Austriackie upały zamiast przymrozków

„Austriackie upały zamiast przymrozków”

28.VII – 8.VIII

Z powodu mojej pracy, najważniejszy urlop w roku był krótszy niż zwykle i zaczął  się w środku lata. Jedyny, podczas którego, prognozy pogody sprawdzone w necie w 100 % się nie sprawdziły. Zamiast przymrozków mieliśmy upalne lato z temperaturą powyżej 30°C. Postanowiliśmy pochodzić po górach i nasz wybór padł na AustrięWysokie Taury. W maju zarezerwowaliśmy mieszkanie w miejscowości Bad Gastein (100 km na południe od Salzburga) i w sobotę 28 lipca rano, wyruszyliśmy samochodem. Po 10 godzinach jazdy przez niemieckie autostrady, wspomagani przez niezawodną nawigację samochodową dojechaliśmy do Doliny Gasteiner i Bad Gastein.20150803112900 - dzień 6 Ostatnie 4 km były najciekawsze: wspinaczka serpentynami po stromym zboczu na wysokość 1100 m n.p.m. gdzie stał dom, w którym mieliśmy zarezerwowane mieszkanie. Takiego widoku z balkonu to chyba w żadnych górach nie mieliśmy.
Bad Gastein położone w Parku Narodowym Wysokie Taury na wysokości 1000 m n.p.m. to uzdrowisko z wodami leczniczymi i źródłami termalnymi. Najlepsze lata ma już za sobą, kiedy na początku XX w. było kurortem światowej sławy, chętnie odwiedzanym przez  różne znane osobistości. Dziś to popularna miejscowość turystyczna, a zimą popularny ośrodek narciarski.

1 dzień Bad Gastein

Promenadą Johannesa zeszliśmy do Bad Gastein. Miasto wciśnięte jest w wąski przesmyk między dwoma potężnymi górami i wzdłuż rzeki Ache.  20150729122250_stitch - dzień 1 - spacer po okolicyBudynki ciekawie wkomponowane w tarasowe otoczenie. W centrum miasteczka mogliśmy podziwiać wodospad – będący wizytówką miasta, który z jednej strony mostu spływa z góry z hukiem kilkustopniową kaskadą, a z drugiej strony olbrzymie masy wody spływają w dół. Wodospad jest na tyle wysoki, że musieliśmy wspiąć się wyżej do kilku punktów widokowych, żeby zobaczyć go w całej okazałości. Po drodze co chwilę mijaliśmy pięknie odrestaurowane budynki z przełomu wieków (XIX/XX) w których mieściły się hotele i uzdrowiska z termalnymi basenami. Ale zdarzały się też niszczejące, opuszczone domy. Oczywiście degustacja leczniczych wód z fontanny i z publicznych kraników była, test przeszła pozytywnie mimo że była ciepła. Zaskoczona byłam licznymi arabskimi rodzinami spacerującymi po ulicach i kobietami ubranymi w czarne szaty odsłaniające tylko oczy i ręce.

Prowadzeni przez GPS obeszliśmy miasto wokół, po czym zeszliśmy do Doliny Gasteiner (długa 40 km) i płaską promenadą wzdłuż rzeki poszliśmy w kierunku naszego domu. Ale za nim do niego trafiliśmy musieliśmy pokonać 4 km pod górę drogą, którą wczoraj pokonaliśmy samochodem.

2 dzień

Z powodu przelotnego deszczu Krzysiek zrobił z Pagiem 2-godzinną wycieczkę po okolicznym lesie a ja pobiegłam sobie doliną  do miejscowości Bad Hofgastein i wróciłam z powrotem.

3 dzień Stubnerkogel 2246 m n.p.m.

Kolejny dzień był pierwszym dniem z upałami, które z każdym dniem się nasilały. Tego dnia zdobyliśmy pobliski szczyt Stubnerkogel 2246 m n.p.m. 20150731135428 - dzień 3 - StubnerkogelWspinaczkę zaczęliśmy od strony Angeral i wzdłuż kolejki linowej, a potem szlakiem narciarskim doszliśmy na zatłoczony szczyt. Na szczycie jak i w czasie drogi  na niego, ciężko było o kawałek cienia, ale Pag dzielnie to zniósł. Należał nam się medal, bo byliśmy chyba jedynymi, którzy weszli na szczyt na nogach i to z psem, a nie wjechali kolejką linową (do wyboru były dwie). Rozległa panorama jaką mieliśmy przed sobą na sąsiednie góry i doliny oraz Bad Gastein w dole robiła wielkie wrażenie. Z ciekawej platformy widokowej widzieliśmy najwyższy austriacki szczyt Großglockner. 20150731154024 - dzień 3 - StubnerkogelNie mniejsze wrażenie robił zawieszony między restauracją a nadajnikiem telewizyjnym wiszący, 140-metrowy stalowy most. Przejście przez kołyszący most po ażurowej podłodze z 30-o metrową przepaścią pod nogami to przyjemność dla osób o silnych nerwach, więc zostawiłam to Krzyśkowi a sama zajęłam  się robieniem zdjęć. Potem było bardzo strome zejście do Bad Gastein i powrót do domu.

4 dzień/5 dzień

20150801132924 - dzień 4 - wyjście po zakupyWycieczka do supermarketu Stern, czyli 5 km w dół do doliny zakupy i powrót. Przebieżka Krzyśka do Doliny Gasteiner .

6 dzień Poserhöhe – Höhenweg Gasteiner

Przyszła kolej na poznanie przeciwległego zbocza doliny. Samochodem podjechaliśmy do sąsiedniego Bad Hofgastein, zostawiliśmy auto na bezpłatnym parkingu i asfaltową serpentyną ruszyliśmy do góry na wysokość 1300 m n.p.m. 20150803115826 - dzień 6Cały czas roztaczała się przed nami przepiękna panorama na skąpaną w słońcu dolinę. Dalej leśną drogą i ścieżką z mniejszymi lub większym podejściami doszliśmy do schroniska Poserhöhe na 1505 m n.p.m. Polanka obok była świetnym punktem widokowym na pobliskie góry i górną część Bad Gastein. Po zejściu 400 m niżej, popularnym szlakiem w dolinie – Höhenweg Gasteiner, wróciliśmy do Bad Hofgastein.20150803135436 - dzień 6

Płaska i łatwa 5-cio kilometrowa ścieżka, z widokiem na rozległą dolinę i szczyt Stubnerkogel, prowadziła przez kwitnące łąki, gospodarstwa, restauracje rzadziej przez las. Po drodze były dwa ciekawe wąwozy Gadaunern i Remsacher z wykutym w skale tunelem i ścieżkami tuż nad przepaścią, od której oddzielały drewniane barierki. Szlak dostępny dla każdego okazał się licznie odwiedzany przez turystów i rowerzystów. Szczęśliwie doszliśmy do samochodu, wykończeni żarem jaki lał się z nieba a cienia było jak na lekarstwo (w drodze powrotnej) i przejściem 21 km.

7 dzień Dolina Kötschachtal – Alpengasthof Prossa

Przeszliśmy Doliną Kötschachtal (długa na ok. 5 km) do schroniska Alpengasthof Prossau 1278 m n.p.m. i powrót tą samą drogą. Piękna dolina, popularny szlak prowadził szeroką, lekko „pod górę” drogą, na której nie brakowało rowerzystów i pieszych często z psami. Psy mimo obowiązku chodzenia na smyczy na terenie Parku (regulamin Parku)  20150804164018 - dzień 7często biegały luzem, także Pag nie był wyjątkiem. Dolina idealnie nadawała się na wędrówkę z psem bo była zalesiona (poza początkiem) a wzdłuż drogi płynął potok z krystalicznie czystą wodą, w której Pag często chłodził się lub uzupełniał braki wody.

8 dzień

Zejście do centrum, a wieczorem przebieżka do Angertal (11 km).

9 dzień  Dolina Anlauftal

Samochodem pojechaliśmy za Bad Gastein do miejsca Anlauftal. Znajdował się  tu się 9-cio kilometrowy tunel kolejowy ze stacją kolejowa z której samochody na specjalnych wagonach w niego  wjeżdżały oraz zaczynała dolina o tej samej nazwie. Samochód zostawiliśmy na leśnym parkingu na 1200 m n.p.m. i ruszyliśmy w głąb doliny. Szlak najpierwdrogą, potem ścieżką prowadził głównie 20150806115944 - dzień 9przez las, wzdłuż wartkiego strumienia. Dolina okazała się bardziej dzika i mniej uczęszczana przez turystów, może też za przyczyną zamkniętego na jej końcu schroniska. Ciekawi dalszej drogi, zarośniętą ścieżką poszliśmy jakiś  kilometr dalej na wysokość 1700 m n.p.m.,  żeby nad szerokim potokiem napatrzeć się na  zaśnieżone w dali 3-tysięczniki. Powrót tą samą drogą, przed wejściem do auta obejrzeliśmy pobliski wodospad.

Bad GesteinDolina Gasteiner  jest idealnym miejscem dla amatorów górskich wycieczek.  Spośród 350 km oznaczonych szlaków, o różnym stopniu trudności, każdy w zależności od swoich (i psa) możliwości znajdzie tu coś dla siebie. Na większość tras (poniżej 2500 m n.p.m.) można wybrać się z psem, który może do woli wybiegać się. A po aktywnym dniu w  Bad Gestein czekają termalne baseny do których z psami niestety nie wpuszczają.

 

 

 

 

 

 

 

W-y Kanaryjskie Lanzarote 2015

„Księżycowa wyspa czyli Lanzarote 2015”

10-17.I.2015

W styczniu, kiedy u nas panuje kalendarzowa zima, korzystając z promocyjnej oferty  biura podróży, wybraliśmy się na tygodniową wycieczkę, na jedną z siedmiu Wysp KanaryjskichLanzarote. W cenie mieliśmy zapewniony lot w obie strony, hotel i wyżywienie (śniadanie i obiadokolacje). Naszego psa zostawiliśmy pod dobrą opieką rodziców Krzyśka (oczywiście za cenę przybycia nieco na wadze). Nie chcieliśmy zafundować Pagowi traumy jaką jest lot w klatce i to w luku bagażowym (waży więcej niż 8 kg). O ile temperatura w styczniu jest znośna dla czworonogów, to wyspa jest mało przyjazna dla psiej natury … stanowczo za mało tu drzew.
Po 4-godzinnej podróży z Poznania, późnym wieczorem wylądowaliśmy na lotnisku pod stolicą Arrecife i w 20 min autokarem zostaliśmy dowiezieni do hotelu w miejscowości Puerto del Carmen. Było to typowe nadmorskie miasteczko z wąskimi uliczkami mnóstwem hoteli i szeroką plażą. Do naszego 3-gwiazdkowego Hotelu Costa Mar z apartamentem zastrzeżeń nie mieliśmy, ale  z pogodą już tak pięknie nie było. Przez następne 6 dni było dość ciepło – ok. 20°C ale liczyliśmy na więcej słońca a mniej wietrznych dni, nie wspominając już o deszczu.

Dzień 1

20150111135128 Bieg z Puerto del Carmen w kierunku Puerto Calero i z powrotemNastępnego  dnia po śniadaniu, ruszyliśmy na bieganie i przy okazji poznać trochę okolicę. Pobiegliśmy 8 km wzdłuż wybrzeża na południowy – zachód, wybierając  mniej turystyczną część wyspy. Po szybkim prysznicu w hotelu, zrobiliśmy sobie spacer promenadą w kierunku stolicy Arrecife. Idąc wzdłuż oceanu, mijając po drodze piaszczyste i kamieniste plaże, doszliśmy do lotniska, zbudowanego tuż przy wodzie. Chyba jedyne lotnisko na świecie, gdzie leżąc na plaży można było patrzeć na startujące i lądujące samoloty.

20150111130346 Bieg z Puerto del Carmen w kierunku Puerto Calero i z powrotem Dzień 2

Kolejnego dnia z pobliskiej wypożyczalni samochodów (koszt 3 dni/75€  + 22€ benzyna) wypożyczyliśmy na 3 dni samochód i ruszyliśmy do głównych atrakcji w północnej części wyspy. Po drodze do pierwszej z nich – Jardin de Cactus czyli Kaktusowego Ogrodu, zatrzymaliśmy się przy ciekawych formacjach skalnych niedaleko miejscowości El Majon. Ogród znajduje się w miejscowości Guatiza na terenie dawnego kamieniołomu nad którym góruje biały wiatrak. Ogród jest jednym z wielu dzieł, słynnego, miejscowego artysty Césara Manrique, który robił wszystko, żeby architektura na wyspie współgrała z jej wulkanicznym charakterem. Co mu się w pełni udało. Wszystkie budynki tutaj są koloru białego, dopuszczona jest tylko niska zabudowa i nie ma tu bilbordów z reklamami, co widać szczególnie przy jeździe samochodem. 20150112125518 Ogród kaktusów w okolicy GuatizaNa powierzchni 5000 tys. m² rośnie ponad 1400 gatunków kaktusów sprowadzonych prawie ze wszystkich kontynentów. Po kupieniu biletu wstępu (najkorzystniejszy okazał się łączony bilet za 30€ , który zapewniał wstęp do 5 innych atrakcji na wyspie). Ponad godzinny spacer wybrukowanymi ścieżkami między małymi kaktusikami a wielkimi kaktusowymi drzewami rosnących w czarnym popiele był dla nas trochę jak ciekawa lekcja botaniki w terenie. Kolejną atrakcją była jaskinia Cueva de los Werdes. Okazała się warta czekania pół godziny, bo tyle trwało zebranie grupy. Jest to podziemna jaskinia powstała w wyniku erupcji wulkanu 20150112155724 Mirador Del Rioponad 3000 lat temu pne. Dwukilometrowy labirynt korytarzy i jaskiń kończący się pod oceanem, zwiedza się z przewodnikiem (objaśnia w kilku językach) i trwa ok. 1 godziny. Byłam w wielu jaskiniach, ale ta była pierwszą w której   panowała temperatura 20° C! Z jaskini pojechaliśmy dalej na północ na punkt widokowy Miradol del Rio. Znajduje się on na wysokim klifie na wysokości 470 m. Piękne widoki na pobliską wyspę La Graciosa i mniejsze wysepki, można było podziwiać przez panoramiczne okna przypominającej bunkier restauracji. Zrobiony z wulkanicznego kamienia, dzieło oczywiście Manrique. Na odważniejszych czekały 20150112165306 Hariaumieszczone na zewnątrz zawieszone nad przepaścią zewnętrzne tarasy. Pierwszy raz spotkaliśmy się z odpłatnym punktem widokowym, ale dla tych widoków – mimo urywającego nam głowy wiatru – warto było.  Droga powrotna do hotelu prowadziła przez nieduże miasteczko w środku wyspy – Haria. Przepięknie położone w dolinie pośród zielonych (rzadkość tutaj) wzgórz i palm, z którymi kontrastowały białe domy. Niedaleko za miasteczkiem znajdował się punkt widokowy (bezpłatny tym razem) z którego rozciągała się rozległa panorama na wybrzeże i wzgórza.

Dzień 3

Następnego dnia z samego rana wyruszyliśmy do Narodowego Parku Timanfaya. Park powstał w wyniku potężnych erupcji wulkanicznych, które nawiedziło wyspę w XVIII w. Liczy 51 km² i znajduje się samym środku Montanas del Fuego (Gór Ognistych). Wycieczka po Parku zaczynała się w Islote de Hilario, skąd specjalnym autobusem pełnym turystów ruszyliśmy w 14-kilometrową trasę. (To najpopularniejszy sposób na zobaczenie parku, a autobusy odjeżdżają co kilkanaście minut). Tu również obok budynku restauracji (autorstwa – jak żeby inaczej – Manriqueza) pracownicy Parku robią geotermiczne pokazy dla turystów: wlana do specjalnych otworów woda po chwili wystrzeliwała w górę jak mały gejzer, lub umieszczona w dołku kępka siana spalała się w kilka sekund. Wszystko to dowodzi, że tuż pod powierzchnią wciąż kryje się gorąca lawa (10 cm niżej – 140°C, 6 m – 400°C). Wzięty do ręki z ziemi ciepły kamień był kolejnym namacalnym ggdowodem, że na dole jest faktycznie gorąco. Przez godzinę (kierowca jechał b. wolno) jak zahipnotyzowani wpatrywaliśmy się w morze zastygłej lawy, kratery, stożki wulkaniczne. To wszystko pokryte wulkanicznym pyłem w różnych odcieniach szarości i czerwieni. Krajobraz robi piorunujące wrażenie, jest równie fascynujący co trochę przerażający, a ten efekt potęguje jeszcze wszechogarniająca cisza. Żeby poczuć lepiej wulkaniczny klimat i wspiąć się na jakiś krater, uciekliśmy w rejon mniej turystyczny. (Na terenie Parku przejście szlakiem z przewodnikiem możliwe jest tylko latem, po wcześniejszym wpisaniu się na listę chętnych). 3 km od wjazdu do Parku w informacji turystycznej zostaliśmy zaopatrzeni w darmową mapę i ruszyliśmy zdobyć wulkan Caldera Blanca i pochodzić po zastygłej lawie. Po zostawieniu samochodu przy gruntowej drodze, szeroką ścieżką prowadzącą przez pola popiołu i wulkanicznych kamieni doszliśmy do mniejszego z kraterów. Przez jego niższą krawędź prowadziła naturalna „wyrwa” przez którą weszliśmy do środka, a tam była … zielona łączka.  Ale prawdziwe wyzwanie czekało obok – Montana Blanca.20150113125050 Spacer przy wulkanach w okolicach Mancha Blanca Pół godziny zajęło nam wejście na stromą ścianę krateru – na jego niższą krawędź. Roztaczał się stąd piękny widok na szare morze zastygłej magmy i wyłaniające się gdzieniegdzie samotne góry. Porośnięte trawą wnętrze wulkanu 100 m niżej, było jadłodajnią dla kilku kóz ( na stromiznach są sprawne prawie jak kozice). Chcieliśmy wejść na najwyższy punkt krawędzi (150 m licząc od podstawy) ale przez silny wiatr, musieliśmy zawrócić. A dalej przez 10 km wędrowaliśmy przez zielone wzgórza, żeby na koniec zobaczyć pola uprawne z kamiennymi murkami (w wulkanicznym żwirze uprawiano winorośl i cebulę), szare pole magmowe z wulkanicznymi kamieniami i kwitnącymi roślinkami. W ciągu tej kilkugodzinnej wędrówki nie spotkaliśmy nikogo! I tego nam trzeba było, bo z dala od ludzi mogliśmy delektować się pięknym krajobrazem.
Po drodze do hotelu zatrzymaliśmy się w La Geria – niezwykłej dolinie, gdzie znajdują się rozległe uprawy winorośli. 20150113181652 Winnice w okolicach La GeriaW okrągłych dołach otoczonych kamiennymi murkami (ochrona przed wiatrem) rosną pojedyncze krzewy winorośli. Zielony kolor krzaczków niesamowicie kontrastuje z czarnym żwirem, przez co tworzy niezapomniany widok. Jak większość turystów ulegliśmy pokusie i w jednej z licznych winiarni kupiliśmy po jednej butelce białego i czerwonego wina.

