. Siedząc przy jednym z wielu kawiarnianych stolików – w cieniu rozłożystego drzew, mogliśmy na spokojnie przypatrzeć się otaczającym plac, odrestaurowanym kamienicą. Naszą uwagę przykuł narożny  dom „Pod Jeleniem” z porożem jelenia, do którego domalowano na dwóch ścianach, resztę zwierzęcia. Zanim wróciliśmy do auta, pospacerowaliśmy wzdłuż starych murów, a przy rzymskokatolickim kościele, parze młodej robiącej sobie sesję zdjęciową, „pożyczyliśmy” – na ich prośbę – Paga. W drodze do Brasova (45 km), zatrzymaliśmy się pod ciekawym obiektem – Rupea. Jest to – jeden z wielu w Rumunii – zamków chłopskich. Stanowił  on własność miejscowej ludności i służył jej za schronienie w czasie najazdów wroga (głównie ze strony Turków).  Obecny kształt po licznych przebudowach, zamek uzyskał w XII w. a po najeździe tureckim w XV w. nastąpił kres jego świetności. Wewnątrz świetnie zachowanych, grubych murów z kilkoma narożnymi wieżami, zachowały się pozostałości „miasteczka”. Są to mniej lub bardziej kompletne  budynki mieszkalne  i użyteczności publicznej, zachowane w górnej i dolnej części twierdzy. Z najwyższego  punktu zamku, gdzie budynki są częściowo wkomponowane w skałę, rozciąga się rozległy widok na miasto i ładne okolice. Zamki chłopskie w Polsce nie występują i dlatego spacer wewnątrz starych murów Rupea jest niezapomnianą lekcją „żywej” historii, którą poznajemy w towarzystwie nielicznych turystów. Z Rupei pojechaliśmy do Brasova. Nasza kwatera mieściła się zaledwie 15 min. od słynnego rynku. Musieliśmy wspiąć się autem na stromą górę, skąd roztaczał się ładny widok na stare miasto w dole i górę Tamp  z wielkim napisem „BRASOV”. Wieczór spędziliśmy spacerując po klimatycznym, starym mieście. Zaczęliśmy od  obejrzenia z zewnątrz, największej atrakcji miasta – gotyckiego Czarnego Kościoła.  Ogromny rynek, z barokowym ratuszem, z mnóstwem kawiarnianych i restauracyjnych stolików, pubów, stanowi serce miasta i jest tłumnie odwiedzane przez turystów. Właśnie w pobliżu rynku, kupiliśmy i zjedliśmy popularny rumuński, słodki przysmak kurtos kalacs, wydając 10 lei dostaliśmy do ręki, coś na kształt ciepłego kołacza.  (To rodzaj ciastka pieczonego na drewnianych wałkach, które po upieczeniu  posypuje się cukrem, orzechami lub cynamonem). Spacerem wzdłuż starych murów zakończyliśmy – zauroczeni starym miastem, wieczór.

