Majorka 2011

 „Trochę lata jesienią” 18XI-24XI 2011

Gdy w Polsce na dobre zagościła jesień, w pogoni za namiastką lata, wybraliśmy się na hiszpańską wyspę na Morzu Śródziemnym – Majorkę. Właśnie tutaj przez Internet znaleźliśmy dość tanią ofertę z biura podroży, gdzie w cenie mieliśmy zapewniony przelot samolotem, hotel i 2 posiłki (śniadania i obiadokolacje). Nie mieliśmy zamiaru korzystać z pośrednictwa rezydentów i biur podróży, zwiedzaniem wyspy jak i poruszaniem się po niej, mieliśmy zająć się sami.

Dzień 1 Platja de Palma

 Po 1,5 godzinnym locie z Berlina, wylądowaliśmy w stolicy wyspy – Palmie de Mallorca. Po dotarciu do miejscowości Platja de Palma i szybkim zakwaterowaniu w hotelu, ruszyliśmy nad morze, oddalone 2 minuty drogi od hotelu. Platja popularna przez turystów nawet  i jesienią okazała się dość tłoczna. Spacerem po mieście i piaszczystej plaży skończyliśmy nasz pierwszy dzień pobytu na Majorce.

Dzień 2 Palma de Mallorca

Tego dnia autobusem miejskim dojechaliśmy do stolicy MajorkiPalma de Mallorca.  Bilet kupiliśmy u kierowcy, a w środku byliśmy chyba jedynymi pasażerami poniżej 50-go roku życia, i w mniejszości nieposługującej się językiem niemieckim (a pasażerów – turystów było sporo). W niecałą godzinę byliśmy już na miejscu. Zwiedzanie zaczęliśmy od drugiej, największej gotyckiej katedry na świecie, katedry La Seu. Zbudowana na miejscu starego meczetu, robi wrażenie swoim ogromem, bo jest długa na 151 m, na 55 m szeroka a wysoka na 44. Sam Antonio Gaudi wykonał wiele elementów wewnątrz świątyni, m.in. wiszący żyrandol w kształcie korony cierniowej. Zbudowana z piaskowca świątynia jest symbolem Palmy i jej najważniejszym zabytkiem.  Zwłaszcza od strony morza robi piorunujące wrażenie. Potem podziwialiśmy stojący obok katedry zabytkowy Pałac de l’Almoina. To było ciekawe doświadczenie, zwiedzać dwupiętrowy pałac, będący połączeniem dwóch stylów: gotyckiego i arabskiego. Kwadratowe, średniowieczne wieże a poniżej szerokie, mauretańskie arkady,  a wszystko wykonane z piaskowca – głównego budulca na wyspie. Po obejrzeniu oryginalnych komnat i sal obrad, zeszliśmy na główny dziedziniec, na środku którego rosły palmy i stał  arabski posąg lwa z XI w. Elegancki, bez zbędnego przepychu, trochę egzotyczny pałac zrobił na nas spore wrażenie. Spacerując po starym mieście trafiliśmy do Banys Arabs. Dobrze zachowane łaźnie, zbudowane w X w. stanowiły integralną część zamożnego domostwa. Po obejrzeniu łaźni, wyszliśmy do otoczonego z czterech stron budynkami, niedużego ogrodu. Tak jak ponad 1000 lat temu, tak i teraz, ludzie tu się relaksowali (zaraz po wyjściu z łaźni), co my teraz to zrobiliśmy siadając na ławce pośród kolorowych, egzotycznych roślin. Idąc dalej promenadą wzdłuż morza znaleźliśmy się na obrzeżach miasta. Po wspinaczce na wzgórze, dotarliśmy do zbudowanego w XIV w. Castell de Bellver. Ze świetnie zachowanego zamku z okrągłym dziedzińcem, grubymi murami i wieżą, podziwialiśmy przepiękną panoramę Palma de Mallorca. I tak na zwiedzaniu miasta upłynął nam drugi dzień na  Majorce.