Dzień 4

Wyruszyliśmy na południowy-zachód wyspy, żeby zobaczyć miejscowość Playa Blanca i wybrzeże Costa de Papagayo (40 min. autem) i wspiąć się na jedną z wielu gór (żaden wygasły krater) w nadmorskim paśmie górskim. Nieduży kurort z kameralną atmosferą, ładną promenadą wzdłuż oceanu, przywitał nas pełnym słońcem i wysoką temperaturą (w końcu się doczekaliśmy). Tu się na ponad godzinę rozdzieliliśmy. Krzysiek poszedł na rekonesans okolicy, a ja zrobiłam sobie wycieczkę biegową wzdłuż oceanu. Wystartowałam na dość tłocznej promenadzie, ale za miasteczkiem po wbiegnięciu na wysoki klif miałam ciszę  i mogłam nacieszyć się pięknymi widokami wokół. 20150114131212 Renata - biegNa wcześniej ustalonym miejscu spotkaliśmy się i już dalej razem spacerowaliśmy po pustynnym płaskowyżu schodząc do skalistych zatoczek z piaszczystymi plażami. Na jednej z nich zrobiliśmy sobie „błogie lenistwo” z nieudaną próbą kąpieli, bo temperatura wody pozwoliła jedynie na popluskanie się w wodzie. Ale odważniejszych od nas nie brakowało. Po  powrocie  do Playa Blanca samochodem dojechaliśmy do malutkiego miasteczka Femés. Po zostawieniu auta na bezpłatnym parkingu pod kościołem zaczęliśmy wspinaczkę na liczącą 487 m n.p.m. górę Pico de la Aceituna. Wyraźna i stroma ścieżka, z ciekawymi kaktusowymi krzewami, w 40 min doprowadziła nas na szczyt (z lekkim błądzeniem). A stamtąd rozległy widok na pobliskie szczyty i doliny, na Femés a daleko w tle na ocean. 20150114163708 W drodze na Pico de la Aceituna 487mNa szczycie oczywiście hulał wiatr. Zbliżał się powoli wieczór i musieliśmy niestety schodzić na dół. Po szybkim spacerze po miasteczku ruszyliśmy dalej.
Kolejnym celem były Los Hervideros. Miejsce, gdzie ogromne masy wulkanicznej lawy zastygły w wodach Oceanu, a fale morskie utworzyły w niej podziemne tunele i głębokie szczeliny. 20150114180506 Los HerviderosZ bliska – chodząc wyznaczonymi ścieżkami – zobaczyliśmy wzburzone fale, jak z ogromną siłą wdzierają się pomiędzy skalne groty by po chwili wystrzelić z wielkim hukiem w górę. Przy zachodzącym słońcu ciekawy efekt. W drodze do hotelu zatrzymaliśmy się nad zieloną laguną – El Golfo (tuż przy wiosce rybackiej o tej samej nazwie), jeziorkiem w kraterze wygasłego wulkanu, którego część została zatopiona przez Atlantyk, a część jest fragmentem wybrzeża. Nas miejsce nie oszołomiło. Czas było wracać do hotelu.

Dzień 5

Dzień zaczęliśmy od wypożyczenia rowerów (16€/dzień/osobę). Celem naszej ambitnej wycieczki była druga strona wyspy – północne wybrzeże z plażą Playa de Farmara. Pierwsze 30 km prowadziło w większości gruntowymi drogami, czasami w mocno pagórkowatym terenie (najwyższy punkt miał prawie 300 m n.p.m.) czasami obok gospodarstw w środku pól uprawnych. W drodze powrotnej w większości trasa prowadziła już asfaltowymi drogami, w bardziej w płaskim terenie, a ostatnie 10 km pokrywało się z początkiem trasy. Po dojechaniu na plażę, zmęczona i podekscytowana, padłam gdzieś na wydmie na bialutki piasek i chłonęłam piękno tego magicznego miejsca i czekałam na Krzyśka. (Jakieś 10 km przed plażą rozdzieliliśmy się, on pojechał wspiąć się na krater z zamkiem Castillo Santa Barbara). Przed sobą miałam wzburzony ocean, widok na przybrzeżne wzgórza Farmara i wysepki z największą La Graciosa na czele. 20150115153228 Powrót z plaży w Urbanización Famara do hotelu Costa MarTa część wyspy jest wolna od turystycznej infrastruktury, prawie bez turystów. (W pobliżu było jedynie małe osiedle domów). Skąpaną w słońcu Playa de Farmara, zapamiętam jako nieskalane cywilizacją miejsce, gdzie można znaleźć ciszę i spokój oraz nacieszyć oczy pięknymi widokami. Po dojechaniu Krzyśka i po wspólnym odpoczynku, czas było wracać, bo do przejechania mieliśmy jeszczcze 30 km na rowerze. Do hotelu wróciliśmy naprawdę zmęczeni.

Dzień 6

Ostatni dzień pobytu spędziliśmy też aktywnie ale osobno. Krzysiek wyruszył na objazd wyspy rowerem,  a ja poszłam z książką na zasłużony odpoczynek na plażę. Kiedy słońce się schowało i zrobiło się trochę wietrznie, zamieniłam sandały na buty do biegana i pobiegłam wzdłuż wybrzeża do Arrecife (10 km). 20150116111804 Rowerem po wyspie - okolice Playa QuemadaW połowie drogi złapał mnie deszcz, trochę mokra dobiegłam do przedmieść stolicy i wróciłam tą samą trasą do hotelu. Krzysiek zmuszony do skrócenia swojej wycieczki, przemoknięty do suchej nitki po kilku godzinach wrócił. Późnym popołudniem oczywiście wyszło słońce, więc nie zostało nam nic innego jak odbyć już ostatni spacer po okolicy. Następnego dnia z rana wracaliśmy do zimnego kraju.

Włochy Północne 2014

           Włochy – w górach, nad jeziorem, wśród cedrów i nad morzem (10-30V 2014)

                             Nasz 3-tygodniowy urlop we Włoszech zaczęliśmy od Południowego Tyrolu. Potem miało być jezioro Garda, ToskaniaLiguriaCinque Terre. Tyrol Południowy to prowincja w północnych Włoszech, położona w południowej części Alp. Ciekawe miejsce nie tylko ze względu na piękne Dolomity. Jest to włoski region z językiem niemieckim jako urzędowym oraz  niemieckim nazewnictwem. Należy do Włoch od 1919 r., kiedy to po zakończeniu I Wojny Światowej i rozpadzie Austrio-Węgier został oddzielony od Tyrolu.

Dzień 1-6 San Sigismondo TYROL POŁUDNIOWY

Po całodniowej podróży przez NiemcyAustrię, dojechaliśmy do miasteczka San Sigismondo koło KiensDolinie Puster. Przez tydzień miał to być nasz dom. 6 dni upłynęło nam na całodniowych wycieczkach w pobliskie góry, prowadzeni przez – jakżeby inaczej- turystyczną nawigację. Jednym z ciekawszych miejsc, które odwiedziliśmy był płaskowyż położony ponad 1900 m n.p.m. nad San Sigismondo. 3 godziny wejścia do przyjemnych nie należało, tym bardziej że od wysokości 1700 m. pojawił się mokry śnieg, którego przybywało wraz z wysokością. Gdy nam ubywało sił, Pagowi ich przybywało. Tak zwykle się dzieje, kiedy widzi śnieg w którym może się nie tylko wytarzać (czyt. ochłodzić) ale i najeść (czyt. ugasić pragnienie). DSC02568Doszliśmy nieco powyżej schroniska Rifugio Starkenfeld i zawracaliśmy. Dla pięknej panoramy gór w zimowej scenerii,  warto było zmoczyć sobie buty. Jeden z dni przeznaczyliśmy na zwiedzenie zamku  Bruneck w mieście  Bruneck.  Mieści się tu jeden z sześciu oddziałów Messner Mountain Museum – założonych przez znanego himalaistę Reinholda Messnera.  Z jego inicjatywy oraz władz miasta zamek został odrestaurowany i w 2011 r.  udostępniony dla turystów. DSC02616Po kupieniu biletu (6 €) przez  ponad godzinę oglądałam ciekawe eksponaty dotyczące  codziennego życia ludzi gór prawie z wszystkich kontynentów i to we wnętrzach średniowiecznego zamku! Szkoda tylko że sama, bo Krzysiek musiał zostać z Pagiem na zewnątrz i zadowolić się oglądaniem zamku z perspektywy wielu ścieżek wokół.

Dzień 7 Riva del Garda JEZIORO GARDA

Wyjeżdżamy z Tyrolu Południowego, żeby udać się nad największe włoskie jezioro – Garda. Na jego południowo-zachodnim brzegu mieliśmy zarezerwowane mieszkanko. Malownicza droga nad  jezioro prowadziła przez wąskie wąwozy, liczne tunele, otwarte przestrzenie z wysokimi górami w tle. Po drodze zatrzymaliśmy się w mieście na północnym  jego brzegu  – Riva del Garda. Najpierw zrobiliśmy sobie spacer po starym mieście, głównym deptaku i placu otwartym na jezioro z charakterystyczną wieżą. Palmy i cedry na tle zaśnieżonego dwutysięcznika górującego nad miastem zostały uwiecznione na zdjęciu. Atmosfera górskiego krajobrazu połączonego ze śródziemnomorskim klimatem – nam się spodobała. Jednak nas najbardziej interesowała, przepiękna trasa pieszo-rowerowa Via di Ponale. Droga  rozpoczyna się na zachodnim końcu Riva del Garda, przed wjazdem do tunelu w stronę Liomne Sul Garda (przy ulicy Circonvallazione na płatnym parkingu zostawiliśmy auto 2h-5€). Przeszliśmy tylko pierwsze 3 kilometry trasy wykutej w skale, momentami na krawędzi półki skalnej kilkadziesiąt metrów nad taflą jeziora. Trasa jak i widoki były spektakularne! DługieDSC02796 i wąskie jezioro otoczone wysokimi górami przypominało trochę norweski fiord. Pagowi droga mniej się podobała, bo żar lał się z nieba a jedyny cień na trasie dawały tunele wykute w skale. Czekała nas jeszcze dalsza podróż, dlatego musieliśmy zawrócić z tej widokowej drogi i wrócić do auta. W dwie godziny, malowniczą drogą wzdłuż Gardy, pokonaliśmy 60 km i  dojechaliśmy do miasteczka Moniga Del Garda. Im bliżej południa tym góry robiły się coraz niższe, a południowy brzeg Gardy był już płaski.  Po znalezieniu naszego domku, w ogromnym ośrodku wypoczynkowym, zrobiliśmy krótki rekonesans po tym, nie za ciekawym turystycznym miasteczku. DSC02823Potem był spacer ładną promenadą wzdłuż kamienistej plaży, wzdłuż jeziora. Pag co prawda musiał spacerować na smyczy ze względu na spacerujących, ale za to do woli mógł korzystać z kąpieli w  krystalicznie czystej  wodzie.

Dzień 8 Monte Pizzocolo 1582 m n.p.m.

Następnego dnia czekał nas aktywny „górski” dzień, postanowiliśmy popatrzeć na Jezioro Garda z góry i w tym celu postanowiliśmy wejść na najwyższy w pobliżu szczyt – Monte Pizzocolo 1582 m n.p.m. Samochodem w niecałą godzinę dojechaliśmy do miasteczka nad jeziorem – Gardone Riviera, samochód zostawiliśmy na bezpłatnym parkingu na wąskiej uliczce w wyższej części miasta i ruszyliśmy w góry. Prowadzeni przez niezawodną nawigację turystyczną, drogami i ścieżkami idąc przez łąki i wioski stopniowo zdobywaliśmy wysokość, żeby pod koniec ok. 1200 m n.p.m. wyjść z lasu na odsłonięty grzbiet. Biegający  do tej pory luzem Pag, został wpięty na smycz bo na szlaku pojawiło się sporo turystów. Dość silny wiatr nie przeszkadzał w podziwianiu widoków. Po zrobieniu przerwy przy zamkniętym schronisku, wspięliśmy się na szczyt. Widoki na ogromne, DSC02843osnute mgłą (niestety) jezioro w dole, na zaśnieżone wierzchołki po jego drugiej stronie oraz pobliskie góry robiły wrażenie. Ta część wycieczki należała do dość łatwych. Za nami była połowa trasy, czekało nas zejście na dół czyli jakieś 11 km do samochodu. Żeby nie wracać szlakiem którym przyszliśmy (generalnie staramy się tego unikać), zaczęliśmy schodzić na dół innym – jedynym oznaczonym szlakiem który prowadził na południe – w kierunku Gardone Riviera.  O ile pierwsze metry po dość stromychDSC02869 kamieniach jakoś sprawnie poszły, to potem było już znacznie gorzej. Po niemalże pionowych płytach skalnych, do których przyklejeni brzuchami, szukając niżej oparcia dla nóg, powoli schodziliśmy w kierunku lasu. Do tego jeszcze 30-kilogramowy pies, którego na rękach transportowaliśmy w dół.  Pies wykazał się silnym sercem (inny na jego miejscu pewnie padłby na zawał widząc co go czeka), gdy jego właściciele wykazali się skrajną głupotą, decydując się na ten szlak. Po 1,5 godz. zeszliśmy do lasu i już normalną drogą poszliśmy w dół,  ostatnie kilometry do auta, idąc ulicą. Na długo zapamiętaliśmy ten dzień, obiecując Pagowi, że nigdy już nie zafundujemy  mu takiej traumy.

Dzień 9 Zamek w Sirmione

Po przejściach z poprzedniego dnia cała nasza trójka, zasłużyła na „dzień emeryta”. „Żadnych gór, tylko przyjemne zwiedzanie a potem byczenie na słońcu” takie hasło przyświecało nam tego dnia. Miejsce do zwiedzania znajdowało się 30 minut jazdy samochodem był to zamek – Scaliger Castle Sirmione. Zbudowany na wąskim cyplu DSC02887wcinającym się w Jezioro Gardę od południa, jest jednym z ładniejszych miejsc na jeziorem. Po dojechaniu do Sirmione, samochód został na płatnym parkingu  ( 2h – 4,40 €), skąd w kilka minut doszliśmy do zamku. Przez most bo zamek odcięty jest od półwyspu fosą, weszliśmy w mury  tego XIII wiecznego zamku. Zwiedzanie ograniczyliśmy do obejścia starych murów i licznych wież. Świetnie zachowany zamek przyciąga setki turystów, więc przeciskanie przez wąskie uliczki niekoniecznie podobało się Pagowi. Na szczęście wystarczyło odejść kilkanaście metrów w bok, żeby znaleźć się na ustronnej plaży na której korzystał z dobrodziejstw czystej wody. Jednak najładniejsze widoki na Jezioro Garda i otaczające je góry były na końcu półwyspu gdzie znajdowały się pozostałości rzymskich budowli. Po drodze do Moniga Del Garda były zakupy w jednym z licznych supermarketów i zasłużony relaks do końca dnia.