Dzień 7 Brasov/Rasnov/Cǎmpulung

Zasypiając na kwaterze,  w głowie miałam jedną myśl: wrócę kiedyś do Brasova, tylko na dłużej. My mamy magiczny Kraków, a Rumuni otoczony górami Brasov z pięknym rynkiem i starówką. Żeby zobaczyć miasto z lotu ptaka, postanowiliśmy zdobyć  – popularną, liczącą 950 m n.p.m. górę Tampa. Po drodze zaopatrzyliśmy się w cukierni ( 4 lei/1 szt.) w pyszne rumuńskie „drożdżówki”  czyli langoše z bryndzą oraz marmoladą. Wjechanie na górę, wagonikiem kolejki terenowej nie wchodziło w grę, więc urządziliśmy sobie godzinny – dość wymagający – spacer. Prowadził on najpierw schodami, a potem szerokimi alejkami i ścieżkami, a po drodze mijaliśmy licznych turystów – w tym z Polski. A na górze, z punktu widokowego, usytuowanego obok napisu „BRASOV”, mogliśmy podziwiać piękną panoramę miasta. Zejście było już szybsze i krótsze, innym szlakiem. Po powrocie do Brasova, był jeszcze godzinny spacer po starym mieście, podczas którego dość przypadkowo, odkryliśmy najwęższą ulicę świata, po czym wróciliśmy do kwatery. Tego dnia mieliśmy zamiar ruszyć na południe Rumunii, do kolejnej kwatery, w miejscowości CǎmpulungPag jakoś nie mógł rozstać się z przytulnym (i chłodnym) apartamentem, a na znak protestu, położył się w cieniu i za żadne skarby nie chciał się ruszyć, więc został przez Krzyśka siłą zaniesiony do samochodu. Po jakiś 20 min. jazdy górzystą, krętą drogą, znaleźliśmy się pod kolejnym chłopskim zamkiem, będącym własnością okolicznych mieszkańców – Rasnov. Ten zamek – w przeciwieństwie do Rupea, był już oblegany przez turystów, i zrobienie „nieludzkiego” zdjęcia było wielkim wyzwaniem. Po kupieniu biletu wstępu (12 lei) przekroczyliśmy bramę  i znaleźliśmy się wewnątrz murów, mając widok na górną część zamku z kolejnym pierścieniem murów. Rasnov powstał na podwalinach zamku krzyżackiego w XIII w. a  w ciągu swojej długiej i burzliwej historii przeżył wiele oblężeń, ale  został zdobyty dopiero w 1612 r. (mieszkańcy się poddali z powodu braku wody pitnej ). Przez kolejne dwa wieki zamek podupadał w ruinę, do czego przyczyniły się liczne pożary oraz trzęsienie ziemi. Dopiero w XIX w. Rasnov został odbudowany przez prywatnego inwestora i dziś prezentuje się okazale. Dziś w murach ogromnej twierdzy, można znaleźć świetnie zachowane „miasteczko”, z kościołem, kamiennymi domkami i budynkami gospodarczymi, z zielonym skwerkiem z ławkami i głęboką studnią, ze straganami z pamiątkami. W najwyższym punkcie, znajduje się punkt widokowy na okolicę, ale zanim się tu wdrapaliśmy, musieliśmy pokonać dość śliskie, „schodzone” kamienie. Widok na okolicę był dość ciekawy: z jednej strony roztaczały się przed nami zalesione góry, a z drugiej mieliśmy przed sobą wielką równinę z miasteczkiem.  Po wyjściu z zamku, idąc za przykładem rodzin z dziećmi, wsiedliśmy w wagonik kolejki ciągnącej przez wielki traktor (5 lei/osoba) i zostaliśmy podwiezieni do wielkiego parkingu, gdzie stał  nasz samochód. (W końcu nie zawsze musi być ambitnie). Po ponad dwóch godzinach jazdy, krętą ale bardzo malowniczą drogą, dojechaliśmy do przemysłowego, niezbyt ładnego miasta Cǎmpulung.  Droga (DN1E DN73 )  liczyła tylko 70 km, ale podróż zajęła nam ponad 1,30 godz., za sprawą  licznych wiraży, podjazdów i braku pobocza. Nasz pensjonat Ursula znajdował się 10 min jazdy autem od miasta,  na głębokiej prowincji.

Dzień 8 Cǎmpulung

Tego dnia był tylko rekonesans okolicy i zakupy w supermarkecie Kaufland w pobliskim Cǎmpulung. Po intensywnych ostatnich dniach, zasłużyliśmy na błogie lenistwo.

Dzień 9 Lezer Pǎpuşa

Po dniu regeneracji, przyszedł czas na wycieczkę w góry.  Tym razem wybraliśmy pasmo górskie – Lezer Pǎpuşa, przypominające trochę nasze Bieszczady z długimi grzbietami porośniętymi  trawą, tylko sporo wyższe. Najwyższy szczyt  Vârful  Roşu nieco wyższy od naszych Rysów – 2469 m n.p.m. Po 20 km jazdy, po minięciu tamy na sztucznym jeziorze  Rausor, dojechaliśmy do schroniska  Voina na wysokość 950 m. Tu asfaltowa droga przechodziła w gruntową, wijącą się wzdłuż potoku. Spore schronisko przypominające  trochę hotel górski, ze stolikami na zewnątrz i ze sporym parkingiem, nie mogło narzekać na brak –  w większości – zmotoryzowanych turystów. Po zaparkowaniu samochodu, ruszyliśmy nad strumień, żeby ochłodzić Paga. Jak zwykle skończyło się na bieganiu za kamieniem i zanurzeniu się do brzucha w zimnej wodzie. Dalej, szlakiem oznaczonym niebieskim paskiem, ruszyliśmy w górę Doliny Cuca, wzdłuż wartkiego potoku, co bardzo cieszyło naszego psa. Ta łatwa część szlaku zajęła nam godzinę i kończyła się przy zamkniętym, niedużym schronisku Cuca na wysokości 1175 m n.p.m. Cisza i brak ludzi przy cabanie, trochę nas zaskoczyła, w końcu to był szczyt sezonu! W oczy rzucały się przyczepione w kilku miejscach duże kartki z czerwonym napisem w języku rumuńskim: „atentie ursi!”. Pozbawieni wtedy dostępu do netu, nie mieliśmy najmniejszego pojęcia co napis oznacza. (Może i tak było lepiej, bo gdybym wiedziała, że ostrzegano przed misiami – dosłowne tłumaczenie: „uwaga niedźwiedzie” – to nie wiem, czy  poszłabym dalej …). A dalej  była już wspinaczka stromym zboczem, najpierw lasem, który powyżej 1600 m zaczął się stopniowo przerzedzać ustępując miejsca trawiastym łąkom. I właśnie podchodząc na trawiastą przełęcz Saua Gradisteanu na 1975 m n.p.m., naszym oczom ukazał się przepiękny widok wysokogórskich połonin, z górującym w tle szczytem Papusa.