Dzień 3 Valldemossa/Banyalbufar/Estellencs

Następne 5 dni przeznaczyliśmy na odwiedzenie położonych w różnych częściach Majorki jej atrakcji. W tym celu wypożyczyliśmy samochód w jednej z licznych wypożyczalni. Ze względów ekonomicznych nasz wybór padł na fiata pandę. ( 4 dni – 122 € + 60€ benzyna).  Na początek zawitaliśmy do kameralnego, położonego w górach Sierra de Tramuntana, 20 km na północ od Palma de Mallorca, miasteczka Valldemossa. Tak jak większość turystów (głownie z Azji), zwiedzanie zaczęliśmy od XVIII wiecznego klasztoru Kartuzów, w którego pokojach-celach zimą 1838/1839 mieszkał Fryderyk Chopin z George Sand. Zwiedzanie 3 małych pokoików-cel w których mieszkali z przylegającym tarasem z malutkim ogrodem, było dla mnie wzruszającym przeżyciem. Oryginalne wnętrza świetnie oddają klimat epoki, mogłam obejrzeć i dotknąć pianino Chopina, przeczytać jego listy, notatki, przyjrzeć się rękopisom muzycznym! Aż żal ściskał w sercu, na myśl, że pobyt w tak pięknym miejscu, nie podreperował zdrowia naszego kompozytora – trafił nie tylko na kiepską pogodę, ale i na wrogość ze strony konserwatywnych mieszkańców. W pozostałych pomieszczeniach klasztoru mieszczą się – też warte obejrzenia – obszerna apteka z różnymi miksturami i bogata biblioteka. Także warto było wydać te 9 € za 2 bilety, tym bardziej, że dołączony był do nich przewodnik  w języku polskim. Potem był spacer wąskimi uliczkami Valldemossa, z których podziwialiśmy widoki na otaczające miasto, tarasowe pagórki z kamiennymi murkami oraz góry. A potem pojechaliśmy na wybrzeże. Wędrując  wokół wymarłego miasteczka Banyalbufar, zrobiliśmy dobrych parę kilometrów. Bajkowo położone miasteczko bo wciśnięte  między tarasowe zbocza a błękitne morze. Spacer stromymi uliczkami, bez turystów, hoteli i plaż, długo będziemy pamiętać. Dopiero nad samym morzem, w cichej zatoczce Cala Banyalbufar, spotkaliśmy pierwszych tu ludzi, miejscowych wędkarzy i pływającą parę. 2 km za miasteczkiem, wspięliśmy się na wieżę, która jest doskonałym punktem widokowym – Torre del Verger i z niej podziwialiśmy niezwykłą panoramę na klifowo – tarasowe wybrzeże. Dalej, dotarliśmy do kolejnego miasteczka Estellencs przyklejonego do stromych zboczy górskich. Samochód został na parkingu i zeszliśmy do morza drogą, przechodzącą obok tarasowych upraw pomarańczy i oliwek. ( 2,5 km w jedną stronę ). W zatoczce Cala de Estellencs z  malowniczym portem rybackim i z niewielką  plażą, w samotności podziwialiśmy zachód słońca. Do samochodu wróciliśmy inną, również malownicza drogą, zataczając kółko wokół Estellencs.