Dzień 10 Florencja TOSKANIA

Dzień w którym wyruszyliśmy do Toskanii. Po drodze,  po 4 godzinach (260 km) podróży odwiedziliśmy jej stolicę – Florencję. Poruszanie się po mieście w celu znalezienia parkingu, do łatwych nie należało, z jednej strony – jednokierunkowe i wąskie ulice, z drugiej – kierowcy  nie włączający drogowskazów na rondach. Po zostawieniu auta na płatnym parkingu w 15 minut doszliśmy do zabytkowego centrum. A im bliżej centrum, tym bardziej narastał tłum turystów -chyba  ze wszystkich stron świata. Miasto będące kolebką renesansu i stolicą sztuki, zachwyca na każdym kroku. Eleganckie place, pałace, loggie (część budynków otwarta na zewnątrz z arkadami zamiast ścian), muzea, kościoły, galerie sztuki, pomniki i rzeźby przywracają o zawrót głowy. Najpierw trafiliśmy przed renesansowy, wielki Pałac Pittich – z   pustym jeszcze placem (Piazza del Pitti). DSC02926Potem zatrzymaliśmy się na chwilę na najstarszym moście we Florencji (XIV w.)  „Moście Złotników” (Ponte Vecchio). Ciekawe, że nad dachami licznych warsztatów i sklepików z biżuterią znajduje się – zbudowany w XV w. – zadaszony korytarz.  (Łączący Pałac Pittich  i Pałac Vecchio). Przez most doszliśmy do Pałacu Vecchio. Nie tyle pałac z wieżą z tarasem, co ogromny, zatłoczony Plac Della Signoria zrobił na nas wrażenie. Kiedyś to miejsce stanowiło centrum życia politycznego Florencji, dziś  jest czymś w rodzaju wielkiej galerii „pod gołym niebem” z rzeźbami Michała Anioła czy Donatella. Nie sposób było tu, nie zatrzymać się na dłużej. Tutaj nasz Pag, miał „swoje pięć minut” kiedy mógł poczuć się równie sławny jak stojący obok posąg Dawida czy Herkulesa. Turyści z Azji zatrzymywali się – po to żeby zrobić mu zdjęcie, ci z Europy – żeby go trochę wytarmosić za uszy i zagadać z nami, że podobnego zostawili w domu. Na szczęście musieliśmy iść dalej, więc woda sodowa nie uderzyła naszemu psu do głowy. Jedną z uliczek doszliśmy do wspaniałej gotyckiej Katedry Santa Maria del Fiore. Wybudowana pod koniec XIII w. katedra, uchodząca za średniowieczny symbol potęgi Florencji, do dziś zachwyca swoją monumentalnością i wspaniałą architekturą. Obejście kolosu zbudowanego z zielonego, białego i różowego marmuru z olbrzymią (90 m), czerwoną kopułą oraz stojąca obok dzwonnicą – Campanile, zajęło nam trochę czasu. Jednak na mnie, największe wrażenie zrobiły słynne Drzwi Raju, znajdujące się  w najstarszej budowli w mieście – Babtysterium Św. Jana (XI w.).  Wykonane są z brązu i pozłacane, a znajdujące się na nich płaskorzeźby przedstawiają sceny ze Starego Testamentu. Po czym nastąpił powrót do auta. Spędziliśmy tu tylko 3 godziny ale wystarczyło, żeby poczuć wyjątkową atmosferę tego miasta. Niekoniecznie jednak do zwiedzania z psem, za dużo tu turystów, za mało zieleni i za wysoka temperatura (już w maju).

64 km na południe od Florencji  w miasteczku –  Cavallano, czekała na nas kolejna kwatera.

Dzień 11 San Gimignano

Mieszkanie nasze znajdowało się w piętrowym kamiennym domu z  ładnym widokiem na pobliskie wzgórza. W cenie noclegu (w Toskanii to standard, żaden luksus jak na początku nam się wydawało:)) mieliśmy nieduży basen z leżakami. Dziś mieliśmy odwiedzić niezwykłe miasteczko z wieżami czyli San Gimignano (wpisane na listę UNESCO). Najpierw autem dojechaliśmy do pobliskiego miasteczka Campiglia, gdzie zostawiliśmy samochód i  dalej już na nogach wyruszyliśmy na 25-kilometrową wycieczkę (łącznie  w 2 strony).  Droga do niego okazała się bardzo malownicza: były i wzgórza z polami i łąkami, poprzeplatane plantacjami z drzewkami oliwnymi lub winoroślą, wijące się niczym wstążka –  cyprysowe alejki prowadzące do pojedynczych domostw, zbudowanych na łagodnych wzniesieniach. DSC03030Samo średniowieczne San Gimignano ze swoimi 14 kamiennymi wieżami też robiło wrażenie. Po przekroczeniu bramy w starych murów  – jak za sprawą czarodziejskiej różdżki – znaleźliśmy się mieście żywcem przeniesionym ze średniowiecza. Gąszcz wąskich uliczek, surowe kamienice, plac Della Cisterna ze starą studnią, zabytkowe pałace i kościoły, do tego te strzeliste, o różnej wysokości wieże. I pomyśleć, że kiedyś wież było aż 70!  W drodze powrotnej upał i zmęczenie dawały się Pagowi mocno we znaki, często stawał i najzwyczajniej w świecie nie chciał iść dalej. Na takim wymuszonym postoju, przechodząca para Włochów przekonana, że Pag potrzebuje wody, zaproponowała żebyśmy u nich w domu uzupełnili jej zapasy. Wody mieliśmy pod dostatkiem, tylko Pag musiał robić więcej, dłuższych postojów. Był taki krytyczny moment kiedy, niczym uparty osiołek, położył się w cieniu drzew i za żadne skarby świata (czyt. smakołyki), nie chciał się ruszyć. Po dłuższej przerwie gdy Krzysiek miał już iść sam po samochód, żeby z nim wrócić po nas. Na widok oddalającego pana Pag nagle odzyskał siły! Do dziś nie wiemy, czy psi honor nie pozwalał mu wracać samochodem czy zwyczajnie nie chciał zostawić swojego pana …

Dzień 12

Zasłużony odpoczynek. Byczenie nad basenem z książką na leżaku i z Pagiem pod leżakiem (robiłam za cień) oraz zakupy – ale to już samochodem.

Dzień 13 Siena

Samochodem (50 km) pojechaliśmy do odwiecznej konkurentki FlorencjiSieny.  To  wpisane na listę UNESCO miasto, jest przepięknie położone w sercu toskańskiego pagórkowatego krajobrazu, a samo usytuowane jest na kilku wzgórzach.  Auto zostawiliśmy na płatnym parkingu (za 3 godz. 4 €). Przez jedną z bram w starych murach,  stromymi uliczkami i długimi schodami doszliśmy do starego miasta. Dość szybko znaleźliśmy się na słynnym, w kształcie muszli,  placu – Piazza Del Campo. Tu najlepiej było widać charakterystyczny kolor ciemno – rudej cegły (ochry) z której zbudowano średniowieczne miasto. Otoczony kamienicami, z ceglaną posadzką opadającą w dół  w stronę Palacco Pubblico, olbrzymi plac zrobił na nas duże wrażenie. Żeby bardziej poczuć atmosferę zatłoczonego placu, zrobiliśmy sobie przerwę na kawę, a siedząc przy kawiarnianym stoliku mieliśmy idealny widok na plac w pełnej krasie (co rekompensowało dość wysoką cenę kawy). Pag  spod stolika podziwiał plac, a nie był jedynym czworonogiem.  Dalej, stromymi uliczkami doszliśmy do imponującej, średniowiecznej katedry Santa Maria. Kościół  z  88-metrową dzwonnicą, w charakterystyczne marmurowe biało-czarne pasy stoi w najwyższym punkcie starego miasta i widoczny jest z daleka. DSC03092Zdążyliśmy obejrzeć tylko bogato zdobioną fasadę z XIII w. bo zaczęła się ulewa i kolejne 20 min. spędziliśmy na zadaszonych schodach między kamienicami. Po ulewie był spacer zakamarkami starego, mniej turystycznego miasta, były ciasne uliczki z porozwieszanym praniem na sznurkach, emeryci na ławkach, skutery ciasno zaparkowane i żadnych turystów. W drodze powrotnej do  Cavallano, zupełnie przypadkowo natknęliśmy się na średniowieczne warowne miasteczko – Monteriggioni. Twierdza przypominająca koronę na wzgórzu, jest widoczna z głównej drogi łączącej Florencję ze Sieną (15 km od Sieny). Wydawała się nam na tyle ciekawa, że zjechaliśmy z głównej drogi i w parę minut dojechaliśmy do wielkiego parkingu pod wzgórzem (1h- 1,5 €). Już z dołu świetnie zachowany, pierścień murów z XIII w.  z 14-ma wieżami robi wrażenie. Za murami znajdował się: wielki plac z małym kościółkiem i studnią oraz urocze, niskie domki. Kameralne miejsce, gdzie w ciszy i spokoju można było poobcować ze średniowieczną historią. Wyjątkowość tego miejsca (jak i Toskanii) również zauważył Bernardo Bertolucci kręcąc tu film “Ukryte Pragnienia”, a producenci markowych samochodów kręcą tu swoje reklamy.

 Dzień 14 Casole d′Elsa 

Następny dzień upłynął nam na 16-kilometrowej pieszej pętli po malowniczej okolicy, zakończonej  zwiedzeniem pobliskiego miasteczka Casole d′Elsa. Gruntowa droga zazwyczaj  prowadziła po niewysokich wzgórzach, przez pola, łąki, winnice, obok niedużych gospodarstw. Ostatni etap wycieczki był bardziej wymagający, bo musieliśmy wspiąć się prawie na 400-metrowe wzniesienie na którym zbudowano miasteczko. DSC03187Górowało ono nad okolicą i widoczne było już z daleka. Warto tu było przyjść chociażby dla rozległej panoramy na ładną okolicę. Samo miasteczko otoczone starymi murami z wieżami, ze starówką, sprawiało wrażenie nieco sennego, gdzie czas jakby się zatrzymał. Takie toskańskie prowincjonalne klimaty i na dodatek  bez turystów bardzo lubimy.

Dzień 15 Piza 

Przyszedł czas na poznanie kolejnej części Włoch, fragment wschodniego wybrzeża nad Morzem Liguryjskim. W drodze do Levento (190 km) gdzie mieliśmy się zatrzymać na kilka dni, obowiązkowy postój zrobiliśmy w Pizie. Zwiedzanie ograniczyliśmy tylko do placu ze słynną wieżą. Samochód zostawiliśmy na jednej z ulic niedaleko placu, gdzie kupując jakieś drobiazgi od nieco nachalnego, czarnoskórego pana (a dużo ich się kręciło oferując do sprzedaży różne przedmioty), zapewniliśmy naszemu samochodowi „bezpieczeństwo” pod naszą nieobecność. Zanim trafiliśmy za mury za którymi znajdował  się plac, na jednym ze straganów kupiliśmy „krzywy” kubek z rysunkiem wieży. Po przekroczeniu zabytkowej bramy stanęliśmy na wielkim, otoczonym murem – placu Campo dei Miracoli. Zaskoczona byłam, że na placu znajduje się nie tylko Krzywa Wieża, ale trzy inne, zbudowane też z białego marmuru, średniowieczne budowle.DSC03254 Oczywiście i my musieliśmy obejść z każdej strony, a potem sfotografować wszystkie zabytki. Zaczęło się od okrągłego Baptysterium z oryginalną kopułą i pięknymi, rzeźbionymi drzwiami. Potem przyszła kolej na przepiękną katedrę Santa Maria Assunta. Długa na 100 m, 5-nawowa elegancka budowla budowana była 100 lat, na mnie zrobiła większe wrażenia niż wieża. Na końcu prostokątnego placu stoi jeden z symboli Italii – Krzywa Wieża, która naprawdę jest dzwonnicą. Wysoka na 58 m, podzielona na 6 kondygnacji zdobionych kolumnami i arkadami jest bez wątpienia krzywa, sprawdziliśmy! Już w trakcie budowy w 1350 r. zauważono jej „defekt”. Jeden z dłuższych boków placu Campo dei Miracoli, tworzy budynek, przypominający trochę mur – długi krużganek, otaczający XIII-wieczny cmentarz Camposanto. Jest to czwarta budowla na placu. Cały kompleks budynków, został obejrzany przez nas od zewnątrz, co nam w zupełności wystarczyło. Dla schronienia się przed słońcem robiliśmy sobie przerwy w zacienionej części trawnika, otaczającego budynki. A leżąc na trawie i zajadając się lodami mogliśmy do woli napatrzeć się na przepiękne budowle.  Pag po ugaszeniu pragnienia, „przełamywał lody” „robiąc” za maskotkę i umilając czas turystom siedzącym obok.

Tego dnia dojechaliśmy nad Morze Liguryjskie do miasteczka Levanto, które miało się stać naszą bazą wypadową do nadmorskiego Parku Narodowego – Cinque Terre. Zatrzymaliśmy się na campingu „5 Terre”. Dość przeciętny camping, położony z dala od morza i miasta (28€ – auto/2os./namiot, pies gratis), dość wygodny dla psa bo miał sporo zacienionych miejsc  a obok był las.

Dzień 16 Monterosso al Mare  CINQUE TERRE

Wpisany na listę UNESCO Park Narodowy Cinque Terre, to malownicze 15 kilometrów, stromego wybrzeża z 5-ma przepięknymi miasteczkami, przyklejonymi do skalistego stoku: Monterosso al Mare, Vernazza, Corniglia, Manarola i Riomaggiore. Przez swoje odosobnione położenie, miasteczka są wciąż dość trudno dostępne dla ludzi. Najbardziej popularnym środkiem transportu jest tu pociąg (dużo tuneli wybitych w skale), a potem statek. Dla turystów przygotowano sporo szlaków do pieszych wędrówek, w większości dość łatwych. Pierwszym miasteczkiem które postanowiliśmy odwiedzić było sąsiednie, oddalone o 7 km od Levanto –  Monterosso di Mare. Droga (trasa 1e) najpierw prowadziła deptakiem wzdłuż morza, potem była dość długa wspinaczka pod górę schodami, a potem ulicą. I tak doszliśmy na wysokość 200 m n.p.m., idąc ścieżką wiodącą wzdłuż stromego wybrzeża, mogliśmy podziwiać długi pas wybrzeża za Levanto. Po dojściu na cypel Mesco, mieliśmy widok już na drugą część wybrzeża. Z punktu widokowego wznoszącego się 300 m n.p.m. rozciągała się najładniejsza panorama na wybrzeże z 5-ma miasteczkami Cinque Terre. Dalej już było dość strome zejście w dół (trasa 10), najpierw drogą, a potem asfaltową ulicą. Mijając po drodze jedną z 3 zabytkowych dobrze zachowanych wież i potężny, betonowy pomnik Neptuna, siedzącego na skale, znaleźliśmy się w Monterosso al Mare. DSC03354W jej turystycznej części, z nowoczesnymi hotelami i restauracjami, zbudowanymi wzdłuż długiej, piaszczystej plaży. Pag dla ochłody zaliczył udaną kąpiel w lazurowym morzu – niestety na długiej smyczy (konieczna przez obecność ludzi na plaży). Tuż za promenadą znajdowała się stacja kolejowa, chyba jedyna na świecie którą dzieli tylko kilkadziesiąt metrów od plaży! Po minięciu charakterystycznej wieży Aurory, znaleźliśmy się w drugiej, starej części miasta, wciśniętej między dwa wzgórza. Tu plaża była dużo węższa, na szerokość wiaduktu kolejowego pod którym przeszliśmy i znaleźliśmy się w zabytkowym centrum. Po spacerze wąskimi uliczkami, uroczych placach z kawiarnianymi stolikami, pnącymi się pod górę długimi schodami, czas było wracać do Levanto. Do cypla Mesco doszliśmy tą samą drogą którą przyszliśmy, a dalej już w miarę równą ścieżką, przez długi grzbiet zalesionego wzgórza doszliśmy do przełęczy (ponad 300 m n.p.m.). Po raz ostatni (przynajmniej tego dnia) z góry mogliśmy nacieszyć oczy widokiem na dwie strony wybrzeża z LevantoMonterosso w roli głównej. Dalej już  ścieżka schodziła w dół, lasem, a im bliżej campingu tym było bardziej stromo.(trasa 1d/14 – 4 km.)

Dzień 17 Levanto

Ten dzień był mniej aktywny. Musieliśmy dać odpocząć naszym nogom i łapom Paga, tym bardziej, że wiatr i deszczowe chmury nie zachęcały do dłuższych wycieczek. Był spacer po Levanto i ładnej promenadzie wzdłuż morza, a przede wszystkim zabawa z  psem na plaży. Na dość odludnej żwirowo-piaszczystej plaży, puszczony luzem Pag, mógł dokazywać do woli. Było kopanie dołów, bieganie, tarzanie się w piachu no i rzucanie kija do morza, jednak  przed dużymi falami skapitulował i nie zapuszczał się daleko w morze. (Trafiła nam się taka trochę „czarna owca” wśród labradorów – bo zdarza się, że Pag i bez dużych fal  w wodzie zamacza  tylko łapy…).