Byliśmy sami a daleko w tle – niczym białe robaczki – wypatrzyliśmy, pasące się stado owiec z pasterzami. A przy szlaku  stał pasterski domek z zagrodą dla owiec. A dalej też było pięknie i dość łatwo, bo  szlak (czerwony pasek) prowadził  gruntową drogą, która łukiem omijała szczyt Goinatul Mole. Zrezygnowaliśmy z wejścia na szczyt, bo słońce zaczynało trochę doskwierać Pagowi i chcieliśmy mu zaoszczędzić kolejnej wspinaczki i to w słońcu. Idąc długim, porośniętym trawą grzbietem, mogliśmy podziwiać wapienne góry  Piatra Craiului, które wyłaniały się zza sąsiedniej, długiej grani, od której oddzielała nas zielona dolina.  Po jakiejś godzinie doszliśmy do ruin schronu, z tego miejsca mogliśmy z góry popatrzeć na jezioro Rausor, po czym zaczęliśmy zejście w dół do schroniska Voina, wg. drogowskazów miało nam to zająć 1,5 godz. (szlak oznaczony czerwonym paskiem). Zaraz na początku schodzenia, zrobiło się trochę nerwowo, bo przy pasterskich zagrodach wypatrzyliśmy 2 dość spore psy. Jeden z nich  został przy pasterzu, a drugi  bacznie nam się przyglądał z kilkunastu metrów, ale po naszych okrzykach stracił ochotę na bliższe poznanie z nami. W niecałe 2 godziny, stromym szlakiem zeszliśmy do samochodu. Rozległe widoki  z połoninami Lezer Pǎpuşa, absolutna cisza, zróżnicowane pasma górskie wokół, na długo pozostaną w mojej pamięci.

Dzień 10 Bran

Tego dnia zamierzaliśmy zwiedzić słynny zamek  Bran, uchodzący za symbol Transylwanii jak i całej Rumunii.  Reklamowany jako siedziba sławnego Drakuli (hospodara Włada Palownika), co roku przyciąga tysiące turystów. Spodziewaliśmy się komercji, ale to co zobaczyliśmy przeszło nasze najśmielsze  oczekiwania.  Po przejechaniu 55 km, auto zostawiliśmy 1,5 km przed zamkiem na bezpłatnym parkingu, przy głównej drodze. Co było świetnym pomysłem, bo im bliżej zamku, tym robiło się coraz ciaśniej, bo przybywało ludzi i samochodów. Żeby dotrzeć do kasy, w celu kupienia biletów na zamek, musieliśmy przedzierać się przez tłumy turystów, między straganami, które uginały się od przeróżnych pamiątek z podobizną Drakuli. Ale najgorsze było dopiero przed nami: chcąc kupić bilety musieliśmy odstać 30 min. w dłuuugiej, międzynarodowej kolejce! (Drakula ma fanów pod każdą szerokością geograficzną).  Cena biletu wynosiła 40 lei i tylko małe psy, które mieściły się na rękach właścicieli – mogły „zwiedzać” zamek. Gdy Krzysiek zwiedzał siedzibę Drakuli, ja z Pagiem odpoczywałam w cieniu drzew w zamkowym parku. Po godzinie, była zmiana. Sam zamek pamiętający czasy średniowiecza, dumnie stojący na skale, z basztami i małym dziedzińcem, nie mógł nie zrobić wrażenia. Tylko zwiedzanie go z „morzem” głośnych turystów, robiących co chwila zdjęcia swoimi komórki, z zatorami na wąskich schodach i korytarzach, odbierał całą przyjemność zwiedzania. W sumie po 3 godzinach, bez żalu opuściliśmy zamek,po drodze nabywając dwa magnezy i kubek z podobizną mrocznego księcia. Przy samym aucie, od miejscowego rolnika na „mini ryneczku” kupiliśmy za 7,5 lei 7,5 kilogramowego świeżego arbuza, był na tyle soczysty  i pyszny, że daliśmy radę zjeść go całego na kolację. Rumuńskie arbuzy nie mają sobie równych, nigdzie.