Dzień 4 Coves del Drac/Capdepera

Ponieważ od rana lało jak z cebra, zmieniliśmy trochę plany i pojechaliśmy samochodem na wschodnie wybrzeże do miasteczka Porto Cristo (50 km). Zamierzaliśmy nie zmoknąć i równocześnie zobaczyć coś ciekawego, czyli zwiedzić Jaskinie Smoka – Coves del Drac. Po zebraniu wymaganej ilości turystów, weszliśmy z przewodnikiem do jaskini. A w środku: ładnie oświetlone formacje skalne i sale, wąskie korytarze, kilka podziemnych jeziorek. A przy największym z nich – jeziorze Martlel (ponoć największe jezioro podziemne na świecie – 177 m długości) w skalnym amfiteatrze wysłuchaliśmy  koncertu muzyki poważnej. Muzycy podczas gry siedzieli w małej łódce. Na nas jednak koncert, jak i sama jaskinia nie zrobiła większego wrażenia. Gdyby nie ulewa, to pewnie by nas tu nie było. Po wydostaniu się na powierzchnię, ruszyliśmy na północny-wschód Majorki, do miasteczka Capdepera (20 km), nad którym wznosi się średniowieczna twierdza o tej samej nazwie.    Widoczne z daleka, ciągnące się wzdłuż grzbietu długie, charakterystyczne mury były drogowskazem jak dojechać na miejsce. Po kupieniu biletu, znaleźliśmy się wewnątrz świetnie zachowanych murów z wieżami. Był to był nie tyle zamek, co obwarowane miasteczko, które dawało schronienie ludziom przed najazdem korsarzy. Spacerując, próbowałam sobie wyobrazić, jak Capdepera wyglądała w momencie wybudowania w  XIV w. kiedy znajdowało się tu 150 domów. Z dawnych lat zostało parę małych, kamiennych budynków, fragmenty ścian i alejek, studnia, no i maleńka gotycka kaplica oraz 5-metrowa wieża. Teren otoczony murami, dość mocno wznosi się od bramy, aż do miejsca, gdzie stoi kaplica z wieżą, więc trzeba nieco się zmęczyć podczas zwiedzania, ale warto! Dla odsapnięcia, można przysiąść na ławce, między palmami czy obok kaktusów w towarzystwie kolorowych kotów. Obowiązkowym punktem zwiedzania, był spacer po grubych murach, z przerwami na wieżach dla podziwiania widoków na górzystą okolicę i morze. Był to piękny zabytek z pięknymi widokami! W drodze powrotnej do hotelu, odwiedziliśmy jeszcze miasteczko Arta, nad którym wznosi się Santuari de Sa nt Salvador (Sanktuarium Św. Salwatora). Sanktuarium otoczone starymi murami z wieżami – z daleka – przypomina bardziej zamek, niż sakralny budynek. Z dziedzińca jak i wież można z góry popatrzeć na ładną okolicę. Więc i to miejsce warto odwiedzić.

Dzień 5 Formentor/Cap de Formentor/Alcudia

Kolejny dzień – w większości – spędziliśmy w północnej części Majorki, na górzystym półwyspie Formentor. Najpierw dojechaliśmy do nadmorskiego miasteczka nad zatoką de Sant Vicenc. Puste o tej porze roku, kameralne miejsce jest wciśnięte między góry a klify, z niewielką piaszczystą plażą i z drogą prawie wpadającą do morza. Zrobiliśmy sobie spacer wokół miasteczka, szkoda tylko, że wiatr momentami urywał głowę, ale zrekompensowaliśmy to ładnymi widokami z okolicznych wzgórz. Ale najciekawsze było dopiero przed nami, czyli  najbardziej na północ wysunięta część Majorki – półwysep Formentor. Już sama podróż przez wąski i długi półwysep, na sam jego koniec – Cap de Formentor była niezapomnianą przygodą. Droga  niczym wąż, wiła się przez górzysto-skalisty krajobraz. Czasami biegła tuż nad krawędzią urwiska, innym razem wspinając się na jakąś kamienistą górę, a jeszcze innym, biegnąc wzdłuż zatoki. Każdy  kolejny zakręt był zapowiedzią kolejnego, pięknego widoku. Po wyjechaniu z miejscowości Pollenca, gdzie się  zaczynał droga, zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym Mirador Es Colomer. Ze zbudowanych na 200-metrowej skale, tarasów widokowych, mieliśmy niesamowitą panoramę na cały półwysep. Przejście kilkudziesięciu metrów z parkingu na punkt widokowy, wydało się nam jakoś mało ambitne, postanowiliśmy zdobyć najbliższy szczyt z wieżą obserwacyjną Talaia d’Albercutx. Nie było to specjalnie trudne, bo podejście asfaltową drogą, na ten liczący 350 m n.p.m. szczyt zajęło nam 30 min. A warto było, bo z góry mieliśmy oszałamiającą panoramę, na półwysep, góry i na dwie zatoki PollecyAlcúdii. Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy w dalszą drogę, z przerwą na plaży Piedra, żeby pomoczyć nogi w dość ciepłej wodzie (na kąpiel zabrakło mi odwagi). Aż w końcu dojechaliśmy na Cap de Formentor. Podróż samochodem dostarczyła nam tyle wrażeń, jakby droga liczyła kilkadziesiąt, a nie 13 kilometrów. Jak na przylądek przystało, mocno wiało, z czego nic sobie nie robiła słynna latarnia morska El Faro de Formentor, stojąca na posterunku od 1863 r. Turystów było niewielu, w związku z czym nie było problemu z wolnym miejscem na dużym parkingu. Mając z trzech stron wzburzone morze,  trudno było uciec od myśli, że się jest na końcu świata. Obraz błękitnego morza po horyzont, górzystego cypla z serpentynową drogą i wysokimi klifami, jest z tych, które chce się zapamiętać na całe życie.  Po długiej sesji zdjęciowej, była kawa w latarni, bo w jej wnętrzu znajdowała się kawiarnia. Wracając, zatrzymaliśmy się na kameralnym punkcie widokowym, otoczonym siecią ścieżek. Jedną ze ścieżek, zrobiliśmy sobie krótką wycieczkę nad klify w towarzystwie dzikich kóz. Ostatnim miejscem odwiedzonym przez nas tego dnia, było ciekawe miasto Alcudia. Spacer po ulicach ładnej starówki i po średniowiecznych murach był obowiązkiem każdego turysty. A mury otaczające miasto, z kilkoma bramami i wieżami, robiły spore wrażenie. 1,5 godziny zajęła nam powrotna droga do  Platja de Palma.