Dzień 18 Corniglia-Manarola

Ponieważ z powodu silnego wiatru odwołano wszystkie rejsy statków wycieczkowych, podróż do kolejnego miasteczka Cinque Terre – Cornigli, musieliśmy odbyć pociągiem. Pociągi łączące wszystkie 5 miasteczek kursowały na szczęście dość często. Przed kupnem biletów musieliśmy na dworcu tylko się  upewnić, czy psy też mogą podróżować. Okazało się, że jeśli pies jest w kagańcu i na smyczy – to nie ma przeciwwskazań. Zaopatrzeni w bilety (4,80€+1,80€ pies) wsiedliśmy do zatłoczonego pociągu, niepewni zachowania Paga, bo nigdy wcześniej nie podróżował koleją. Na szczęście okazało się, że nasz pies i pociągiem lubi podróżować, a krótką 15 minutową podróż, grzecznie przeleżał pod naszymi nogami.DSC03458 Po wyjściu z pociągu znaleźliśmy się na najdziwniejszej stacji kolejowej świata: wciśnięta między morze a zbocze góry, z tunelami po bokach. Poza dwoma peronami i budynkiem dworca, nic tu nie było. Żadnego miasta! Okazało się, że Corniglia nie leży bezpośrednio nad morzem i znajduje się na stromym, skalistym klifie. Żeby znaleźć się w miasteczku, musieliśmy wspiąć się po 382 stromych schodach, ponad 100 m w górę. Jest to najmniejsze i najwyżej położone miasteczko, ale i najspokojniejsze z całej „piątki”, co dało się zauważyć idąc główną ulicą miasteczka. Im bliżej centrum tym było bardziej stromo, ale mniej turystycznie. Stąd mieliśmy dojść do Manaroli pięknym szlakiem o długości 7 km (kolejno trasy: 7a-6d-6). Za miasteczkiem, kamienna ścieżką, wiodącą obok przydomowych ogródków potem przez las, wspięliśmy się na wysokość 400 m n.p.m. Za plecami zostawialiśmy przepiękne widoki na Corniglię w dole i na wybrzeże w kierunku Monterosso. Dalej, gdy ścieżka  trochę się obniżyła odsłaniał się bajkowy krajobraz przypominający  trochę ten z południowo-wschodniej Azji. Skąpane w słońcu, stromo opadające do morza zbocza, z tarasowo rosnącymi winoroślami. Malownicza trasa prowadziła między winnicami, wzdłuż kamiennych murków, w miarę równą dróżką (w okolicach 300 m n.p.m.) z widokiem na wzburzone morze w dole. I tak doszliśmy do wioski Volastra z zabytkowym kościołem, skąd dalsza droga prowadziła kamiennymi schodami dość mocno w dół. Im bliżej Manaroli, tym było bardziej stromo, ale widok na skalisty cypel wciśnięty między dwie góry, wynagradzał trud schodzenia w upalnym słońcu bez żadnego cienia. W końcu upragniony cień znaleźliśmy
na dole, między zabudowaniami, a schodząc w dół jedyną ulicą-deptakiem w miasteczku, doszliśmy do morza i skalistego wybrzeża z malutkimi zatoczkami. Ulica „zastawiona” łodziami, tuż obok liczne kawiarnie i restauracje, kolorowe, trzypiętrowe domy, malutki port rybacki z ciekawym wybrzeżem to wszystko tworzyło atmosferę tego niezwykłego miasteczka, zalewanego przez turystów. Niestety, słynna „ścieżka miłości” do Riomaggiore była zamknięta, wiec mieliśmy więcej czasu na poznanie Manaroli i okolic. Po odpoczynku na malutkiej, zacienionej, betonowej plaży przy porcie rybackim, znaleźliśmy bardziej ustronne miejsce bezpośrednio nad morzem. Betonowy chodnik wykuty w skale, doprowadził nas  do niedużej betonowo-skalistej plaży. Ciekawe miejsce, gdzie Pag w cieniu skał odpoczywał, a my podziwialiśmy widok na sąsiednią Corniglię i wybrzeże, przy akompaniamencie fal z impetem rozbijających się o betonowe murki i skały.  Po długim odpoczynku przyszedł czas na powrót do zatłoczonego „centrum”, skąd było już niedaleko do ciekawej stacji kolejowej, która częściowo mieściła się w tunelu. Po kupieniu biletów powrotnych w automacie, pociągiem wróciliśmy do Levanto. Następnego dnia wracaliśmy do Polski.
Włochy to nie ciekawy kraj, a sami Włosi kochają psy, nasz Pag często, czy to na szlaku czy w mieście spotykał się z ich sympatią. Góry w Tyrolu czy nad Gardą, Toskania, to świetne tereny do wybiegania dla czworonogów. Może jedynie zwiedzanie zatłoczonych, dużych miast to dla nich już niekoniecznie przyjemność.

 

 

Niemcy 2014 – Traben-Trarbach

Traben-Trarbach w dolinie Mozeli i w krainie wina 

                                       25I-1II 2014

W styczniu, gdy w Polsce nastały siarczyste mrozy, na tygodniowy urlop wybraliśmy region w zachodnich Niemczech (blisko granicy z Luksemburgiem), znany z uprawy winorośli i produkcji wina – dolinę Mozeli i miasteczko Traben-Trarbach.

20140129150020Byliśmy zainteresowani nie tyle winem co zobaczeniem niesamowitego krajobrazu jaki tworzą meandry Mozeli z tarasowo położonymi na stromych zboczach winnicami. Gdy w Szczecinie rano było -15°C, ruszyliśmy w 9-godzinną podróż i po dojechaniu na miejsce, termometr w aucie pokazywał już 5 C° na plusie. W czasie całego pobytu temperatura wahała się w granicach 5-8 C°, w słońcu oczywiście była wyższa.  W naszym niedużym mieszkaniu w bloku nad Mozelą, czekała na nas niespodzianka w postaci 8 butelek miejscowego wina. Po prostu tak sobie leżały w stojaku, z zapisaną na etykiecie ceną, więc degustacja była obowiązkowa. Cena była atrakcyjna więc jedna butelka została przez nas opróżniona na miejscu, resztę zabraliśmy do Polski. A odliczoną kwotę, zgodnie ze wskazówkami gospodarza – zostawiliśmy w dniu wyjazdu w pokoju. Pełne zaufanie dla klienta.

Dzień 1 Traben-Trarbach

Następnego dnia ruszyliśmy na poznanie Traben-Trarbach i okolic. Spacerując po mieście wąskimi uliczkami, z licznymi restauracjami i winiarniami, w oczy rzucały się stuletnie budynki pamiętające „złote lata” miasta,  kiedy było ono najważniejszym ośrodkiem handlu winem na świecie (zaraz po francuskim Bordeaux). O tej porze roku było tu pusto, inaczej niż latem, kiedy miasto zasypują tłumy turystów i smakoszy wina. Obowiązkowy był spacer ciekawym mostem dzielącym miasto na dwie części (stąd  dwuczłonowa nazwa miasta), zbudowanym zaraz po wojnie z pieniędzy mieszkańców (poprzedni został wysadzony w czasie wojny). Z miasta poszliśmy na górujące nad miastem 300-metrowe, płaskie wzgórze Mount Royal. Tutaj Pag w końcu mógł sobie do woli pobiegać, tu były drzewa a nie było ludzi.  Poza ruinami francuskiego fortu z XVII w.  o tej samej nazwie, znajdowały się tu punkty widokowe na Mozelę i opadające do niej strome stoki winnic.20140126124342_stitch

Do miasta wróciliśmy – robiąc sobie kilkukilometrowy spacer – drogą, wśród jednej z wielu otaczających miasto winnic.

Dzień 2 Bernkastel-Kues

Kolejny dzień, to była wycieczka do sąsiedniego miasteczka nad Mozelą do Bernkastel-Kues. Początek drogi prowadził przez winnice, porastające strome zbocza doliny (nie nad Mozelą) w którą wciśnięte było Trarbach (Traben po drugiej stronie rzeki).

20140127103522Im bardziej oddalaliśmy się od rzeki tym wyżej wchodziliśmy. Dalej już leśnymi drogami, przez niewysokie wzgórza doszliśmy do  Mozeli i kolejnych winnic i jedną z wielu dróg, doszliśmy do miasteczka. Bernkastel-Kues okazało się niedużym miasteczkiem z przepięknym starym miastem i rynkiem, z ciekawymi kamienicami. Nad miastem, na wzgórzu porośniętym winnicami górowały ruiny zamku Landshut z XIII w., tam nas też oczywiście nie mogło zabraknąć. Rozległa panorama na dolinę wynagrodziła nam trudy stromego podejścia. Droga powrotna do Traben wymagała zejścia z powrotem do miasteczka i dalej prowadzeni przez GPS, po zrobieniu 10 km wróciliśmy do naszego miasteczka. Po drodze było dużo błota, w których nasz pies zapominał o zmęczeniu i urządzał sobie kąpiele. On był przeszczęśliwy, my mniej.

Dzień 3 Cochen i zamek Eltz

To godzinna wycieczka samochodem malowniczą drogą do miasteczka Cochen. Jak większość  turystów przyjechaliśmy tu zobaczyć zamek Reichsburg.

20140128104650Wznosząca się na 100-metrowym wzgórzu nad miastem w otoczeniu winnic, twierdza z wieloma wieżami,  już z daleka robiła wrażenie. Zamek  zniszczony w XVII w. (podobnie jak i miasto) w obecnej neogotyckiej postaci został stworzony „od nowa” w XIX w. przez bogatego francuskiego przemysłowca, który zachował  jego oryginalny styl. Ten wielki zamek służył bogaczowi jako letnia rezydencja. Stromą, brukowaną drogą doszliśmy –  przechodząc przez dwie mniejsze – do głównej bramy zamku,  niestety zamkniętej. Na główny dziedziniec nie weszliśmy, ale i tak byliśmy wewnątrz murów i mogliśmy podziwiać piękny widok na Mozelę i miasto poniżej. Z zamku zeszliśmy do miasteczka z ładnym rynkiem i kamienicami z muru pruskiego, najstarsza – liczyła ponad 300 lat. Zabytkowa fontanna na rynku była niewiele młodsza. Potem był spacer śliczną promenadą wzdłuż Mozeli. Na koniec zostawiliśmy sobie wejście na pobliskie wzgórze z punktem widokowym – na który poprowadzono wyciąg krzesełkowy, nieczynny zimą. Droga na wzgórze prowadziła miejscami dość eksponowaną ścieżką, ale widok był wart wysiłku. Wzrok przykuwał przede wszystkim zamek na niższym, sąsiednim wzniesieniu, a potem miasto w dole i dolina Mozeli.

Kolejny zamek znajdował się 45 min jazdy samochodem. Po zostawieniu auta na leśnym parkingu, jedną z dróg w 20 minut doszliśmy do zamku Eltz. 20140128134008

Ten gotycki zamek robi wrażenie nie tylko majestatycznym wyglądem, ale ciekawym położeniem. Znajduje się w kotlinie rzeki (Elzbach) i równocześnie na wysokim wzgórzu. Zbudowana głównie z kamienia twierdza  z wielokondygnacyjnymi skrzydłami, łączy w sobie różne style architektoniczne. Jest to wynik wielu etapów budowy od XII do XVIII w. a dzisiejszy wygląd zamku to efekt gruntownej konserwacji z XIX w. O tej porze roku zamek zamknięty był na cztery spusty, więc zostało nam podziwianie go tylko od zewnątrz. Obeszliśmy go wokół wszystkimi możliwymi  ścieżkami, fotografując z każdej strony. Pagowi otoczenie zamku jak i brak turystów bardzo odpowiadało, bo mógł bez smyczy biegać do woli i popluskać się w rzece. Do auta wróciliśmy inną, dłuższą drogą.

Dzień 4 Enkirch

To wycieczka na druga stronę Mozeli do miasteczka Enkirch. Drogą w lesie weszliśmy na zalesiony grzbiet, biegnący równolegle do rzeki. W najwyższym punkcie wzniesienia na prawie 300 m n.p.m. znajdowała się wioska z której, roztaczała się przepiękna panorama na cały TrabenMount Royal, na zakola Mozeli. Dalej, schodząc coraz niżej w kierunku miasteczka przez winnice jedną z dróg doszliśmy do uroczego Enkirch.

20140129115212Powrót to droga przez las drugą stroną grzbietu, potem przez uprawne pola, gdzie przy silnym wietrze podziwialiśmy płynącą daleko w dole krętą Mozelą. Schodząc do Trarbach, odwiedziliśmy górujące nad miastem na 200 metrowym wzgórzu ruiny średniowiecznego zamku Grevenburg. Jest to świetny punkt widokowy, z którego roztacza się piękna panorama na Traben-Trarbach na dwóch brzegach rzeki i oczywiście winnice. Zejście do Trarbach prowadziło oczywiście drogą – mocno stromą – przez winnice, które ciągnęły się aż do samych zabudowań.

Dzień 5 Trewir

Dzień który spędziliśmy na zwiedzaniu najstarszego w Niemczech miasta Trewir (założone ok. 16 rok p.n.e.). Dzielące nas 55 km pokonaliśmy w godzinę.  Po zostawieniu samochodu na piętrowym parking w galerii handlowej (innego parkingu nie udało nam się znaleźć) w centrum i ruszyliśmy w miasto. Najbliżej mieliśmy do pierwszego z wielu zabytków miasta – wpisanych na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO  romańskiej Katedry Św. Piotra (Dom St. Peter) i stojącego tuż obok Kościoła Najświętszej Marii Panny z XIII w. Byliśmy z psem więc zwiedzaliśmy wnętrza pojedynczo. Pierwsza zaczęłam zwiedzanie i żaden bilet wstępu nie był konieczny. Olbrzymie romańskie wnętrze robiło piorunujące wrażenie, zwiedzających było niewielu więc w ciszy mogłam obejrzeć liczne ołtarze, tron biskupi, płyty nagrobne. Z Katedry wąskim przejściem przeszłam do Kościoła NMP, zbudowanym na planie przypominającym 12-płatkową różę.

Tuż obok kościołów, znajduje się średniowieczny Rynek  Główny z przepięknie odrestaurowanymi kamienicami – tu było bardziej tłoczno. Najstarsze zabytki czyli pozostałości z czasów rzymskich zostawiliśmy na koniec. Wszystkie są również wpisane na listę UNESCO. Poza Rzymem nie ma chyba innego miejsca, gdzie rzymskie budowle są tak dobrze zachowane, do tego zwiedzanie od zewnątrz nic nie kosztuje! Najważniejszym zabytkiem miasta jest – Porta Nigra -„Czarna brama„, brama miejska z II w n.e.  Wciśnięta jest nieszczęśliwie między ruchliwe ulice w centrum miasta, przez co jej urok nieco traci.

20140130134942Trudne jest zrobienie jej ładnego zdjęcia, bez ludzi i samochodów. Dalsze kroki skierowaliśmy do Bazyliki Konstantyna. Zbudowana w III w. n.e. jako sala tronowa, przez cesarza Konstantyna Wielkiego, który Trewir wybrał na swoją siedzibę (przełom III/IV w n.e.). Obecnie budynek służy jako kościół ewangelicki. Zbudowana na planie prostokąta, ta wielka, prosta bryła jest największą, zachowaną do dziś salą rzymską: długą na 67 m, szeroką na 27 m, i wysoką na 33 m. I do dziś robi wrażenie swym ogromem. Obok stoi dużo młodszy bo z XVII w. elegancki Pałac Elektorski z dużym ogrodem. Dalej był park, gdzie Pag mógł załatwić swoje potrzeby (oczywiście co trzeba sprzątnęliśmy) i pobiegać z innymi psami. Za parkiem przy kolejnej ulicy, znajdowały się Termy Cesarskie  z IV w. zbudowane dla Konstantyna. Do dziś zachowała się tylko ich część i trudno mi było uwierzyć, że ten super nowoczesny – jak na tamte czasy – kompleks łaźni, z całym systemem kanalizacji i ogrzewania nigdy nie były używany! Po tym, pozostał nam już powrót do samochodu i do Traben. Zrobiliśmy sporo kilometrów, ale wszędzie doszliśmy na nogach, bez korzystania z komunikacji miejskiej, ani samochodu. Ciekawe, że jedyne pieniądze jakie wydaliśmy tego dnia to była opłata za parking, wszystkie zabytki obejrzeliśmy za darmo!

Dzień 6 Wolf i okolice Mozeli

W ten najbardziej słoneczny dzień, znowu spacerowaliśmy po winnicach, tym razem na północ od Traben. Drogą wzdłuż Mozeli doszliśmy do pierwszego mostu, którym przeprawiliśmy się na drugi brzeg rzeki, do miasteczka Wolf.  Dalej za nim, był spacer winnicami  na 200-metrowe wzgórze z ruinami średniowiecznego kościoła klasztornego Wolfer.

20140131133116Był to równocześnie punkt widokowy, na zakole Mozeli i miasto po jej drugiej stronie Kröv. Po wczorajszej „miejskiej” wycieczce Pagowi najwyraźniej brakowało wybiegania na łonie natury, bo biegał bez opamiętania. Dalej był spacer tarasowymi winnicami skąpanymi w słońcu i tak upłynął nam ostatni dzień nad Mozelą. Do Traben wróciliśmy dołem, drogą i ścieżką rowerową wzdłuż rzeki.

Dolina Mozeli to ciekawe miejsce z malowniczymi krajobrazami, romantycznymi miasteczkami oraz zamkami i ruinami. Doskonałe miejsce gdzie, my – właściciele psów możemy napić się dobrego, wytrawnego wina, podczas gdy nasze psy mogą wybiegać się do woli (bez smyczy), po mniej lub bardziej stromych zboczach winnic. Nawet weekendowy wyjazd (ze względu na psa najlepiej poza sezonem) może być ciekawą przygodą.

Czego tylko dusza zapragnie – Chorwacja 2013

Czego tylko dusza zapragnie – Chorwacja  28.IV-16V 2013

Wakacje 2013, postanowiliśmy spędzić w pięknej Chorwacji. Wróciliśmy tu po 2 latach, oczarowani już wtedy krajem, tym razem na dłużej, a jednym z celów było odwiedzenie wyspy Pag. Pierwszy tydzień mieliśmy spędzić na północy kraju – na półwyspie Istria, żeby potem przemieścić się bardziej na południe do Dalmacji Środkowej, a dokładnie na Riwierę Makarską. Ostatnie dni zamierzaliśmy spędzić w Dalmacji Północnej niedaleko Zadaru. Przez Niemcy, Austrię i Słowenię dojechaliśmy do Lovranu. To miasteczko na wschodzie półwyspu, stało się naszą bazą wypadową. Ciekawie położone nad morzem i równocześnie na zboczu dużego pasma górskiego – Učka. Mając przed sobą przepiękną panoramę na morze z ogrodu, który otaczał dom w którym mieszkaliśmy, poranne picie kawy było prawdziwą ucztą dla oka i duszy.

Dzień 1 Lovrańska Draga ISTRIA

Idąc wzdłuż kamienistej plaży i kawałek wzdłuż ulicy, doszliśmy do nadmorskiego miasteczka Medveji. Dalej przez camping, wspinając się w górę zalesionej doliny, momentami nieco eksponowaną ścieżką, trafiliśmy do przepięknie położonego miasteczka Lovrańska Draga. 20130429131948Położone ponad 300 m n.p.m. na zboczu góry, z tarasowymi poletkami i panoramą na morze, miasteczko zrobiło na nas duże wrażenie. Po obejrzeniu miasteczka, 5 min spaceru za nim, znaleźliśmy ładny wodospad, w  którym Pag się ochłodził. Droga powrotna do Lovranu, prowadziła asfaltową drogą, której kulminacyjnym momentem, była przepiękna panorama z tarasu widokowego hotelu „Draga di Lovrana” (stał przy samej drodze). Potem już oznaczonym szlakiem doszliśmy do naszej kwatery. Długość wycieczki  – 15 km.