                      Dzień 11 Dolina Cuca

30-stopniowy upał oraz bezchmurne niebo, zachęcił nas, do spędzenia dnia w cieniu drzew nad rzeką. Na miejsce piknikowania wybraliśmy znaną już dolinę Cuca. Po zakupach w Lidlu, niekonieczne zdrowych artykułów spożywczych, ruszyliśmy nad sztuczne jezioro Rausol. Zatrzymaliśmy się przed tamą, gdzie  na niewielkim „dzikim” parkingu, został samochód. Po przejściu na drugą stronę zapory, zrobiliśmy sobie niedługi spacer drogą, wokół jeziora. Do samego jeziora nie udało nam się zejść, bo nie byliśmy w stanie pokonać wysokiej, zalesionej skarpy. Po krótkiej wycieczce, wróciliśmy do auta i ruszyliśmy dalej. Nie sądziliśmy, że na pomysł piknikowania nad rzeczką, wpadną też zmotoryzowane i rumuńskie rodziny (była sobota…). Jadąc za zapachem grilla unoszącego się znad rzeki, szukaliśmy jakiegoś wolnego miejsca na trawie nad strumieniem. Trochę to trwało, dopiero kilometr za cabaną Voina, znaleźliśmy nieco miejsca na zacienioneją polance tuż przy strumieniu. (Ponieważ dolina Cuca nie leży w granicach parku narodowego, nie było zakazu poruszania się samochodem). Naszą sielankę nieco psuła, głośna muzyka dochodząca z samochodu 4-osobowej rodziny, piknikującej niedaleko nas. Ale głośne disco nie przeszkadzało Pagowi w zabawie z piłką nad wodą, a gdy do zabawy  dołączyły dzieci sąsiadów, wesołym harcom nie było końca. No i tak, zaczęła się nawiązywać przyjaźń rumuńsko-polska. Rodziła się ona w pewnych bólach bo my nie znaliśmy rumuńskiego, a Rumuni angielskiego, ale język migowy oraz znajomość kluczowych słów w języku niemieckim, przyszedł z pomocą. Zostaliśmy poczęstowani butelką zimnego rumuńskiego piwa (wypiłam je sama bo nie byłam kierowcą) i grillowanym, smacznym szaszłykiem, i to w takiej ilości, że i Pag się załapał. I jak tu nie lubić Rumunów … .

Dzień 12 Corbeni/Poienari

 Nastąpiła zmiana miejsca i kwatery, przesunęliśmy się bardziej na zachód Wołoszczyzny. Po 2 godzinach jazdy, dojechaliśmy do niewielkiego miasteczka przy Trasie TransfogaraskiejCorbeni. „Christina” okazała się przytulnym, wygodnym pensjonatem, z przemiłą i gościnną gospodynią, z wielką, świetnie wyposażoną kuchnią. Otoczona była sporym, terenem zielonym z czymś w rodzaju altany. Jeszcze tego samego dnia podjechaliśmy autem w górę doliny rzeki Ardżesz (Arges) (10 min.). Z zamiarem zdobycia, górującego nad okolicą zamku DrakuliPoienari, a właściwie tego co z niego zostało czyli nieźle zachowanych fragmentów murów i wież. Turystów było sporo, podobnie jak i ich samochodów,  zaparkowanych wzdłuż ulicy. Jednak, żeby zobaczyć z bliska ruiny, zbudowanych na skalistym szczycie, musieliśmy 1440 schodów . Byliśmy trochę zaskoczeni, że bilety wstępu, kupiliśmy prawie u szczytu schodów – pod murami fortecy. Spacerując wewnątrz  średniowiecznych murów, z każdej strony mogliśmy podziwiać daleko w dole, porywający widok  na wąwóz, rzekę i wijącą się – niczym wstążka – Trasę Transfogaraską z wiaduktami. Przepięknie położony zamek Poienari, choć mniej okazały i mniej oblegany przez turystów,   zrobił na nas większe wrażenie, niż mocno skomercjalizowany, najsłynniejszy rumuński zamek – Bran.