Dzień 6 Sòller/Port de Sòller/Mirador de Ses Barques

Tego dnia mieliśmy poznać „zagłębie pomarańczy” czyli miasteczko Sòller. W jedną stronę do miasteczka dojechaliśmy, trudną drogą bo liczącą aż 57 zakrętów.  Najpierw wspinaliśmy się na 500-metrowe wzgórze, po czym serpentyną zjeżdżaliśmy w dół. Wracaliśmy już krótszą, płatną drogą przez niedawno wybudowany tunel – pod górą na którą mozolnie się wspinaliśmy parę godzin wcześniej. Najatrakcyjniejszy wariant to  godzinna (z Palmy) podróż zabytkowym pociągiem, kursującym tylko od kwietnia do października. Miasto przepięknie położone w dolinie Vall de Sóller, w środku gór Serra de Tramuntana, otoczone gajami pomarańczowymi i cytrynowymi.  Miasto prawie bez turystów, sprawiało wrażenie nieco sennego, jeśli nie zapomnianego. Centrum Sòler stanowił ładny i pustawy jeszcze – plac Placa Constitució z neogotyckim kościołem pod wezwaniem Sant Bartomeu. Z placu rozchodziły się liczne, ciasne uliczki, ale o tej porze roku zaledwie z kilkoma kawiarnianymi stolikami wystawionymi na zewnątrz. Ale naszym celem był położony 4 km dalej – Port de Sòller. Do miasteczka doszliśmy łatwym, dość malowniczym szlakiem turystycznym, droga najpierw prowadziła obok okazałych domów z ogrodami, z pięknie kwitnącymi roślinami, a potem przez plantacje cytrusów w  dolinie Vall de Sóller, po czym ścieżka przechodziła przez niewysokie wzniesienia z końcówką wzdłuż ulicy. W położonym nad owalną zatoką, Port de Sóller wyczuwało się atmosferę małego kurortu. Świadczyła o tym przystań jachtowa, liczne hotele i kolejne budowane apartamentowce. A  ładna promenada wzdłuż piaszczystej plaży, tym się wyróżniała od innych, że szły po niej tory zabytkowego tramwaju. Chyba to jedyne takie miejsce w świecie, gdzie prosto z morza, można od razu wskoczyć do tramwaju – i to stuletniego! Spacerując stromymi uliczkami miasteczka, trafiliśmy na parkowe wzgórze a, potem na taras widokowy na skalistym, wybrzeżu z widokiem na ciemno-niebieskie morze. Niestety słynny tramwaj nie kursował i autobusem miejskim wróciliśmy do  Sòller. A dalej, już autem ruszyliśmy drogą  w kierunku gór. Punkt widokowy Mirador de Ses Barques znajduje się na szczycie „wężowej” drogi Sa Calobra (droga Ma-10). Stąd mieliśmy ładną panoramę na zatokę i Port de Sóller . Ale trafiliśmy w to miejsce nie tyle dla widoków, co ze względu na liczne szlaki które tu się zaczynały. Nie było problemu z autem, bo obok tarasu widokowego był duży parking. 13-kilometrowa wycieczka przez gaje ze starymi drzewami oliwnymi, porastającymi doliny albo zbocza wzgórz, zamkniętymi przez surowe góry Serra de Tramuntana była niesamowita. Do tego piękny widok majestatycznego masywu Puig Major ( 1447  m n.p.m. najwyższy szczyt Majorki) z niepięknymi radarami. Jedynymi żywymi stworzeniami jakie spotkaliśmy to były owce i osiołki, pasące się w niedalekim sąsiedztwie  kilku osamotnionych hacjend. Oszołomieni pięknym krajobrazem, poczuliśmy, że ta „dzika”, nieskomercjalizowana część Majorki jest nam bliższa niż inne jej atrakcje, które wyszły spod ręki człowieka. Nic dziwnego, że nie chciało się nam wracać do samochodu i do miasta.