Dzień 2 Motovun – Porec – Pazin

Jeden z dni upłynął nam na zwiedzaniu zabytkowych miast. Najpierw dotarliśmy do położonego w głębi Istrii niedużego miasteczka Motovun, położonego na 300 – metrowym wzgórzu. Spędziliśmy tu mile czas spacerując po starym mieście i średniowiecznych, murach obronnych otaczających stare miasto.20130430111526murów roztaczały się ładne widoki na pobliskie wzgórza z winnicami i polami. Mieliśmy to szczęście, że byliśmy tu sami i w ciszy i spokoju mogliśmy delektować się chwilą. Stąd pojechaliśmy do oddalonego o 30 km miasta Poreć, leżącego na zachodnim wybrzeżu Istrii. Tu spacerując wąskimi uliczkami ładnej starówki, musieliśmy przedzierać się przez setki turystów. My podobnie jak i oni, przyjechaliśmy obejrzeć perłę miasta – wczesnochrześcijańską Bazylikę Eufrazjusza.20130430140218 Wejście do schowanej za wysokim murem bazyliki, prowadziło przez sąsiedni pałac biskupi, do którego wchodziło się przez bramę prosto z ulicy. Zwiedzaliśmy osobno, bo jedno z nas musiało zostać z Pagiem na zewnątrz. Bilet kosztował 30 kun – 16 zł., i sprzedawano go tylko osobom w odpowiednim stroju (strój nie mógł za dużo odkrywać). Sama bazylika może piorunującego wrażenia nie zrobiła, ale na pewno warte obejrzenia były oryginalne złote mozaiki. W drodze powrotnej do Lovranu zajechaliśmy do miasteczka Pazin, żeby obejrzeć ogromną, zarośniętą lasem, dziurę w ziemi. Na wysokim klifie znajdował się 20130430155918średniowieczny zamek, spod którego z góry podziwialiśmy leżące 100 metrów niżej to osobliwe cudo natury. Potem przyszedł czas na zejście do tych zielonych czeluści. Szlak poprowadził nas stromymi schodami na dno jamy,  z czystym strumieniem, a dalej – ścieżką po drugiej stronie ściany – wyszliśmy na „powierzchnię” i przez most wiszący nad jarem, wróciliśmy do samochodu. Całość zajęła nam ok 1,5 godz.

Dzień 3 Vojak 1401 m n.p.m.

1 maja postanowiliśmy zdobyć najwyższy na Istrii szczyt Vojak liczący 1396 m n.p.m. Łagodny początkowo szlak prowadził przez bukowy las, ale im bliżej byliśmy szczytu, tym było bardziej stromo. Ostatnie metry to była wspinaczka po dość stromym grzbiecie w pełnym słońcu. 20130501112256W końcu po 3,5 godzinach wchodzenia zdobyliśmy szczyt, oszpecony zainstalowanym masztem telewizyjnym i radarami wojskowymi. Za to panorama ze szczytu pomimo lekkiej mgły była niesamowita. Widzieliśmy górzystą Istrię, morze z wyspami po horyzont, a na północy największy chorwacki port – Rijekę. Upał tego dnia nie zniechęcił turystów do górskich wycieczek, wręcz przeciwnie. Po ilości ludzi na Vojaku, można było sądzić, że większość Chorwatów z Istrii  tu świętowała wolny dzień 1 maja.  Powrót był już innym, łatwiejszym szlakiem, prowadził lasem i nie przysporzył nam większych problemów. W cieniu drzew Pag sobie w końcu pobiegać bez smyczy.

Dzień 4 Icici

W tym deszczowo-burzowym dniu był tylko spacer w tę i z powrotem, promenadą nadmorską do sąsiedniej Icici (2x5km).

Dzień 5 Pula

Po pokonaniu prawie 90 km autem dotarliśmy do Puli, miasta na południowym krańcu Istrii. Przyjechaliśmy tu zobaczyć największy w Chorwacji rzymski amfiteatr z I w. n.e.20130503105736 Znajdujący się w centrum miasta i blisko morza, kolos zrobił spore wrażenie i pozytywnie nas zaskoczył. Do jego środka wpuszczono nas z Pagiem i to bez żadnej dodatkowej opłaty (bilet 30 kun – 25 zł). W cenie biletu, mieliśmy również zwiedzanie ciekawych podziemi z bogatymi eksponatami i zdjęciami. Spacerując po centrum miasta co jakiś czas natrafialiśmy na antyczne zabytki takie jak Łuk Sergiusza, czy Brama Herkulesa czy Świątynia Augusta. 20130503162324I to wszystko było na wyciągniecie ręki i aparatu fotograficznego. Po 4 godzinach zwiedzania trzeba było wracać do Lovranu, a po drodze zajechaliśmy jeszcze nad fiord – Plomin Luka. Przyjemnie było pospacerować wzdłuż wąskiej, długiej zatoczki, otoczonej górami, tym bardziej, że nie było tu ludzi!  Pag w końcu mógł popływać i pobiegać.

Dzień 6 Okolice Lovranu

W ostatni nasz dzień na Istrii, zrobiliśmy sobie20130504110156 wycieczkę po pobliskich, wzgórzach, miejscowymi szlakami. Było wejście na bezimienny „szczyt” skąd w ciszy i bez ludzi mogliśmy nacieszyć oczy ładną panoramą na morze, Lovran i wyspy. Wieczorem przemili gospodarze zaserwowali nam pyszne naleśniki, przy okazji ostrzegając przed wężami w Dalmacji.

Dzień 7 Drašnice – Riviera Makarska DALMACJA ŚRODKOWA

Po 6 godzinach podróży, dotarliśmy do Dalmacji Środkowej, a dokładniej na Makarską Rivierę. Najciekawsze było ostatnie 60 km, kiedy to z jednej strony drogi mieliśmy Morze Adriatyckie, a  po drugiej ogromną ścianę wapiennych gór Biokovo. Są one częścią Gór Dynarskich i jednocześnie najwyższym masywem w Dalmacji. Zaciszna wioska rybacka Drašnice, przez 10 dni miała być naszym domem. Nasze mieszkanko mieściło się 5 min od morza, a z balkonu roztaczał się śliczny widok na morze i zatoczkę. Mili gospodarze, zwyczajem chorwackim na przywitanie uraczyli nas pysznym, swojej roboty likierem wiśniowym. Później, parę razy zaserwowali nam miejscowe dania. Wieczorem Pag zaczął wyraźnie kuleć. Napotkani na spacerze ludzie na widok utykającego Paga, dali nam wizytówkę do weterynarza w Makarskiej. I jak tu nie lubić Chorwatów!?

Dzień 8 Makarska

Najważniejsza tego dnia, była wizyta u weterynarza w Makarskiej. GPS doprowadził nas pod sam budynek lecznicy. W poczekalni musieliśmy chwilę poczekać, zanim przyjęła nas  pani weterynarz. Po przekroczeniu progu jej gabinetu, poznaliśmy znaczenie „bałkańskiego luzu”. Porządku panującego na biurku jak i w całym gabinecie, nie powstydziłby się największy nastoletni  bałaganiarz. Do tego pani weterynarz była namiętną palaczką, nierozstającą się z papierosem, oswojoną nie tylko ze zwierzętami, ale także z chmurą  papierosowego dymu w gabinecie.  Ale to były tylko nic nie znaczące drobiazgi, bo okazała się świetnym fachowcem i niezłym angielskim oznajmiła nam, że nasz pies nabawił się zapalenia poduszek w łapkach.  Zalecony olejek i witaminy (może nie do końca niezbędne) po paru dniach wyleczyły łapy Paga. Całość kosztowała nas 50 €. 20130506113038 Pag przez najbliższe dni musiał odpoczywać i zadowolić się krótkimi spacerami. Więc nam zostawało zwiedzanie w pojedynkę, bo ktoś z nas musiał zostać w domu z Pagiem. Z lecznicy, udaliśmy się na ładny nadmorski bulwar z pięknymi palmami i stromymi górami w tle. Gdy jedno z nas siedziało z Pagiem na ławce, drugie spacerowało. Ten nadmorski, zatłoczony kurort z tych „który nigdy nie zasypia” nie przypadł nam szczególnie do gustu (nie przepadamy za klimatem kurortów)  także po spacerze promenadą wróciliśmy do Drašnic. Po powrocie do domu, zrobiliśmy sobie wycieczkę biegową (każdy z nas osobno) – do oddalonej o 5 km, pustawej jeszcze miejscowości Igrane.

Dzień 9-10 Przełęcz Sveti Ilija 961 m n.p.m.

Po burzowej nocy, Krzysiek wyruszył zdobyć przepięknie położoną Przełęcz Sveti Ilijagórach Biokovo. Zrobił to w niezłym czasie 5 godzin, robiąc 27 km, zaczynając z poziomu morza, pokonał prawie kilometr w pionie. Po powrocie Krzyśka, zrobiłam sobie wieczorny spacer szutrową, ciekawą drogą w kierunku Podgory. Z jednej strony miałam widok na morze, a z drugiej widok na domy-widma. Bardziej lub mniej zdewastowane domy, w  większości niezamieszkałe, z zarośniętymi ogrodami, robiły dość ponure wrażenie. Wyczytałam gdzieś, że w obawie przed trzęsieniem ziemi, większość ludzi opuściła te domy i przeniosła się na bezpieczniejsze tereny bliżej morza. Następnego dnia zostałam podwieziona przez Krzyśka pod kościół do Podgory Selo (miałam o jakieś 200 m w pionie mniej do przejścia) i wyruszyłam na Przełęcz Sveti Ilija, trzymając się szlaku i zabezpieczając się turystyczną nawigacją. Czekało mnie prawie 800 m przewyższeń, a większość trasy pokrywała się z malowniczą, asfaltową serpentyną „Biokovo Road” prowadzącą na przełęcz i dalej na najwyższy w Dalmacji szczyt Sveti Jura. Ruch na drodze był niewielki, a wraz ze zdobywaną wysokością odsłaniała się rozleglejsza panorama na morze i wyspy w dole. Na przełęczy przywitało mnie stado pasących się – obok kamiennych, niskich  budynków – koni i osłów. Ale to nie one, przykuły moją uwagę, ale niesamowity widok roztaczający się z przełęczy z wysokości  961 m n.p.m.: mieniące się w słońcu morze z  wyspami aż po horyzont, a wcześniej wybrzeże z miasteczkami i zatoczkami. Wspaniała panorama rekompensowała trudną momentami wspinaczkę. Dalej za przełęczą, widoki były mniej spektakularne, ale na tyle ciekawe żeby iść dalej. Surowy płaskowyż otoczony górami, w zielono (od drzew) – białych (od kamieni) barwach też robił wrażenie. Trudno było mi uwierzyć, że w tak pięknym miejscu byłam jedyną turystką, w ciągu godziny minął mnie może jeden samochód. Trzymałam się  generalnie asfaltowej, wąskiej drogi prowadzącej na Sveti Jura, nie schodząc z niej, pamiętając ostrzeżenia gospodarza z Lovranu, że na kamieniach „grasują” żmije. Na szczęście, nic ani nikt nie zakłócił mojego obcowania z pięknym krajobrazem, ale do czasu … Gdy od strony gór zaczęły nadciągać groźne burzowo-deszczowe chmury, przyszedł czas odwrotu.  Do  Podgory wracałam tym samym szlakiem, którym doszłam do przełęczy. Dalej do Drašnic dotarłam na nogach, które dość mocno odczuwały pokonane 22 km (tą samą drogą co wczoraj wieczorem spacerowałam).

Dzień 11 Podgora

Samochodem w 5 minut dojechaliśmy do kameralnego, przygotowującego się do sezonu, nadmorskiego miasteczka Podgory. Był długi spacer, ładną, nadmorską promenadą, a potem długą, żwirową plażą. Nawet Pag pokusił się o wejście do wody, ale na pływanie nie miał ochoty … . Na koniec spaceru, zrobiliśmy sobie przerwę na kawę w portowej kawiarence, po czym wróciliśmy do Drašnic.

Dzień 12 Hvar

Z oddalonego o 16 km od Drasnic –  Drvenika, w 35 min promem dopłynęliśmy na „królową dalmatyńskich wysp” Hvar (bilet 13 Kun, pies gratis). Po obejrzeniu sennego, portowego miasteczka Sućuraj z przepięknymi palmami i kamiennymi domami, ruszyliśmy na spacer po wschodnim cyplu wyspy. Potem było już leniuchowanie na skalistej, delikatnie opadającej do morza plaży. Parę metrów od brzegu zaczynała się „zielona strefa” gdzie pod pojedynczymi drzewkami, można było schronić się przed słońcem. Mieliśmy tu spokój, ciszę i piękny widok na wybrzeże z górami Biokovo po drugiej stronie morza. Czysta, seledynowa woda i upał, zachęcały do pływania w morzu, my jednak ograniczyliśmy się do moczenia nóg i łap. Gdy na dnie morza wypatrzyliśmy jeżowce i dziwne stworzonka (podobne do fig), a do tego doszedł nagły spadek dna, przeszła nam już ochota na kąpiel. Zanim wsiedliśmy na powrotny prom, w portowej, przytulnej restauracyjce zjedliśmy owoce morza. Ja zamówiłam risotto z krewetkami, a Krzysiek sałatkę z ośmiornicy. Pag musiał zadowolić się miską z wodą. Potrawy były świeże i smaczne, ale ja fanką krewetek, nawet tych najbardziej królewskich, raczej nie zostanę, może gdyby inaczej wglądały … .  A ośmiornica Krzyśką byłaby idealna, gdyby było w niej więcej warzyw. Do domu  wróciliśmy padnięci, w czym zasługa,  nie tyle wyczerpującego spaceru, co upału.

Dzień 13 Omiš

Godzina jazdy samochodem, dzieliła nas od miasta Omiš, wyjątkowo pięknie położonego. Wciśnięty jest on między skalisty klif a morze, równocześnie położony jest u ujścia rzeki Cetiny, która tworzy charakterystyczny wyłom w tym murze ze skał. Dla obejrzenia tego cuda natury z góry, wspięliśmy  się  na pobliski 250 – metrowy szczyt. 45 min, dość stromym szlakiem weszliśmy na górę z ładną panoramą. Na szczycie znajdowały się ruiny weneckiej twierdzy Starigrad (Fortica), z ciekawą historią. Zbudowana w XV w. trudno dostępna twierdza,  najpierw była gniazdem piratów, a w  XVI w.  służyła za schronienie mieszkańcom miasta w czasie najazdów tureckich. Ruiny twierdzy są dobrze zachowane.  W odrestaurowanych wieżach i fragmentach murów, wmontowano platformy widokowe, skąd roztaczała się piękna panorama. Nawet Pagowi się podobała. Po zejściu ze szczytu, mijając po drodze olbrzymie agawy, pospacerowaliśmy wąziutkimi uliczka między piętrowymi kamienicami ciekawie wkomponowanymi w skałę.  W przytulnej kawiarence na niedużej starówce, była obowiązkowa kawa i woda dla Paga. A na koniec był spacer wzdłuż kanału do morza.                                                             Wieczorem gospodarze, zaserwowali nam rybę z warzywami, która nie tylko pięknie wyglądała ale i wybornie smakowała.

Dzień 14 Gornje Tučepi – Podgora

Przyszedł – w końcu  – czas na pierwszą, wspólną wycieczkę w góry. Łapy Paga wyzdrowiały, pogoda dopisywała, więc czas było ruszyć. Żeby zaoszczędzić długiego podchodzenia z poziomu morza, podjechaliśmy samochodem w okolice górskiej wioski Gornje Tučepi, na

wysokość 250 m n.p.m. Auto zostało na przydrożnym parkingu i zaczęliśmy 8-kilometrową  wycieczkę. Dość szybko znaleźliśmy szlak  i nim doszliśmy na wysokość ponad 800 m n.p.m. Wyżej, już nie udało nam się wspiąć, zrobiło się niebezpiecznie stromo i doszły usypujące spod nóg kamienie. Dlatego zaczęliśmy schodzenie w dół, tym bardziej, że nadciągały burzowe chmury. Ścieżka momentami była dość stroma i eksponowana, ale rozległa panorama na góry, wybrzeże i  morze przepiękna. Ostatnie kilometry do samochodu szliśmy już ścieżką rowerową, po drodze przechodząc przez osadę Podpeč. Po długim wietrzeniu samochodu, bo był maksymalnie nagrzany od stania na słońcu, wsiedliśmy i zjechaliśmy do Podgory. Tutaj zrobiliśmy sobie ucztę, zajadając się pyszną pizzą w jednej z licznych restauracji przy morzu. Miły kelner zadbał też o Paga, przynosząc mu miskę z wodą. Na „deser” zostaliśmy uraczeni kieliszkiem miejscowego napoju wyskokowego: ja pysznym likierem, a Krzysiek – kierowca wódką. (która z oczywistych powodów została w kieliszku, dla mnie miała za dużo procentów).

Dzień 15 Sveti Jure 1762 m n.p.m.