Dzień 13 Piscu Negru

Dzień zaczął się od deszczu a temperatura nie rozpieszczała. Samochodem podjechaliśmy w górę Drogi Transfogaraskiej. Najpierw był przejazd przez tamę na ogromnym sztucznym jeziorze Vidraru, a potem asfaltową drogą przez las, wspięliśmy się na wysokość 1200 m n.p.m. do małej miejscowości Piscu Negru. Samochód został na leśnym parkingu a my ruszyliśmy szlakiem, którym mieliśmy dojść do schroniska położonego dość wysoko, na połoninie. Ale plany pokrzyżowały nam dwa spore psy schodzące z gór, które spotkaliśmy na szlaku. Pamiętając mrożące krew w żyłach historie o bezpańskich psach w górach, zawróciliśmy, po nieudanej próbie wystraszenia ich głośnym kapiszonem. Po godzinie, znowu byliśmy przy samochodzie i ruszyliśmy innym szlakiem. Szlak wiódł dość stromą drogą przez las, potem wzdłuż potoku, i tu na drzewach dostrzegliśmy – namalowane białą farbą – ślady niedźwiedzich łap, więc mieliśmy się na baczności, ale misiów nie spotkaliśmy. Potem była ścieżka przez długą polanę, i dwa drewniane puste domki po drodze, żeby w końcu zacząć trawersować w kosodrzewinie, w kierunku skalistej grani.  Pierwsze krople deszczu i kłębiące się, ciemne chmury nad naszym grzbietem, kazały – po 2 godzinach marszu – zawrócić, na wysokości 1670 m n.p.m. Większego deszczu podczas schodzenia w dół jednak nie było (tym samym szlakiem, niedźwiedzi w dalszym ciągu nie było). Zamiast ambitnych 20 km, zrobiliśmy 9 km a niesamowite panoramy na Góry Fogaraskie musieliśmy zostawić na jutro.

Dzień 14 Bâlea Lac/Vânătoarea lui Buteanu

Dziś samochodem mieliśmy do przejechania 70 km słynną Drogą  Transfogaraską, tym razem jej południowym odcinkiem. Dziewięć dni wcześniej zdobyliśmy najwyższy jej punkt – przełęcz Bâlea Lac położoną na 2037 m n.p.m., pieszo i w strugach deszczu, tym razem mieliśmy wjechać samochodem. Wstaliśmy wcześniej niż zwykle i o 7:30 ruszyliśmy. Po drodze zatrzymaliśmy się na wielkiej tamie na jeziorze Vidraru – jeszcze pustej i cichej. Wyżej zatrzymywaliśmy się przy wirażach słynnej szosy, żeby aparatem uwiecznić  piękne widoki. Po przejechaniu krótkiego tunelu, dojechaliśmy na przełęcz Bâlea Lac,  jeszcze bez tłumów i zgiełku samochodowego, z zapełniającymi się parkingami i rozkładającymi się jarmarcznymi kramami przy drodze. Przełęcz jest bardzo popularnym wśród Rumunów i turystów miejscem, do którego można dotrzeć  szlakiem, samochodem i kolejka linową. Zwłaszcza w weekendy – panuje tu atmosfera wielkiego, rodzinnego piknikowania, ale można też spotkać prawdziwych trekkingowców z plecakami i namiotami, oraz rowerzystów. Na największym parkingu zostawiliśmy samochód (4 leje/godz.) i ruszyliśmy gruntową drogą nad największe z tutejszych jeziorek – Bâlea Lac w kierunku schroniska Bâlea Lac (jeden z wielu budynków na przełęczy). Naszym celem było wejście na Vânătoarea lui Buteanu 2507 m n.p.m. Po obowiązkowej sesji zdjęciowej z jeziorem, schroniskiem położonym na małym cypelku i skalistymi granią w tle, ruszyliśmy stromą, kamienistą ścieżką na Saua Caprei (przełęcz Capra) 2315 m n.p.m.  Szlak – oznaczony niebieskim trójkątem – był dość zatłoczony i Pag musiał iść na smyczy, ale po 30 min. gdy stanęliśmy na pustej przełęczy, znów biegał luzem. Z przełęczy Capra rozpościerał się rozległy widok na główny grzbiet Gór Fogaraskich, oraz na turkusowe jezioro Capra w dole. Dalej, szlak (niebieski równoramienny krzyż) prowadził wąską ścieżką po zielonym zboczu, żeby w kilku miejscach iść skalistą granią, za którą była tylko górska czeluść. W końcu doszliśmy do skalistej przełączki, od której zaczynała się, dość trudna wspinaczka, z koniecznością użycia rąk. Ściana ok. 3 metrów, była prawie pionowa z paroma, małymi otworami na ręce i  nogi. Nie było mowy, żeby Pag szedł dalej, dlatego przypięty do smyczy, musiał zaczekać na przełączce najpierw ze mną, a potem z Krzyśkiem. Po pokonaniu tego najtrudniejszego odcinka, ścieżka nie była już tak stroma i w 5 minut, było się już na szczycie. Mieliśmy pecha, bo akurat wiatr przywiał nie wiadomo skąd mgłę a podziwianie rozległych panoram ze szczytu nie był nam pisane, ale na  pocieszenie, spotkałam przemiłą parę z Polski. Po zabraniu Paga, tym samym szlakiem zeszliśmy do przełęczy Caprei, po czym – szlakiem (czerwony prostokąt) zeszliśmy do doliny z zielonym jeziorem Capra. Ponieważ turystów nie spotykaliśmy, Pag biegał luzem. A im bliżej wody, którą wyczuł nosem, tym szybciej zbiegał. Dogoniliśmy go, przy łagodnym zejściu do jeziora, gdzie pił i harcował w wodzie, bo na  pływanie oczywiście nie miał ochoty. Chcą nie chcąc, na polance przy stawku zrobiliśmy sobie kolejną przerwą. Odpoczynek się przydał, bo po minięciu białego, wielkiego obelisku poświęconemu pamięci rumuńskich Alpinistów, którzy zginęli w górach całego świata, zaczęliśmy oddalać się od szlaku, podchodząc stromym, trawiastym zboczem na skalisty szczyt Iezerul Caprei 2418 m n.p.m. Gdy weszliśmy na niego – a trochę wysiłku nas to kosztowało – Paga znowu musieliśmy wpiąć w smycz, bo ku naszemu zaskoczeniu – było tu sporo ludzi, w tym znajoma para z Polski. Widoki na cztery strony świata, zrekompensowały nam „białe mleko” z Vânătoarea lui Buteanu: na północy – daleko w dole – przełęcz Bâlea Lac, na południe – serpentyny Drogi Transfogaraskiej, a na wschód i zachód główny grzbiet Gór Fogaraskich. Nie sposób było tu nie zostać na dłużej, a przerwę Pag wykorzystał na dojadanie resztek po turystach. Potem było tylko zejście szlakiem na dół do Saua Caprei (po raz trzeci) a dalej, znajomym szlakiem zejście na dół, do jeziora Bâlea Lac. Piękny dzień, pełen wrażeń oraz mgły w najmniej pożądanym czasie i miejscu.