Dzień 7 De Cuber/Piug de sa Rareta

Dzień  w którym zaliczyłam swoją pierwszą, tak poważną –  logistyczną wpadkę, przez którą nasze plany wzięły w łeb. W przedostatni nasz dzień na Majorce,  zaplanowaliśmy wejście na najwyższy szczyt wyspy – Puig Major 1447 m n.p.m. Samochodem, niesamowitą „wężową” drogą Ma-10, wjechaliśmy na wysokość 800 m n.p.m., do miejsca, gdzie po drugiej stronie ogrodzonych zabudowań, zaczynała się droga na sam szczyt. (Samochód zostawiliśmy na poboczu jakieś 300 m niżej). Jakież było nasze zdziwienie, gdy na naszej drodze stanęła zamknięta brama z wysoką siatką. Tabliczka wisząca na ogrodzeniu informowała, że szczyt i cały teren wokół niego, leży w strefie wojskowej i jest w zamknięty dla turystów. A mi do głowy nie przyszło, żeby sprawdzić czy szczyt jest dostępny dla turystów, w przewodniku też nie było wzmianki, że na Puig Major nie można wejść. Na szybko musieliśmy wymyślić coś innego, oczywiście z pomocą przyszedł GPS. Wystarczyło zjechać drogą kilometr niżej (w kierunku przeciwnym z którego przyjechaliśmy) i znaleźliśmy się nad przepięknie położonym, górskim jeziorem de Cuber. (Samochód został na bezpłatnym parkingu przy jeziorze). A w tle majaczyła potężna sylwetka Puig Major. Wypatrzyliśmy szlak na jeden z szczytów otaczających zbiornik – Piug de sa Rareta 1113 m n.p.m. i ruszyliśmy. Początek  drogi, wokół lewego brzegu jeziora był przyjemny i płaski, ostra wspinaczka szlakiem, zaczęła się dopiero po przejściu tamy, bo jezioro było sztucznym zbiornikiem. Im bardziej oddalaliśmy się od wody, tym było bardziej stromo, a kręta ścieżka momentami ginęła między ostrymi skałami.  Aż w końcu wyszliśmy na skalisty grzbiet, a stopniowo zdobywając wysokość, doszliśmy na szczyt. Rozległa i niesamowita  panorama na góry i dwa jeziora w dole, została uwieczniona na całej serii zdjęć. Dalsza część szlaku, to już spacer po płaskim, surowym płaskowyżu z kępami zielonych roślinek i kolczastymi krzewami, w towarzystwie licznych dzikich kóz i paru „zarośniętych” owiec. A im niżej schodziliśmy, tym robiło się bardziej zielono bo przybywało drzew, nawet na bardziej stromych zboczach. W końcu zeszliśmy do wąwozu i nim doszliśmy do tamy nad jeziorem de Cuber. Zrobiliśmy sobie spacer gruntową drogą wokół prawego brzegu jeziora, natykając się na leniwie pasące się krowy i owce, które nie mogły tu narzekać na niedostatek jedzenia. Momentami bardzo ciężki szlak, liczył 10 km. Tak czy siak udało nam się tego dnia zdobyć majorkański szczyt, co prawda nie ten najwyższy, ale zawsze szczyt. Powrót do hotelu był tą samą drogą, podczas której po raz ostatni mogliśmy popatrzeć na góry Serra de Tramuntana.