No i przyszedł dzień, w którym mieliśmy się zmierzyć z najwyższym dalmackim szczytem, liczącym 1762 m n.p.m. Sveti Jure. Znajduje się on w Parku Natury Biokovo   www.biokovo.com i prowadzi na niego wiele szlaków, głównie od strony wybrzeża. Są one jednak nie tylko długie, ale również trudne. (Wejście szlakiem od Makarskiej zajmuje minimum 11 godz.) Na szczyt można też wjechać płatną drogą Biokovo Road(osoba 22 zł, auto ok. 44 zł), 18-kilometrową, krętą i wąską drogą, wijącą się nad urwiskiem i będącą wyzwaniem nawet dla doświadczonego kierowcy. Jednak my jesteśmy z tych co lubią się trochę namęczyć, napocić i wchodzić na własnych nogach na szczyty, a po drodze nacieszyć oczy niezapomnianymi widokami, więc wybraliśmy wariant pieszy. A dokładnie krótszy 4 godzinny, łatwiejszy (byliśmy z psem) szlak, który wymagał objechania masywu Biokovo od tyłu, bo zamierzaliśmy szczyt zdobyć od strony wschodniej. Po emocjonującej, godzinnej podróży, bardzo krętą drogą (droga nr 512) przez miejscowość Kozica,  wjechaliśmy do wielkiej doliny, po lewej roztaczał się masyw Biokovo, a po prawej pasmo górskie. 2 km za wioską Milici (za tunelem Turija), przy asfaltowej drodze (nr 62) na poboczu zostawiliśmy samochód. Musieliśmy parę metrów cofnąć się do miejsca, gdzie przy drodze zaczynał się szlak na Sveti Jura, którego początku nie sposób było nie  zauważyć. Zaczynaliśmy z poziomu 700 m n.p.m. przed nami było 1000 m przewyższeń, pogoda była idealna, bez słońca ze znośną temperaturą. Pierwsze 2 godziny to było stopniowe zdobywanie wysokości, wyraźna, kamienista ścieżka prowadziła obok karłowatych drzewek, a gdzieniegdzie odsłaniały się wapienne skały. Im wyżej,  tym było stromiej i mniej zielono, a krajobraz stawał się bardziej surowy z wyraźną przewagą wapiennych, szaro-białych kamieni.  Na jednym z  wapiennych szczytów,  wypatrzyliśmy nawet kozice. Gdy wyłonił się szczyt z charakterystycznym nadajnikiem telewizyjnym, łatwiej nam się szło, bo cel mieliśmy na wyciągnięcie ręki. A tuż pod szczytem pojawił się śnieg, co bardzo uszczęśliwiło naszego Paga, do tej pory zastanawiamy się czy te spontaniczne oznaki radości, wywołał śnieg czy świadomość ze zdobycia szczytu … Sam wierzchołek nie zachwyca. Znajduje się tu ogrodzona stacja nadawcza, która zastąpiła miejsce, przeniesionego nieco niżej, maleńkiego kościółka Św. Jerzego (Sveti Jura) od którego wzięła się nazwa szczytu. Budynek jest tu prawdopodobnie od 1646 r. i od niego wzięła się nazwa szczytu. Szczyt okrąża ścieżka z której podziwialiśmy niesamowitą panoramę na wszystkie strony świata. Na zachodzie: Makarską Rivierę i wyspy Środkowej Dalmacji (w bezchmurne dni można nawet wypatrzeć szczyty włoskich Apeninów), a na wschodzie: dolinę, którą przyjechaliśmy a dalej równinę sąsiedniej Bośni i Hercegowiny. Nie byliśmy jedynymi turystami na szczycie, ale jedynymi, którzy nie wjechali autem. Po długiej sesji zdjęciowej i napełnieniu brzuchów słodkimi kaloriami, ruszyliśmy tym samym szlakiem na dół. Powrót zajął nam ok. 3 godz. Niezapomniany dzień, a panorama z Sveti Jure jest jedną z najpiękniejszych jakie  dane było nam oglądać w Chorwacji.

Dzień 16 Split i Novigrad DALMACJA PÓŁNOCNA

Przyszedł czas na pożegnanie DrašnicŚrodkowej Dalmacji i udanie się na północ. Po drodze po 1,5 godz. jazdy, odwiedziliśmy drugie co do wielkości miasto chorwackie  Split. Zwiedzanie zaczęliśmy od spaceru nadmorską promenadą z pięknymi palmami, kawiarnianymi ogródkami oraz setkami turystów. Wśród nich były dziesiątki naszych rodaków wylewających się z autokarów. Obok niemieckiego to chyba język polski najczęściej słyszałam w pałacu. Miło było usłyszeć jak kelnerzy znają kilka polskich zwrotów. Ale Split to przede wszystkim Pałac Dioklecjana, czyli stare miasto, znajdujące się w jego obrębie. Zbudowany na przełomie III i IV w. n.e. Pałac przez pierwsze lata rządów cesarza Dioklecjana, pełnił rolę jego letniej rezydencji, a gdy cesarz  w 305 r. abdykował, to wtedy w pałacu zamieszkał już na stałe. Ten wielki, czworokątny, liczący 30 000 m² pałac, dziś tylko fragmentami, przypomina tamten  dawny kolos. Przez dziesiątki lat, opuszczony,  był stopniowo zagarniany przez miejscową ludność, która wykorzystywała  fragmenty pałacu do budowania własnych domów. Dziś wewnątrz murów, znajduje się prawie 200 domów i to wciąż zamieszkałych. Oryginalne fragmenty dawnego pałacu są porozrzucane po całym starym mieście i musieliśmy trochę się nachodzić, żeby do nich dotrzeć. Często są one wkomponowane w nowszą architekturę i stanowią malowniczą mieszankę stylów. Spacer po starym mieście z antycznymi  pozostałościami, obok romańskiej dzwonnicy czy dawnego mauzoleum cesarza Dioklecjana (dziś Katedra Św. Dujama ) był ciekawą lekcją historii. Kawa wypita na dziedzińcu, po którym mógł spacerować sam Dioklecjan, niedaleko starożytnego sfinksa przywiezionego dla niego z Egiptu, warta była każdych pieniędzy! Przy tym trzeba dodać, że zwiedzanie tego muzeum pod gołym niebem, nic nie kosztuje. Pagowi Split niekoniecznie przypadł do gustu, bo w obrębie pałacu, musiał wbrew swojej woli powstrzymywać się przed oznaczaniem terenu. Dlatego z radością dał się wyprowadzić do miejskiego parku, gdzie było dużo zieleni i drzew.

Ale przyszedł czas na pożegnanie zatłoczonego miasta, żeby ruszyć w dalszą podróż (160 km) do  miasteczka Novigrad Północnej Dalmacji  (30 km na wschód od Zadaru). Novigrad okazał się spokojnym, nadmorskim miasteczkiem niesamowicie położonym i to nie nad Morzem Adriatyckim! Leży on wzdłuż zatoki, południowego wybrzeża Morza  Novigradskiego, połączonego z Morzem Adriatyckim dwukilometrowym kanałem. Na końcu miasteczka znajdował się nasz hotelik  Novum, z betonową plażą i pięknym widokiem na przybrzeżne góry Velebit. Po zameldowaniu w pokoju, ruszyliśmy na rekonesans Novigradu. W miasteczku byliśmy nielicznymi turystami. Znaleźliśmy tu upragniony spokój i ciszę, wędrując główną ulicą, równoległą do nabrzeża, mając po jednej stronie łodzie rybackie i piętrowe domy po drugiej. A dla jeszcze ładniejszych widoków, wspięliśmy się do górujących nad miasteczkiem ruin weneckiej twierdzy, skąd  z góry mogliśmy napatrzeć się na cały Novigrad, a Pag pierwszy raz tego dnia został spuszczony ze smyczy.

Dzień 17 Pag – Sveti  Vid 349 m n.p.m.

Jednym z powodów dla których zatrzymaliśmy się w tej części Dalmacji, była księżycowa, niesamowita wyspa Pag. Byliśmy na niej wcześniej, ale teraz chcieliśmy odwiedzić Pag z Pagiem i wejść na najwyższe wzniesienie na wyspie czyli na Sveti Vid na wysokość 349 m n.p.m. Po pokonaniu autem 70 km malowniczą drogą (droga nr. 106), 3 km za miasteczkiem Šimuni,  gdy droga skręcała mocno w lewo, zatrzymaliśmy się przy niewielkim przydrożnym parkingu. Tu zaczynał się nasz szlak, o czym informował kamień-drogowskaz i ruszyliśmy na przygodę ze Sveti Videm. Początek szlaku to była gruntowa, płaska droga, na której spotkaliśmy wielkiego żółwia. Po przejściu przez furtkę, zaczynała się druga, trudniejsza część szlaku, a dokładnie ścieżka wiodąca przez białe pustkowie z ostrymi kamieniami, kępami kolczastych zarośli oraz pasącymi się owcami. Właśnie od owiec pochodzi ser o charakterystycznym lekko słonawym smaku, z którego słynie Pag. Za ten słony ser, słono zapłaciliśmy, kupując go wracając do Novigradu w jednym z reklamujących się domów przy drodze. Wieczorem, popijając miejscowym winem przekonaliśmy się, że wart był tej ceny. Po ponad godzinie wspięliśmy się na szczyt i schroniliśmy się w cieniu ruin małego kościółka Sveti Vid. Widoki Paga jakoś nie urzekły, bo znalazł sobie wygodne zacienione gniazdko i zapadł w krótką drzemkę. Panorama na wyspy, morze, wybrzeże z górami była niesamowita. Byliśmy sami, nigdzie nam się nie spieszyło, więc spędziliśmy tu trochę czasu. Drogę ze szczytu pokonaliśmy osobno, ja z Pagiem zeszliśmy krótszą (3 km) drogą, a Krzysiek wrócił do auta tym samym szlakiem, którym przyszliśmy. Mój szlak początkowo kamienisty, potem już wygodny bo prowadził szeroką, gruntową, a potem betonową drogą, która dochodziła do drogi nr. 106 , niedaleko miasteczka Šimuni. Stąd zabrał nas Krzysiek, który podjechał po nas samochodem. Pag  ze swoim księżycowym, surowym krajobrazem znowu nas urzekł i dla nas jest to wciąż najpiękniejsza chorwacka wyspa, wolna jeszcze od masowej turystyki. (Turyści wolą bardziej zielone wyspy). I to był ostatni dzień, który upłynął nam na zwiedzaniu ciekawych, zakątków Chorwacji, czas było wracać do kraju.

 

 

 

 

Bawarskie lato 2012

  „Bawarskie lato 2012” 10-23 VIII 2012

Tegoroczne wakacje, wypadły nam wyjątkowo latem, dokładnie w sierpniu i były to nasze  pierwsze tak wakacje z naszym 8-miesięcznym labradorem. Był to już drugi wyjazd Paga w góry, ale do Austrii pojechał jako półroczny szczeniak i nasze wycieczki nie były wtedy za długie, generalnie w górach mu się podobało i liczyliśmy że teraz będzie podobnie. Tym razem mieliśmy zamiar odwiedzić niemiecką Bawarię i pochodzić po Alpach Bawarskich. Wiele czynności miał robić pierwszy raz w życiu, np. spać pod namiotem, płynąć rowerem wodnym, ale po kolei … . 10 sierpnia dotarliśmy do miasteczka Osterreinen nad Jeziorem Forggen (Forggensee) i na 4 noce zatrzymaliśmy się na Campingu  Magdalena. Ogromny camping, leżący między jeziorem a polami, prowadzony przez miłego Czecha, był zapełniony w sezonie, z ładnym widokiem na góry i jezioro. Otoczony j polami

 Dzień 1 Neuschwanstein

Pierwszego dnia pojechaliśmy do miejscowości Füssen (20 km), żeby obejrzeć jedną z najbardziej znanych atrakcji turystycznych Niemiec, – zamek Neuschwanstein. Znany z czołówek bajek Walta Disneya neogotycki zamek, jest odwiedzany przez miliony turystów z całego świata. Co widać było po ilości i tablicach rejestracyjnych samochodów i autokarów, stojących na wielkich  parkingach u jego podnóża. Z tych parkingów można było dojść do drugiego, mniejszego zamku Hohenschwangau. Sam zamek zbudowany jest na wysokiej, stromej skale, otoczony lasem i żeby do niego dojść z parkingu, musieliśmy pokonać asfaltową drogę, zajęło nam to niewiele ponad 30 min. Doszliśmy tylko do dziedzińca, bo do dalszego zwiedzania konieczny był bilet i przewodnik. (Kolejka do kasy to minimum 2 godz., ale można je zarezerwować przez internet http://www.hohenschwangau.de. Śnieżnobiały zamek wybudowany w 2 połowie XIX w. przez króla Ludwika II Bawarskiego, stylizowany na średniowieczną warownię, ze strzelistymi wieżami, zwodzonymi mostami, oczywiście robił na nas wrażenie. Ale bez żalu opuściliśmy oblegany przez turystów zamek, żeby obejrzeć go w całej krasie z innej, wyższej perspektywy. Jednym  z takich miejsc (jeśli nie najlepszym) jest, znajdujący się ok. 30 min za zamkiem,  stalowy most Marienbrücke. Ludzi było mniej, a panorama na zamek niesamowita. Już samo przejście przez most, wiszący  90 m na rzeką, na drugi brzegi wąwozu Pöllat, wymagało trochę odwagi, zwłaszcza gdy ma się lęk wysokości. I Paga musieliśmy odpowiednio zmotywować, żeby najpierw na most wszedł a potem przeszedł na jego drugą stronę. Wystarczyło, że stanęłam z dużym smakołykiem na końcu mostu, a Pag z Krzyskiem ruszył za mną. Na koniec został nagrodzony gromkimi brawami, bo zauważono jego bohaterski sprint, bo chyba nikt w takim tempie nie pokonał tego mostu… . Większość turystów tu zawracała, co oznaczało – w końcu – puste ścieżki, a my trzymając się szlaku, zaczęliśmy wspinać się na pobliski szczyt Tegellberg,   dotarliśmy tylko na 1200 m, (wierzchołek – 1720 m n.p.m.) nie chcieliśmy za bardzo męczyć Paga, a najważniejszy cel osiągnęliśmy, bo uwieczniliśmy „bajkowy zamek” robiąc zdjęcia z  różnej wysokości. Jak na pierwszy aktywny dzień, zrobiliśmy umiarkowany spacer – 10 km.

Dzień 2 Forggensee

Ten dzień był, dniem „odpoczynku”. Pag musiał odpocząć po wczorajszej wycieczce po górach. Dziś był tylko spacer wzdłuż jeziora, w kierunku Füssen. Doszliśmy do sali koncertowej z ładnym ogrodem angielskim i zawracaliśmy z powrotem. Po drodze były przerwy na piknikowanie w ładniejszych miejscach i na zabawę  z Pagiem przy brzegu jeziora, bo na pływanie nie był jeszcze gotowany … . Wyszło w sumie 10 km, rozłożone na prawie cały dzień.

Dzień 3 Schwansee i Alpsee

Znowu przyszedł czas na ambitniejszą wycieczkę. Autem znowu podjechaliśmy do Füssen, samochód zostawiliśmy na jednym z parkingów niedaleko zamków i ruszyliśmy nad jeziora. Tego dnia mijaliśmy niewielu turystów na swojej drodze, więc Pag mógł biegać bez smyczy. Najpierw było mniej „turystyczne” otoczone lasem jezioro Schwansee, na tyle niewielkie, że obeszliśmy je niemal całe, w paru miejscach Pag wszedł do wody, jednak na pływanie w dalszym ciągu nie miał ochoty. Żeby podejść do drugiego jeziora Alpsee, musieliśmy trochę się zmęczyć podchodząc wyżej leśną drogą. Jezioro również obeszliśmy wokół, po drodze „zaliczając”  kilka punktów widokowych na wysokich skarpach, były też przerwy przy ławkach, no i Pag po raz pierwszy napotkał na swojej drodze dziwny, ażurowy mostek. Ale tym razem był na tyle bojaźliwy że, nie mieliśmy innego wyjścia i Krzysiek musiał przenieść go na rękach. Na szczęście nie ważył jeszcze 30 kg … . Po drodze trafiliśmy do wypożyczalni łódek i rowerów wodnych i postanowiliśmy opłynąć jezioro rowerem wodnym. Pag ochoczo przystał na to, po czym wszedł na rower i … zapadł w drzemkę.  Nawet widok dwóch zamków, z perspektywy jeziora nie przebudził go. I tak upłynęła nam godzina. Otoczone zalesionymi górami jezioro, od strony miasta ma „przyklejony” niewielki kawałek plaży z deptakiem i ogródkami kawiarnianymi. Tamtędy,  mijając po drodze neogotycki zamek   Hohenschwangau –  w 10 min doszliśmy do auta.

Dzień 4 Kochelsee

Przyszedł czas na zmianę miejsca i poznanie kolejnego regionu Bawarii. Nie udało nam się znaleźć wolnego miejsca na campingu nad pięknie położonym jeziorem Walchensee. I ostatecznie wylądowaliśmy na niedużym campingu, położonym na południowym brzegu  Jeziora Kochelsee – Kesselberg. Otoczony górami i polami camping z dala od miasta, z kamienistą plażą, przez 4 dni był naszym domem. Były to upalne i słoneczne dni i nasi  niemieccy sąsiedzi okazali się na tyle mili, że pożyczyli nam parasol dla Paga, żeby mógł odpoczywać w cieniu. Po załatwieniu wszystkich formalności i rozbiciu namiotu, zrobiliśmy sobie wycieczkę (12 km) wokół gór położonych najbliżej jeziora. W większości szlak prowadził leśnymi drogami, mniej polnymi, ale najciekawsza widokowo była kilometrowa ścieżka wzdłuż jeziora, wybita w skalnej ścianie. Po drodze były ładne widoki na jezioro.

Dzień 5 Garmisch-Partenkirchen

Poranek zaczął się od ulewy, gdy koło południa w końcu się wypadało, ruszyliśmy do Garmisch-Partenkirchen. Do przejechania mieliśmy ok 40 km.  Zaczęliśmy od samego miasta, samochód zostawiliśmy na parkingu blisko centrum. „Zwiedzanie” miasta upłynęło nam pod znakiem szukania sklepu turystycznego, w celu kupienia kartusza z gazem. To co najbardziej rzucało się w oczy to pastelowe domy w stylu tyrolskim z  kolorowymi motywami najczęściej religijnymi. Po zaopatrzeniu się w butlę i zrobieniu zakupów w Lidlu, wyjechaliśmy z miasta. Nie interesowało nas, „zdobycie” najwyższego szczytu Niemiec – Zugspitze (a jest kilka możliwości). Skierowaliśmy się w okolice słynnej olimpijskiej skoczni Große Olympiaschanze. Spacer wokół całego kompleksu skoczni ( są 4 ), po stadionie olimpijskim u ich podnóża, był rozgrzewką przed wycieczką w góry. Niedaleko skoczni znajduje się inna atrakcja –  700 metrowy wąwóz Partnachklamm. Warto było wydać 4 € i przejść się  dnem tego rzecznego wąwozu, którego ściany sięgają nawet 80 m, dać się zmoczyć przez rwącą rzekę wzdłuż, której idziemy i mijane wodospady. Po przejściu wąwozu kontynuowaliśmy wycieczkę szlakiem po górach, a Pag po raz pierwszy przeszedł na własnych łapach po ażurowym moście! Pętla zajęła nam 10 km.