Dzień 15 Curtea de Argeș

Tego upalnego i słonecznego dnia, pojechaliśmy do położonej 20 km na południe od  Corbeni miasta Curtea de Argeș. Miasto, które przez 200 lat było stolicą Wołoszczyzny i siedzibą rumuńskich władców, zachowało do dzisiejszych czasów sporo zabytków. Ale nas, najbardziej interesował jeden  – niezwykła cerkiew klasztorna monastyru Curtea de Argeş zwana  też Nową Metropolią.  W tej zbudowanej na początku XVI wieku świątyni, pochowani są pierwsi królowie Rumunii. Jest niezwykle piękną świątynią łączącą w sobie wpływy: tureckie, ormiańskie, serbskie i gotyckie. Kremowa, nieduża katedra  z bogatymi dekoracjami zewnętrznymi, wąziutkimi oknami, „skręconymi” wieżami,  robi wielkie wrażenie, zarówno na zewnątrz jak i w środku. Do ciemnego wnętrza z licznymi freskami, może wejść każdy i to bez uiszczenia żadnej opłaty. W środku siedział brodaty pop, który nie odmawiał wejścia żadnemu turystowi nawet temu ubranemu w klapki, szorty i koszulkę na ramiączkach. Monastyr Curtea de Argeş położony jest w starym, rozległym parku, więc gdy jedno z nas zwiedzało, drugie spacerowało z Pagiem. Potem były zakupy na ulicznym straganie warzywno-owocowym oraz w Lidlu.

Dzień 16 Corbeni

Ostatni dzień przed wyjazdem z Rumunii, spędziliśmy na wycieczce wokół Corbeni. Spacerując wzdłuż rzeki, natknęliśmy się na stado owiec oraz betonowe filary nad rzeką, które wciąż czekają na pozostałą część mostu. Trochę dalej w miasteczku spotkaliśmy odpoczywającą nad rzeką, dość ubogo wyglądającą cygańską rodzinę, podróżującą wielkim wozem, a na obrzeżach – biszkoptową labradorkę (pierwszy labek w Rumunii) i  dwa szczeniaki dokazujące przed ogrodzeniem. W jedynym w  Corbeni, świetnie zaopatrzonym sklepie, zrobiliśmy zakupy a ja nie mogłam sobie odmówić, kawy ze stojącego przed sklepem automatu. Kawa choć „podana”  w tekturowym kubeczku smakowała wyśmienicie i kosztowała 1 leja (a wybór kaw bogaty). Później przekonaliśmy się, że to taki rumuński zwyczaj – automaty z kawą, stojące przed sklepikami.