Dzień 8 Palma de Mallorca

W ostatni nasz dzień na Majorce, samochód zamieniliśmy na rower i ruszyliśmy ścieżką rowerową do Palmy de Mallorca (w tej samej wypożyczalni za cały dzień 5€/osoba). Dwukierunkowa, zbudowana wzdłuż morza i palm, płaska 12-kilometrowa trasa, mogłaby być wzorem idealnej trasy rowerowej.  Fajnie było zobaczyć znowu niesamowitą katedrę Sa Leu i popatrzeć na kwiatowo-palmowe nadmorskie aleje. Po pożegnaniu się z Palmą, tą samą ścieżką rowerową, wróciliśmy do Platja de Palma, po czym  ruszyliśmy dalej, nadmorską promenadą do pobliskiego S’Arenal. Tu na pustej plaży, pod palmami daktylowymi, urządziliśmy sobie „pomarańczową” ucztę.  A po oddaniu rowerów, pijąc kawę i sok ze świeżo wyciśniętych pomarańczy w plażowej kawiarence, zażywaliśmy kąpieli słonecznej. Termometr na promenadzie pokazywał 20°C, szkoda tylko, że najbardziej słoneczny i najcieplejszy dzień, nadszedł w dniu wyjazdu. Ale i tak, to był niezapomniany tydzień, podczas którego wiele zobaczyliśmy i aktywnie spędziliśmy czas.

Austria 2010 Wysokie Taury/Wiedeń/Wachau

 Pora deszczowa w Austrii” 12 VI-24 VI 2010

To były niezapomniane wakacje. Jednak nie z nadmiaru wrażeń, ale z powodu deszczu, który padał codziennie. Po 8 deszczowych dniach pożegnaliśmy deszczowe Taury i przenieśliśmy się w miejsce, gdzie miało nie padać – do Wiednia, a potem do pobliskiej, bajkowej doliny nad Dunajem –  Wachau.

Dzień 1

Po 9 godzinach podróży dotarliśmy do Austrii, do kraju związkowego Salzburg – miasteczka Hollersbach im Pinzgau. Zatrzymaliśmy się na niedużym campingu Dorfcamping http://www.dorfcamping-hollersbach.at/en/ położonym na wysokości 800 m n.p.m., 4 km od Parku Narodowego Hohe Tauern. Więc liczne szlaki turystyczne były na wyciągnięcie ręki.

Dzień 2 

W dole zostawiliśmy Hollersbach i dolinę Hollersbachtal (u jej wylotu mieliśmy camping) i ruszyliśmy do gesthaus  Berghof na 1175 m n.p.m. (szlak nr 14).

Najwyższym miejscem do którego dotarliśmy, była położona ponad 1700 m n.p.m. równina Hinterlachalm (szlak  nr 20). Wiatr na chwilę rozwiał mgłę i odsłonił się ciekawy widok.

Dzień 3

Wodospad Krimml z trzema potężnymi progami. Nie żałowaliśmy godzinnej wspinaczki szlakiem Gerlosstrasse na wysokość 1470 m n.p.m., żeby z góry popatrzeć na ten 380-metrowy kolos.

Potem była długa wędrówka doliną Krimmler Achental, wzdłuż rzeki Krimml.

W końcu, doszliśmy do naszego celu schroniska Krimmler Tauernhau, położonego na wysokości  1631 m n.p.m.  przytulnego. Tu zrobiliśmy sobie zasłużony odpoczynek.

 

Dzień 4

W drodze na szczyt Elferkogel (szlak nr 933), często spotykaliśmy krowy i byki. Przez te ostatnie musieliśmy czasami nadrobić trochę drogi, żeby je ominąć … Dla nas były to wysokogórskie krowy, bo wspięły się na wysokość ok. 2000 m n.p.m., często na bardzo strome stoki.

Niedaleko szczytu, krowy zniknęły i pojawiły się wysokie góry z ośnieżonymi zboczami.

Szczyt Elferkogel 2190 m n.p.m. zdobyty! Rozległa panorama ze szczytu, niestety bez słońca ale bez deszczu, on miał  nas dopaść później, pod koniec 18- kilometrowej wędrówki.

Dzień 5

 

Dziś był tylko spacer ścieżką rowerową do oddalonego o 5 km Mittersill i powrót do Hollersbach. Pojawiło się w końcu słońce!

Dzień 6

 

Idąc w górę doliny Hollersbachtal  (szlak nr 916) zamierzaliśmy dojść do schroniska Neue Fürther-Hütte, położonego na wysokości 2201 m n.p.m.

 

 

W dolinie było piękne słońce, ale i tak za parę godzin mieliśmy zmoknąć …

 

 

Po przejściu całej doliny (ok. 10 km ) przed nami był najtrudniejszy fragment szlaku. A im wyżej, tym robiło się bardziej stromo i  zimniej.