Dzień 5 Kochel am See

W ten upalny dzień, zrobiliśmy sobie spacer w drugą stronę jeziora – do miasteczka Kochel am See. Płaska trasa, częściowo chodnikiem, częściowo kamienistą plażą wzdłuż jeziora, z Pagiem na smyczy. W niedużym miasteczku z ładnym centrum i piętrowymi domami z pastelowymi motywami, zrobiliśmy zakupy. Droga powrotna na camping prowadziła już górami przez las, po drodze ochłodziliśmy się w leśnym wodospadzie. Całość to ok. 11 km.

Dzień 6 Inzell

Znowu przyszedł czas na zmianę miejsca, tym razem musieliśmy przejechać 120 km na wschód Niemiec, do miasteczka Inzell. Dalej byliśmy w Górnej Bawarii a dokładnie w południowo-wschodnim rogu Niemiec, skąd do Austrii było tylko 20 km. Pięciotysięczne, miasteczko (najchętniej odwiedzane zimą, przez amatorów narciarstwa biegowego), jest otoczone górami, latem przyciąga turystów licznymi szlakami turystycznymi. Tym razem mieliśmy zamieszkać we wcześniej zarezerwowanym mieszkanku.

Dzień 7- 13 Inzell i okolice

Kolejne, upalne dni upłynęły nam na poznawaniu ciekawych miejsc wokół  Inzell. Niepowodzeniem zakończyło się wejście na najbliższy szczyt  Falkenstein.  Wysokość 1181 m n.p.m. – może nie była imponująca, jednak skapitulowaliśmy tuz przed szczytem, gdy grań okazała się zbyt niebezpieczna. Ale ładną panoramę Inzell podziwialiśmy z innego szczytu  z wysokości 1100 m n.p.m. W samym mieście, jak i wokół niego jest sporo ścieżek dla amatorów pieszych wycieczek, rowerów i nordic walking, więc każdego dnia odkrywaliśmy ciekawe miejsca. Czasami były to płaskie doliny z jeziorami (FalkenseeKrottensee) czy schroniskami, innym razem malownicza ścieżka wzdłuż rwącego potoku z wodospadem.

12 sierpnia wracaliśmy do Polski, po udanym, wakacyjnym debiucie z Pagiem.  Pag na „5” zdał egzamin z podróżowania. Okazał się świetnym towarzyszem podróży, który lubi zarówno długie podróże samochodem, jak i spanie pod namiotem (tylko dlaczego na materacu z właścicielami?!) łatwo nawiązuje „międzynarodowe” przyjaźnie, a długie wycieczki (gorzej z wiszącymi mostami) lubi i kondycyjnie świetnie daje radę. Co roku zamierzaliśmy robić sobie dłuższe wakacje, tylko już nie latem, ale wiosną, żeby uniknąć upałów i tłumów.

Austria 2012 – Fugen

„Przecieranie górskich ścieżek – Austria 2012″ 1VI-6VI

         Nasz pierwszy dłuższy  wyjazd z Pagiem spędziliśmy w górzystej Austrii. Przez tydzień mieliśmy mieszkać  w miasteczku FügenTyrolu (30 km na północny-wschód od Innsbrucka).

Oczywiście dłuższe wycieczki w góry, z półrocznym labradorem nie wchodziły w grę, ale niewyczerpujące spacery jak najbardziej.  Pag dzielnie zniósł ponad 9 godziną podróż samochodem (900 km). Nie dopadła go choroba lokomocyjna, a większość podróży przespał, mając do dyspozycji cały tył naszej skody. Dom naszych gospodarzy mieścił się z dala od centrum Fügen, w odosobnionym i zacisznym miejscu. Położone w rozległej dolinie Zillertal, miasteczko otoczone dość wysokimi górami i siecią szlaków, ścieżek rowerowych więc pomysłów, do wycieczek z psem było mnóstwo!

Najwyżej udało nam się wspiąć na 1100 m n.p.m., (mieszkaliśmy na ponad 500 m n.p.m.) nawet wtedy Paga nie opuszczały siły …

Pięknych widoków i miejsc nie brakowało, Paga urzekł widok kościółka na tle gór (żeby nie powiedzieć, że zahipnotyzował):

My jednak woleliśmy ten, widok z kościołem:

Od tego tygodnia w Austrii, zaczęliśmy we „trójkę” naszą, wspólną przygodę z górami, dając początek mniejszym i większym wyjazdom. Tym kilkudniowym – w Polskę i tym dłuższym w Europę. Wiemy już, że my jak i nasz labrador, kochamy góry i górskie wycieczki.

Majorka 2011

 „Trochę lata jesienią” 18XI-24XI 2011

Gdy w Polsce na dobre zagościła jesień, w pogoni za namiastką lata, wybraliśmy się na hiszpańską wyspę na Morzu Śródziemnym – Majorkę. Właśnie tutaj przez Internet znaleźliśmy dość tanią ofertę z biura podroży, gdzie w cenie mieliśmy zapewniony przelot samolotem, hotel i 2 posiłki (śniadania i obiadokolacje). Nie mieliśmy zamiaru korzystać z pośrednictwa rezydentów i biur podróży, zwiedzaniem wyspy jak i poruszaniem się po niej, mieliśmy zająć się sami.

Dzień 1 Platja de Palma

 Po 1,5 godzinnym locie z Berlina, wylądowaliśmy w stolicy wyspy – Palmie de Mallorca. Po dotarciu do miejscowości Platja de Palma i szybkim zakwaterowaniu w hotelu, ruszyliśmy nad morze, oddalone 2 minuty drogi od hotelu. Platja popularna przez turystów nawet  i jesienią okazała się dość tłoczna. Spacerem po mieście i piaszczystej plaży skończyliśmy nasz pierwszy dzień pobytu na Majorce.

Dzień 2 Palma de Mallorca

Tego dnia autobusem miejskim dojechaliśmy do stolicy MajorkiPalma de Mallorca.  Bilet kupiliśmy u kierowcy, a w środku byliśmy chyba jedynymi pasażerami poniżej 50-go roku życia, i w mniejszości nieposługującej się językiem niemieckim (a pasażerów – turystów było sporo). W niecałą godzinę byliśmy już na miejscu. Zwiedzanie zaczęliśmy od drugiej, największej gotyckiej katedry na świecie, katedry La Seu. Zbudowana na miejscu starego meczetu, robi wrażenie swoim ogromem, bo jest długa na 151 m, na 55 m szeroka a wysoka na 44. Sam Antonio Gaudi wykonał wiele elementów wewnątrz świątyni, m.in. wiszący żyrandol w kształcie korony cierniowej. Zbudowana z piaskowca świątynia jest symbolem Palmy i jej najważniejszym zabytkiem.  Zwłaszcza od strony morza robi piorunujące wrażenie. Potem podziwialiśmy stojący obok katedry zabytkowy Pałac de l’Almoina. To było ciekawe doświadczenie, zwiedzać dwupiętrowy pałac, będący połączeniem dwóch stylów: gotyckiego i arabskiego. Kwadratowe, średniowieczne wieże a poniżej szerokie, mauretańskie arkady,  a wszystko wykonane z piaskowca – głównego budulca na wyspie. Po obejrzeniu oryginalnych komnat i sal obrad, zeszliśmy na główny dziedziniec, na środku którego rosły palmy i stał  arabski posąg lwa z XI w. Elegancki, bez zbędnego przepychu, trochę egzotyczny pałac zrobił na nas spore wrażenie. Spacerując po starym mieście trafiliśmy do Banys Arabs. Dobrze zachowane łaźnie, zbudowane w X w. stanowiły integralną część zamożnego domostwa. Po obejrzeniu łaźni, wyszliśmy do otoczonego z czterech stron budynkami, niedużego ogrodu. Tak jak ponad 1000 lat temu, tak i teraz, ludzie tu się relaksowali (zaraz po wyjściu z łaźni), co my teraz to zrobiliśmy siadając na ławce pośród kolorowych, egzotycznych roślin. Idąc dalej promenadą wzdłuż morza znaleźliśmy się na obrzeżach miasta. Po wspinaczce na wzgórze, dotarliśmy do zbudowanego w XIV w. Castell de Bellver. Ze świetnie zachowanego zamku z okrągłym dziedzińcem, grubymi murami i wieżą, podziwialiśmy przepiękną panoramę Palma de Mallorca. I tak na zwiedzaniu miasta upłynął nam drugi dzień na  Majorce.

Dzień 3 Valldemossa/Banyalbufar/Estellencs

Następne 5 dni przeznaczyliśmy na odwiedzenie położonych w różnych częściach Majorki jej atrakcji. W tym celu wypożyczyliśmy samochód w jednej z licznych wypożyczalni. Ze względów ekonomicznych nasz wybór padł na fiata pandę. ( 4 dni – 122 € + 60€ benzyna).  Na początek zawitaliśmy do kameralnego, położonego w górach Sierra de Tramuntana, 20 km na północ od Palma de Mallorca, miasteczka Valldemossa. Tak jak większość turystów (głownie z Azji), zwiedzanie zaczęliśmy od XVIII wiecznego klasztoru Kartuzów, w którego pokojach-celach zimą 1838/1839 mieszkał Fryderyk Chopin z George Sand. Zwiedzanie 3 małych pokoików-cel w których mieszkali z przylegającym tarasem z malutkim ogrodem, było dla mnie wzruszającym przeżyciem. Oryginalne wnętrza świetnie oddają klimat epoki, mogłam obejrzeć i dotknąć pianino Chopina, przeczytać jego listy, notatki, przyjrzeć się rękopisom muzycznym! Aż żal ściskał w sercu, na myśl, że pobyt w tak pięknym miejscu, nie podreperował zdrowia naszego kompozytora – trafił nie tylko na kiepską pogodę, ale i na wrogość ze strony konserwatywnych mieszkańców. W pozostałych pomieszczeniach klasztoru mieszczą się – też warte obejrzenia – obszerna apteka z różnymi miksturami i bogata biblioteka. Także warto było wydać te 9 € za 2 bilety, tym bardziej, że dołączony był do nich przewodnik  w języku polskim. Potem był spacer wąskimi uliczkami Valldemossa, z których podziwialiśmy widoki na otaczające miasto, tarasowe pagórki z kamiennymi murkami oraz góry. A potem pojechaliśmy na wybrzeże. Wędrując  wokół wymarłego miasteczka Banyalbufar, zrobiliśmy dobrych parę kilometrów. Bajkowo położone miasteczko bo wciśnięte  między tarasowe zbocza a błękitne morze. Spacer stromymi uliczkami, bez turystów, hoteli i plaż, długo będziemy pamiętać. Dopiero nad samym morzem, w cichej zatoczce Cala Banyalbufar, spotkaliśmy pierwszych tu ludzi, miejscowych wędkarzy i pływającą parę. 2 km za miasteczkiem, wspięliśmy się na wieżę, która jest doskonałym punktem widokowym – Torre del Verger i z niej podziwialiśmy niezwykłą panoramę na klifowo – tarasowe wybrzeże. Dalej, dotarliśmy do kolejnego miasteczka Estellencs przyklejonego do stromych zboczy górskich. Samochód został na parkingu i zeszliśmy do morza drogą, przechodzącą obok tarasowych upraw pomarańczy i oliwek. ( 2,5 km w jedną stronę ). W zatoczce Cala de Estellencs z  malowniczym portem rybackim i z niewielką  plażą, w samotności podziwialiśmy zachód słońca. Do samochodu wróciliśmy inną, również malownicza drogą, zataczając kółko wokół Estellencs.

Dzień 4 Coves del Drac/Capdepera

Ponieważ od rana lało jak z cebra, zmieniliśmy trochę plany i pojechaliśmy samochodem na wschodnie wybrzeże do miasteczka Porto Cristo (50 km). Zamierzaliśmy nie zmoknąć i równocześnie zobaczyć coś ciekawego, czyli zwiedzić Jaskinie Smoka – Coves del Drac. Po zebraniu wymaganej ilości turystów, weszliśmy z przewodnikiem do jaskini. A w środku: ładnie oświetlone formacje skalne i sale, wąskie korytarze, kilka podziemnych jeziorek. A przy największym z nich – jeziorze Martlel (ponoć największe jezioro podziemne na świecie – 177 m długości) w skalnym amfiteatrze wysłuchaliśmy  koncertu muzyki poważnej. Muzycy podczas gry siedzieli w małej łódce. Na nas jednak koncert, jak i sama jaskinia nie zrobiła większego wrażenia. Gdyby nie ulewa, to pewnie by nas tu nie było. Po wydostaniu się na powierzchnię, ruszyliśmy na północny-wschód Majorki, do miasteczka Capdepera (20 km), nad którym wznosi się średniowieczna twierdza o tej samej nazwie.    Widoczne z daleka, ciągnące się wzdłuż grzbietu długie, charakterystyczne mury były drogowskazem jak dojechać na miejsce. Po kupieniu biletu, znaleźliśmy się wewnątrz świetnie zachowanych murów z wieżami. Był to był nie tyle zamek, co obwarowane miasteczko, które dawało schronienie ludziom przed najazdem korsarzy. Spacerując, próbowałam sobie wyobrazić, jak Capdepera wyglądała w momencie wybudowania w  XIV w. kiedy znajdowało się tu 150 domów. Z dawnych lat zostało parę małych, kamiennych budynków, fragmenty ścian i alejek, studnia, no i maleńka gotycka kaplica oraz 5-metrowa wieża. Teren otoczony murami, dość mocno wznosi się od bramy, aż do miejsca, gdzie stoi kaplica z wieżą, więc trzeba nieco się zmęczyć podczas zwiedzania, ale warto! Dla odsapnięcia, można przysiąść na ławce, między palmami czy obok kaktusów w towarzystwie kolorowych kotów. Obowiązkowym punktem zwiedzania, był spacer po grubych murach, z przerwami na wieżach dla podziwiania widoków na górzystą okolicę i morze. Był to piękny zabytek z pięknymi widokami! W drodze powrotnej do hotelu, odwiedziliśmy jeszcze miasteczko Arta, nad którym wznosi się Santuari de Sa nt Salvador (Sanktuarium Św. Salwatora). Sanktuarium otoczone starymi murami z wieżami – z daleka – przypomina bardziej zamek, niż sakralny budynek. Z dziedzińca jak i wież można z góry popatrzeć na ładną okolicę. Więc i to miejsce warto odwiedzić.

Dzień 5 Formentor/Cap de Formentor/Alcudia

Kolejny dzień – w większości – spędziliśmy w północnej części Majorki, na górzystym półwyspie Formentor. Najpierw dojechaliśmy do nadmorskiego miasteczka nad zatoką de Sant Vicenc. Puste o tej porze roku, kameralne miejsce jest wciśnięte między góry a klify, z niewielką piaszczystą plażą i z drogą prawie wpadającą do morza. Zrobiliśmy sobie spacer wokół miasteczka, szkoda tylko, że wiatr momentami urywał głowę, ale zrekompensowaliśmy to ładnymi widokami z okolicznych wzgórz. Ale najciekawsze było dopiero przed nami, czyli  najbardziej na północ wysunięta część Majorki – półwysep Formentor. Już sama podróż przez wąski i długi półwysep, na sam jego koniec – Cap de Formentor była niezapomnianą przygodą. Droga  niczym wąż, wiła się przez górzysto-skalisty krajobraz. Czasami biegła tuż nad krawędzią urwiska, innym razem wspinając się na jakąś kamienistą górę, a jeszcze innym, biegnąc wzdłuż zatoki. Każdy  kolejny zakręt był zapowiedzią kolejnego, pięknego widoku. Po wyjechaniu z miejscowości Pollenca, gdzie się  zaczynał droga, zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym Mirador Es Colomer. Ze zbudowanych na 200-metrowej skale, tarasów widokowych, mieliśmy niesamowitą panoramę na cały półwysep. Przejście kilkudziesięciu metrów z parkingu na punkt widokowy, wydało się nam jakoś mało ambitne, postanowiliśmy zdobyć najbliższy szczyt z wieżą obserwacyjną Talaia d’Albercutx. Nie było to specjalnie trudne, bo podejście asfaltową drogą, na ten liczący 350 m n.p.m. szczyt zajęło nam 30 min. A warto było, bo z góry mieliśmy oszałamiającą panoramę, na półwysep, góry i na dwie zatoki PollecyAlcúdii. Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy w dalszą drogę, z przerwą na plaży Piedra, żeby pomoczyć nogi w dość ciepłej wodzie (na kąpiel zabrakło mi odwagi). Aż w końcu dojechaliśmy na Cap de Formentor. Podróż samochodem dostarczyła nam tyle wrażeń, jakby droga liczyła kilkadziesiąt, a nie 13 kilometrów. Jak na przylądek przystało, mocno wiało, z czego nic sobie nie robiła słynna latarnia morska El Faro de Formentor, stojąca na posterunku od 1863 r. Turystów było niewielu, w związku z czym nie było problemu z wolnym miejscem na dużym parkingu. Mając z trzech stron wzburzone morze,  trudno było uciec od myśli, że się jest na końcu świata. Obraz błękitnego morza po horyzont, górzystego cypla z serpentynową drogą i wysokimi klifami, jest z tych, które chce się zapamiętać na całe życie.  Po długiej sesji zdjęciowej, była kawa w latarni, bo w jej wnętrzu znajdowała się kawiarnia. Wracając, zatrzymaliśmy się na kameralnym punkcie widokowym, otoczonym siecią ścieżek. Jedną ze ścieżek, zrobiliśmy sobie krótką wycieczkę nad klify w towarzystwie dzikich kóz. Ostatnim miejscem odwiedzonym przez nas tego dnia, było ciekawe miasto Alcudia. Spacer po ulicach ładnej starówki i po średniowiecznych murach był obowiązkiem każdego turysty. A mury otaczające miasto, z kilkoma bramami i wieżami, robiły spore wrażenie. 1,5 godziny zajęła nam powrotna droga do  Platja de Palma.