Dzień 17 Węgry/Balaton/ Kárad

Przyszedł czas na pożegnanie ciekawej, upalnej Rumunii i powrotu do Polski, ale po drodze były jeszcze do przejechania Węgry. Po 10-godzinnej podróży i pokonaniu ponad 800 km, dojechaliśmy do węgierskiego morza czyli Balatonu. Podróż węgierskimi autostradami jest możliwa tylko z winietką  (do kupienia na przejściu granicznym z Rumunią, koszt miesięcznej winietki to ok. 65 zł) ale jest dość uciążliwa z uwagi na manierę węgierskich kierowców jeżdżenia lewym pasem. Nasz przytulny pensjonat znajdował się 15 km od jeziora, w niewielkim ale uroczym miasteczku Kárad.

Dzień 18 Balaton/Fonyód

Dzień zaczął się oczywiście od słońca i upału. Po pysznym śniadaniu na zewnątrz pensjonatu, po 30 min. jazdy samochodem, dojechaliśmy nad Balaton do  miejscowości Fonyód. Wybraliśmy to miejsce z dwóch powodów: znajduje się tu bezpłatne kąpielisko i plaża dla psów (pierwsze nad Balatonem otworzone w 2016) Fonyódi Kutyabarát Fürdőhely oraz najdłuższe nad Balatonem – o długości 464 m – molo. Jest tu również przystań, stoiska z pamiątkami, dużo lokali gastronomicznych, ośrodki wypoczynkowe, campingi i sporo turystów. Wydawanie pieniędzy zostawiliśmy na później i po zaparkowaniu auta na płatnym parkingu (innych tu nie ma), ruszyliśmy na molo, na którym już spotkaliśmy właścicieli z pieskami. Płytki Balaton (średnia głębokość 3 m!) za sprawą rosnących w nim glonów, ma przepiękny turkusowy kolor wody, tak charakterystyczny dla ciepłych mórz. Psia plaża w  Fonyód jest długa na jakieś pół kilometra, porośnięta trawą, są tu drzewa i śmietniki na psie kupy, a do tego płytka woda – sięgająca do kolan dorosłego człowieka i piaszczyste dno. Kąpielisko na tyle przypadło do gustu Pagowi, że  znowu  sobie przypomniał – po długiej przerwie  – jaką frajdę ma w pływaniu. Tym razem pływaniu i aportowaniu piłki nie było końca, a na zamoczenie się w ciepłej wodzie i my się skusiliśmy. Potem udaliśmy się na cudowny spacer wzdłuż Balatonu (w kierunku wschodnim). Pag, jeśli brzeg nie był zarośnięty trzciną, ciągnął do wody, nawet muliste dno mu nie przeszkadzało. Zazwyczaj był prowadzony na smyczy, bo po drodze mijaliśmy pojedyncze grupy ludzi, ale wyjątek zrobiliśmy gdy dotarliśmy do kolejnego kąpieliska z metalowymi schodami  prowadzącymi do wody. Było ono na tyle duże, a kąpiących niewielu, że spuściliśmy psa ze smyczy, żeby miał więcej swobody w pływaniu. Potem był powrót do Fonyód  a  wiatr coraz bardziej się wzmagał, tworząc na tafli jeziora coraz większe bałwany. W Fonyód w jednej z lokalnych restauracyjek, gdzie psy były mile widziane, zjedliśmy węgierski przysmak czyli lángos. Mój był z serem i śmietaną a Krzyśka z marmoladą, pychota, Pag musiał się zadowolić wodą. Również przy innych stolikach – a właściwie pod – dało się zauważyć wiele czworonogów różnych ras. Budapeszt uchodzi za miasto przyjazne psom, ale i Balaton – przynajmniej w okolicach miasteczka Fonyód – też zachęca  do przyjazdu z psem. Wieczór na kwaterze spędziliśmy wznosząc toasty węgierską wódką za ponadczasową przyjaźń polsko-węgierską, z towarzyskim węgierskim turystą. Wrócimy nad Balaton, żeby na rowerach przejechać wzdłuż jeziora.

Dzień 19 Węgry-Polska

Dzień powrotu do Polski, przypadł na 20 sierpnia. Dla Węgrów jest to dzień Św. Stefana – patrona kraju i równocześnie święto narodowe kraju, dzień wolny od pracy. Po 1100 km wróciliśmy  szczęśliwie do Szczecina.

 

 

Jesienna majówka 2017

„Jesienna majówka 2017” 1 – 6 V 2017

Majówka 2017 – Karkonosze środkowe, nocleg w Przesiece. Mimo kiepskiej pogody, bo padało krócej lub dłużej codziennie, sporo pochodziliśmy.

1 maja

Spacer wokół Przesieki, doszliśmy do Wodospadu Podgórnej – trzeciego, największego wodospadu w polskich Karkonoszach.

2 maja

Wracając z Górnego Karpacza Chomontową Drogą, zawędrowaliśmy do ciekawych formacji skalnych Szwedzkich Skał , a daleko w dole płynął potok Myja.