Aż w końcu doszliśmy do schroniska Neue Fürther-Hütte. W czerwcu,  jeszcze pustym wnętrzu, ogrzaliśmy się przy gorącej herbacie.

A potem był krótki spacer nad częściowo zamarznięte jeziorko Kratzenbergsee. Po czym, zaczęliśmy schodzenie w dół. Przed nami było kolejne 15 km, tym razem w dół, tym samym szlakiem  nr 916.

 Dzień 7

Po pokonaniu autem 40 km, znaleźliśmy się w Tyrolu, w miasteczku Hinterbichl  (17 km od Matrei). Położona 1300 m n.p.m. wioska, jest świetnym miejscem wypadowym w  pobliskie,  wysokie szczyty. Zatrzymaliśmy się na jedynym campingu Bergkristall. http://www.bergkristall-hinterbichl.at/

Dzień 8

Droga na szczyt Muhskopf 2594 m n.p.m.,  prowadziła szlakiem nr 314 do góry, przez”śnieżny tunel” i obok zamkniętego schroniska Lasnitzenhütte.


Zanim weszliśmy na Muhskopf, podziwialiśmy zatopione w chmurach trzytysięczniki.

A na samym szczycie niespodzianka, zamiast krzyża – „zestaw wypoczynkowy” w wersji górskiej. Oczywiście musiałam sprawdzić czy jest wygodny.

 

Szlakiem nr 912 zeszliśmy do jeziora Berger See. Położonego na 2181 m n.p.m., stojące przy nim schronisko Berger-See Hütte okazało się zamknięte. Nie mieliśmy tego dnia szczęścia ani do schronisk ani do pogody, bo schodząc do Hinterbichl (szlak nr 80 i 312) złapała nas ulewa, która  trwała do rana… .

Dzień 9

Częste opady deszczu doprowadziły do podtopień szlaków, wezbrania strumieni, więc nie zostało nam nic innego, jak spakować przeciekający namiot i pojechać tam, gdzie nie pada. Nasz wybór padł na Wiedeń. Po prawie 7-godzinnej podróży, zatrzymaliśmy się na wiedeńskim wielkim campingu Süd.  http://www.wiencamping.at/en/camping-wien-sued/ .

Dzień 10

Z campingu mieliśmy tylko 4 km do „wiedeńskiego Wersalu” czyli do XVIII-wiecznego kompleksu pałacowego Schönbrunn. Zwiedzając cesarskie wnętrza, spacerując po parku i rozległych ogrodach z barokowymi fontannami, spędziliśmy tu pół dnia.

Nie padało (nie licząc porannego deszczu na capingu), ale był to kolejny dzień bez słońca, jak tak dalej pójdzie, to zapomnimy jak ono wygląda… .

Dzień 11

Ruszyliśmy na zwiedzanie  Wiednia. Najpierw zaopatrzyliśmy się w bilet całodobowy na metro, który był najdogodniejszym środkiem transportu w austriackiej stolicy. Stację metra mieliśmy tuż przy campingu.

Zaczęliśmy od najważniejszej gotyckiej budowli Austrii, olbrzymiej katedry Św. Stefana.Potem był Pałac Cesarski Hofburg z VIII w.

Jeden z wielu neoklasycytycznych, eleganckich budowli Wiednia – Muzeum Historyczne i Parlament.

            

No i polski akcent w Wiedniu, za sprawą polskiego króla Jana III Sobieskiego. Tablica wmurowana na zewnątrz XIV-wiecznego kościoła, upamiętniająca 300-lecie  zwycięstwa Sobieskiego w bitwie pod Wiedniem nad wojskami tureckimi.

Dzień 12

Kolejne 2 dni spędziliśmy w przepięknym rejonie Austrii  w dolinie Wachau – oddaloną godzinę jazdy od Wiednia. Ta malownicza 35-kilometrowa dolina Dunaju, jest znana z uprawy winorośli oraz średniowiecznych miasteczek i ruin zamków oraz moreli. Zatrzymaliśmy się na campingu w Dürnstein.

Jednym z takich miasteczek jest miasteczko Melk, z barokowym opactwem Benedyktynów. Najpierw  zwiedzaliśmy wnętrza czyli  klasztor z wielką biblioteką i kościół.