Dzień 6 Sòller/Port de Sòller/Mirador de Ses Barques

Tego dnia mieliśmy poznać „zagłębie pomarańczy” czyli miasteczko Sòller. W jedną stronę do miasteczka dojechaliśmy, trudną drogą bo liczącą aż 57 zakrętów.  Najpierw wspinaliśmy się na 500-metrowe wzgórze, po czym serpentyną zjeżdżaliśmy w dół. Wracaliśmy już krótszą, płatną drogą przez niedawno wybudowany tunel – pod górą na którą mozolnie się wspinaliśmy parę godzin wcześniej. Najatrakcyjniejszy wariant to  godzinna (z Palmy) podróż zabytkowym pociągiem, kursującym tylko od kwietnia do października. Miasto przepięknie położone w dolinie Vall de Sóller, w środku gór Serra de Tramuntana, otoczone gajami pomarańczowymi i cytrynowymi.  Miasto prawie bez turystów, sprawiało wrażenie nieco sennego, jeśli nie zapomnianego. Centrum Sòler stanowił ładny i pustawy jeszcze – plac Placa Constitució z neogotyckim kościołem pod wezwaniem Sant Bartomeu. Z placu rozchodziły się liczne, ciasne uliczki, ale o tej porze roku zaledwie z kilkoma kawiarnianymi stolikami wystawionymi na zewnątrz. Ale naszym celem był położony 4 km dalej – Port de Sòller. Do miasteczka doszliśmy łatwym, dość malowniczym szlakiem turystycznym, droga najpierw prowadziła obok okazałych domów z ogrodami, z pięknie kwitnącymi roślinami, a potem przez plantacje cytrusów w  dolinie Vall de Sóller, po czym ścieżka przechodziła przez niewysokie wzniesienia z końcówką wzdłuż ulicy. W położonym nad owalną zatoką, Port de Sóller wyczuwało się atmosferę małego kurortu. Świadczyła o tym przystań jachtowa, liczne hotele i kolejne budowane apartamentowce. A  ładna promenada wzdłuż piaszczystej plaży, tym się wyróżniała od innych, że szły po niej tory zabytkowego tramwaju. Chyba to jedyne takie miejsce w świecie, gdzie prosto z morza, można od razu wskoczyć do tramwaju – i to stuletniego! Spacerując stromymi uliczkami miasteczka, trafiliśmy na parkowe wzgórze a, potem na taras widokowy na skalistym, wybrzeżu z widokiem na ciemno-niebieskie morze. Niestety słynny tramwaj nie kursował i autobusem miejskim wróciliśmy do  Sòller. A dalej, już autem ruszyliśmy drogą  w kierunku gór. Punkt widokowy Mirador de Ses Barques znajduje się na szczycie „wężowej” drogi Sa Calobra (droga Ma-10). Stąd mieliśmy ładną panoramę na zatokę i Port de Sóller . Ale trafiliśmy w to miejsce nie tyle dla widoków, co ze względu na liczne szlaki które tu się zaczynały. Nie było problemu z autem, bo obok tarasu widokowego był duży parking. 13-kilometrowa wycieczka przez gaje ze starymi drzewami oliwnymi, porastającymi doliny albo zbocza wzgórz, zamkniętymi przez surowe góry Serra de Tramuntana była niesamowita. Do tego piękny widok majestatycznego masywu Puig Major ( 1447  m n.p.m. najwyższy szczyt Majorki) z niepięknymi radarami. Jedynymi żywymi stworzeniami jakie spotkaliśmy to były owce i osiołki, pasące się w niedalekim sąsiedztwie  kilku osamotnionych hacjend. Oszołomieni pięknym krajobrazem, poczuliśmy, że ta „dzika”, nieskomercjalizowana część Majorki jest nam bliższa niż inne jej atrakcje, które wyszły spod ręki człowieka. Nic dziwnego, że nie chciało się nam wracać do samochodu i do miasta.

Dzień 7 De Cuber/Piug de sa Rareta

Dzień  w którym zaliczyłam swoją pierwszą, tak poważną –  logistyczną wpadkę, przez którą nasze plany wzięły w łeb. W przedostatni nasz dzień na Majorce,  zaplanowaliśmy wejście na najwyższy szczyt wyspy – Puig Major 1447 m n.p.m. Samochodem, niesamowitą „wężową” drogą Ma-10, wjechaliśmy na wysokość 800 m n.p.m., do miejsca, gdzie po drugiej stronie ogrodzonych zabudowań, zaczynała się droga na sam szczyt. (Samochód zostawiliśmy na poboczu jakieś 300 m niżej). Jakież było nasze zdziwienie, gdy na naszej drodze stanęła zamknięta brama z wysoką siatką. Tabliczka wisząca na ogrodzeniu informowała, że szczyt i cały teren wokół niego, leży w strefie wojskowej i jest w zamknięty dla turystów. A mi do głowy nie przyszło, żeby sprawdzić czy szczyt jest dostępny dla turystów, w przewodniku też nie było wzmianki, że na Puig Major nie można wejść. Na szybko musieliśmy wymyślić coś innego, oczywiście z pomocą przyszedł GPS. Wystarczyło zjechać drogą kilometr niżej (w kierunku przeciwnym z którego przyjechaliśmy) i znaleźliśmy się nad przepięknie położonym, górskim jeziorem de Cuber. (Samochód został na bezpłatnym parkingu przy jeziorze). A w tle majaczyła potężna sylwetka Puig Major. Wypatrzyliśmy szlak na jeden z szczytów otaczających zbiornik – Piug de sa Rareta 1113 m n.p.m. i ruszyliśmy. Początek  drogi, wokół lewego brzegu jeziora był przyjemny i płaski, ostra wspinaczka szlakiem, zaczęła się dopiero po przejściu tamy, bo jezioro było sztucznym zbiornikiem. Im bardziej oddalaliśmy się od wody, tym było bardziej stromo, a kręta ścieżka momentami ginęła między ostrymi skałami.  Aż w końcu wyszliśmy na skalisty grzbiet, a stopniowo zdobywając wysokość, doszliśmy na szczyt. Rozległa i niesamowita  panorama na góry i dwa jeziora w dole, została uwieczniona na całej serii zdjęć. Dalsza część szlaku, to już spacer po płaskim, surowym płaskowyżu z kępami zielonych roślinek i kolczastymi krzewami, w towarzystwie licznych dzikich kóz i paru „zarośniętych” owiec. A im niżej schodziliśmy, tym robiło się bardziej zielono bo przybywało drzew, nawet na bardziej stromych zboczach. W końcu zeszliśmy do wąwozu i nim doszliśmy do tamy nad jeziorem de Cuber. Zrobiliśmy sobie spacer gruntową drogą wokół prawego brzegu jeziora, natykając się na leniwie pasące się krowy i owce, które nie mogły tu narzekać na niedostatek jedzenia. Momentami bardzo ciężki szlak, liczył 10 km. Tak czy siak udało nam się tego dnia zdobyć majorkański szczyt, co prawda nie ten najwyższy, ale zawsze szczyt. Powrót do hotelu był tą samą drogą, podczas której po raz ostatni mogliśmy popatrzeć na góry Serra de Tramuntana.

Dzień 8 Palma de Mallorca

W ostatni nasz dzień na Majorce, samochód zamieniliśmy na rower i ruszyliśmy ścieżką rowerową do Palmy de Mallorca (w tej samej wypożyczalni za cały dzień 5€/osoba). Dwukierunkowa, zbudowana wzdłuż morza i palm, płaska 12-kilometrowa trasa, mogłaby być wzorem idealnej trasy rowerowej.  Fajnie było zobaczyć znowu niesamowitą katedrę Sa Leu i popatrzeć na kwiatowo-palmowe nadmorskie aleje. Po pożegnaniu się z Palmą, tą samą ścieżką rowerową, wróciliśmy do Platja de Palma, po czym  ruszyliśmy dalej, nadmorską promenadą do pobliskiego S’Arenal. Tu na pustej plaży, pod palmami daktylowymi, urządziliśmy sobie „pomarańczową” ucztę.  A po oddaniu rowerów, pijąc kawę i sok ze świeżo wyciśniętych pomarańczy w plażowej kawiarence, zażywaliśmy kąpieli słonecznej. Termometr na promenadzie pokazywał 20°C, szkoda tylko, że najbardziej słoneczny i najcieplejszy dzień, nadszedł w dniu wyjazdu. Ale i tak, to był niezapomniany tydzień, podczas którego wiele zobaczyliśmy i aktywnie spędziliśmy czas.

Austria 2010 Wysokie Taury/Wiedeń/Wachau

 Pora deszczowa w Austrii” 12 VI-24 VI 2010

To były niezapomniane wakacje. Jednak nie z nadmiaru wrażeń, ale z powodu deszczu, który padał codziennie. Po 8 deszczowych dniach pożegnaliśmy deszczowe Taury i przenieśliśmy się w miejsce, gdzie miało nie padać – do Wiednia, a potem do pobliskiej, bajkowej doliny nad Dunajem –  Wachau.

Dzień 1

Po 9 godzinach podróży dotarliśmy do Austrii, do kraju związkowego Salzburg – miasteczka Hollersbach im Pinzgau. Zatrzymaliśmy się na niedużym campingu Dorfcamping http://www.dorfcamping-hollersbach.at/en/ położonym na wysokości 800 m n.p.m., 4 km od Parku Narodowego Hohe Tauern. Więc liczne szlaki turystyczne były na wyciągnięcie ręki.

Dzień 2 

W dole zostawiliśmy Hollersbach i dolinę Hollersbachtal (u jej wylotu mieliśmy camping) i ruszyliśmy do gesthaus  Berghof na 1175 m n.p.m. (szlak nr 14).

Najwyższym miejscem do którego dotarliśmy, była położona ponad 1700 m n.p.m. równina Hinterlachalm (szlak  nr 20). Wiatr na chwilę rozwiał mgłę i odsłonił się ciekawy widok.

Dzień 3

Wodospad Krimml z trzema potężnymi progami. Nie żałowaliśmy godzinnej wspinaczki szlakiem Gerlosstrasse na wysokość 1470 m n.p.m., żeby z góry popatrzeć na ten 380-metrowy kolos.

Potem była długa wędrówka doliną Krimmler Achental, wzdłuż rzeki Krimml.

W końcu, doszliśmy do naszego celu schroniska Krimmler Tauernhau, położonego na wysokości  1631 m n.p.m.  przytulnego. Tu zrobiliśmy sobie zasłużony odpoczynek.

 

Dzień 4

W drodze na szczyt Elferkogel (szlak nr 933), często spotykaliśmy krowy i byki. Przez te ostatnie musieliśmy czasami nadrobić trochę drogi, żeby je ominąć … Dla nas były to wysokogórskie krowy, bo wspięły się na wysokość ok. 2000 m n.p.m., często na bardzo strome stoki.

Niedaleko szczytu, krowy zniknęły i pojawiły się wysokie góry z ośnieżonymi zboczami.

Szczyt Elferkogel 2190 m n.p.m. zdobyty! Rozległa panorama ze szczytu, niestety bez słońca ale bez deszczu, on miał  nas dopaść później, pod koniec 18- kilometrowej wędrówki.

Dzień 5

 

Dziś był tylko spacer ścieżką rowerową do oddalonego o 5 km Mittersill i powrót do Hollersbach. Pojawiło się w końcu słońce!

Dzień 6

 

Idąc w górę doliny Hollersbachtal  (szlak nr 916) zamierzaliśmy dojść do schroniska Neue Fürther-Hütte, położonego na wysokości 2201 m n.p.m.

 

 

W dolinie było piękne słońce, ale i tak za parę godzin mieliśmy zmoknąć …

 

 

Po przejściu całej doliny (ok. 10 km ) przed nami był najtrudniejszy fragment szlaku. A im wyżej, tym robiło się bardziej stromo i  zimniej.

Aż w końcu doszliśmy do schroniska Neue Fürther-Hütte. W czerwcu,  jeszcze pustym wnętrzu, ogrzaliśmy się przy gorącej herbacie.

A potem był krótki spacer nad częściowo zamarznięte jeziorko Kratzenbergsee. Po czym, zaczęliśmy schodzenie w dół. Przed nami było kolejne 15 km, tym razem w dół, tym samym szlakiem  nr 916.

 Dzień 7

Po pokonaniu autem 40 km, znaleźliśmy się w Tyrolu, w miasteczku Hinterbichl  (17 km od Matrei). Położona 1300 m n.p.m. wioska, jest świetnym miejscem wypadowym w  pobliskie,  wysokie szczyty. Zatrzymaliśmy się na jedynym campingu Bergkristall. http://www.bergkristall-hinterbichl.at/

Dzień 8

Droga na szczyt Muhskopf 2594 m n.p.m.,  prowadziła szlakiem nr 314 do góry, przez”śnieżny tunel” i obok zamkniętego schroniska Lasnitzenhütte.


Zanim weszliśmy na Muhskopf, podziwialiśmy zatopione w chmurach trzytysięczniki.

A na samym szczycie niespodzianka, zamiast krzyża – „zestaw wypoczynkowy” w wersji górskiej. Oczywiście musiałam sprawdzić czy jest wygodny.

 

Szlakiem nr 912 zeszliśmy do jeziora Berger See. Położonego na 2181 m n.p.m., stojące przy nim schronisko Berger-See Hütte okazało się zamknięte. Nie mieliśmy tego dnia szczęścia ani do schronisk ani do pogody, bo schodząc do Hinterbichl (szlak nr 80 i 312) złapała nas ulewa, która  trwała do rana… .

Dzień 9

Częste opady deszczu doprowadziły do podtopień szlaków, wezbrania strumieni, więc nie zostało nam nic innego, jak spakować przeciekający namiot i pojechać tam, gdzie nie pada. Nasz wybór padł na Wiedeń. Po prawie 7-godzinnej podróży, zatrzymaliśmy się na wiedeńskim wielkim campingu Süd.  http://www.wiencamping.at/en/camping-wien-sued/ .

Dzień 10

Z campingu mieliśmy tylko 4 km do „wiedeńskiego Wersalu” czyli do XVIII-wiecznego kompleksu pałacowego Schönbrunn. Zwiedzając cesarskie wnętrza, spacerując po parku i rozległych ogrodach z barokowymi fontannami, spędziliśmy tu pół dnia.

Nie padało (nie licząc porannego deszczu na capingu), ale był to kolejny dzień bez słońca, jak tak dalej pójdzie, to zapomnimy jak ono wygląda… .

Dzień 11

Ruszyliśmy na zwiedzanie  Wiednia. Najpierw zaopatrzyliśmy się w bilet całodobowy na metro, który był najdogodniejszym środkiem transportu w austriackiej stolicy. Stację metra mieliśmy tuż przy campingu.

Zaczęliśmy od najważniejszej gotyckiej budowli Austrii, olbrzymiej katedry Św. Stefana.Potem był Pałac Cesarski Hofburg z VIII w.

Jeden z wielu neoklasycytycznych, eleganckich budowli Wiednia – Muzeum Historyczne i Parlament.

            

No i polski akcent w Wiedniu, za sprawą polskiego króla Jana III Sobieskiego. Tablica wmurowana na zewnątrz XIV-wiecznego kościoła, upamiętniająca 300-lecie  zwycięstwa Sobieskiego w bitwie pod Wiedniem nad wojskami tureckimi.

Dzień 12

Kolejne 2 dni spędziliśmy w przepięknym rejonie Austrii  w dolinie Wachau – oddaloną godzinę jazdy od Wiednia. Ta malownicza 35-kilometrowa dolina Dunaju, jest znana z uprawy winorośli oraz średniowiecznych miasteczek i ruin zamków oraz moreli. Zatrzymaliśmy się na campingu w Dürnstein.

Jednym z takich miasteczek jest miasteczko Melk, z barokowym opactwem Benedyktynów. Najpierw  zwiedzaliśmy wnętrza czyli  klasztor z wielką biblioteką i kościół.

A potem otaczające opactwo ogrody z eleganckimi pawilonami. No i doczekaliśmy się w końcu długo wyczekiwanego słońca!

Następnym miejscem, które odwiedziliśmy było  miasteczko Spitz. Otoczone winnicami, z        ruinami  zamku z XIII w. Hinterhaus. Musieliśmy się do niego wspiąć po stromym wzgórzu, skąd mieliśmy ładny widok na Dunaj i okolice.

Na koniec zostawiliśmy sobie, najpiękniejsze miasteczko w dolinie WachauDürnstein. Z  górującymi nad miasteczkiem ruinami średniowiecznego zamku (z którym wiąże się ciekawa historia) oraz charakterystyczną niebieską wieżą.

j

Dzień 13

Wypatrzony z zamkowego wzgórza w Dürnstein (8 km), opactwo Benedyktynów  Göttweig w miasteczku Furth bei Göttweig. Wpisany na listę UNESCO barokowy kompleks  klasztorny, pieczołowicie odrestaurowany,  robi wielkie wrażenie.

W pobliżu Dürnstein znaleźliśmy stylizowany na angielski zamek – Graffenegg z XIX w. . 

Z wielkim parkiem i nowoczesną muszlą koncertową, w której cyklicznie odbywają się koncerty muzyki poważnej. Stare i nowe, ciekawe połączenie.