3 maja

Przełęczy Karkonoskiej (niebieski szlak z Przesieki), w 30 min doszliśmy do Moravskiej boudy, na pyszne racuchy. Stojącego w pobliżu schroniska drewnianego dzika, Pag wziął za prawdziwego i dla swojego i naszego bezpieczeństwa obszczekał intruza z każdej strony.

Napełniwszy żołądki, ruszyliśmy zielonym szlakiem do schroniska Odrodzenie, nawet słońce się pojawiło.

No i doszliśmy do   położonego na 1236 m n.p.m. Odrodzenia. Psy są tu mile widziane, można  z nimi nawet przenocować. (Miejsca na majówkę trzeba już rezerwować w styczniu!) Po wypiciu gorącej herbaty i zjedzeniu pysznych „naleśników szefa”, niebieskim szlakiem schodziliśmy do Przesieki.

4 maja

Pag odpoczywa, czyli je albo śpi (przez dwa dni przeszedł 40 km) a my trochę biegamy.

5 maja

W drodze na zamek Chojnik (1,30 godz. czarnym szlakiem z Przesieki). Ostatni odcinek szlaku na zamek, to wspinaczka na strome wzgórze (627m n.p.m.) po kamiennych schodach, między wielkimi głazami.

I zamek został zdobyty, szkoda tylko, że pogoda nie dopisała, bo było dużo deszczu i mgły.

6 maja

Przed powrotem do Szczecina, podczas krótkiego spaceru, dowiedzieliśmy się, że jedyne w Polsce muflony żyją w środkowych Karkonoszach ! Ponieważ nie spotkaliśmy ich na szlaku, (żyją w okolicach Przesieki) zrobiliśmy sobie ich zdjęcie w Podgórzynie.

 

 

Karkonosze zasypane śniegiem

               Karkonosze   – zasypane śniegiem 5-8 I 2017

Pierwszy (i do tego długi!) weekend nowego roku, przyszło nam spędzić w Karkonoszach dokładnie w Jagniątkowie. Ta najwyżej położona dzielnica Jeleniej Góry, w połowie drogi, między Karpaczem a Szklarską Porębą, jest doskonała bazą wypadową w polskie i czeskie Karkonosze. Nawet srogą zimą, na jaką właśnie trafiliśmy …

6 stycznia

Końcówka czarnego szlaku (Petrowka), za chwilę będziemy na głównym grzbiecie karkonoskim i przy czerwonym szlaku. Przez większość drogi musieliśmy przecierać szlak. Widoków żadnych, tylko siarczysty  mróz i wychładzający wiatr…

Dalej, przetartym zielonym szlakiem, w godzinę doszliśmy do położonego po czeskiej stronie, na 1225 m n.p.m. – Moravskiej Boudy.  W przytulnym schronisku, ogrzaliśmy się przy gorącej herbacie, zajadając pyszne racuchy. Polacy jak i psy są tu mile widziani. Gdy ci pierwsi, mogą smacznie  i niedrogo zjeść, tym drugim musi wystarczyć miska z wodą, przyniesiona przez miłego kelnera. Poza tym, można płacić w złotówkach a bogate menu jest też w języku polskim.

7 stycznia

W drodze do schroniska „Pod Łabskim Szczytem”. Czarny szlak okazał się w większości przetarty, na szczęście bo jak widać pokrywa śnieżna była dość gruba …

Niska temperatura (-17° na dole)  nie przeszkadzała w podziwianiu widoków na Szklarską Porębę i Izery (w tle PTTK „Na Kamieniu”).

W końcu wspięliśmy się na wysokość 1168 m.n.p.m. i naszym oczom ukazało się schronisko „Pod Łabskim Szczytem”.

Po godzinnym odpoczynku w schronisku, zajadając smaczne tiramisu i pijąc herbatę, przyszedł czas na powrót do Jagniątkowa. Zaczynało coraz bardziej wiać i pogoda zaczęła się zmieniać, na szczęście  czarny szlak, którym mieliśmy tym razem wracać był już przetarty. .

8 stycznia

Przed podróżą do Szczecina, zrobiliśmy sobie dwugodzinny spacer, leśną drogą w kierunku pobliskiego szczytu Grzybowiec. Byliśmy mile zaskoczeni, bo na chwilę odsłoniły się Śnieżne Kotły, do których znowu nie doszliśmy.

Po jednej stronie drogi mieliśmy zasypane formacje skalne,a z drugiej widok na położony w długiej i wąskiej dolinie – Jagniątków.

 Wracaliśmy na dół żółtym szlakiem, dość monotonnym dla Paga, bo robił sobie częste przerwy na obgryzanie, wyciągniętych spod śniegu kijów.