A potem otaczające opactwo ogrody z eleganckimi pawilonami. No i doczekaliśmy się w końcu długo wyczekiwanego słońca!

Następnym miejscem, które odwiedziliśmy było  miasteczko Spitz. Otoczone winnicami, z        ruinami  zamku z XIII w. Hinterhaus. Musieliśmy się do niego wspiąć po stromym wzgórzu, skąd mieliśmy ładny widok na Dunaj i okolice.

Na koniec zostawiliśmy sobie, najpiękniejsze miasteczko w dolinie WachauDürnstein. Z  górującymi nad miasteczkiem ruinami średniowiecznego zamku (z którym wiąże się ciekawa historia) oraz charakterystyczną niebieską wieżą.

j

Dzień 13

Wypatrzony z zamkowego wzgórza w Dürnstein (8 km), opactwo Benedyktynów  Göttweig w miasteczku Furth bei Göttweig. Wpisany na listę UNESCO barokowy kompleks  klasztorny, pieczołowicie odrestaurowany,  robi wielkie wrażenie.

W pobliżu Dürnstein znaleźliśmy stylizowany na angielski zamek – Graffenegg z XIX w. . 

Z wielkim parkiem i nowoczesną muszlą koncertową, w której cyklicznie odbywają się koncerty muzyki poważnej. Stare i nowe, ciekawe połączenie.

 

Wymagające Alpy Julijskie i niezwykłe Dolomity

Wymagające Alpy Julijskie i niezwykłe Dolomity 11VI-2VII 2009

Wakacje podczas których poznaliśmy niedużą ale ciekawą Słowenię i jedne z najpiękniejszych gór w Europie – włoskie Dolomity. W Słowenii spędziliśmy 11 dni, przez większość czasu wędrowaliśmy po Alpach Julijskich, a w drodze nad  wybrzeże Adriatyku  zwiedziliśmy niezwykły zamek i jaskinię. Na Włochy przeznaczyliśmy 10 dni a w drodze w Dolomity zwiedziliśmy Wenecję i Akwileję.

Dzień 1 Alpy Julijskie/Dovje

Kamping Kamne http://campingkamne.com/ w miejscowości Dovje (k. Mojstrany). Przez 6 dni był naszą bazą wypadową w Alpy Julijskie.

Dzień 2 Planica

Wycieczka pod słynną mamucią skocznię narciarską Velikankę. Auto zostało w Kranjskiej Gorze i wygodną drogą, doszliśmy pod skocznię w dolinie Planicy. Latem wygląda ona mniej okazale niż zimą.

Większe wrażenie robiła  chyba olbrzymia ściana Triglava – najwyższej góry Słowenii, u podnóża której stoi skocznia.

Dzień 3 Przełęcz Luknja – 1758 m n.p.m.

Do schroniska  Aljazev  Dom, podjeżdżaliśmy samochodem (13 km od Dovje).  A momentami było mocno pod górę, bo schronisko położone jest na wysokości 1015 m. Auto zostawało na sporym parkingu. Jesteśmy w Triglavskim Parku Narodowym. Dalszą drogę do przełęczy Luknja – 1758 m. pokonaliśmy już na nogach. Droga na przełęcz prowadziła wzdłuż potężnej, północnej ściany Triglava. (Niestety śnieg zakrywający via ferraty uniemożliwił nam wejście na niego).

Za sobą mamy już  dość łatwy szlak przez dolinę Bukovlje, a przed nami – najtrudniejszy odcinek  z polami śniegu i niestabilnymi piargami, po których szliśmy w ślimaczym tempie: 1 krok do przodu, 2 do tyłu.

Po 3 godzinach wspinaczki, przełęcz Luknja została zdobyta! Z jednej strony widok na skalny mur Triglava, z drugiej na dolinę – daleko w dole.

Potem był długi i dość trudny powrót do Domu Aljazeva, szlak kiepsko  oznaczony przechodził obok zamkniętego schronu Bivak pod Luknjo.

 Dzień 4 Kriz 2410 m n.p.m.

   Znowu zaczynaliśmy od szlaku przy Domu Aljazeva, po czym ruszyliśmy szlakiem w kierunku szczytu Kriz 2410 m. Ale najpierw musieliśmy podejść doliną Sovatna do wyłomu w murze skalnym –  Dovska  vrata na 2180 m. Im bliżej przełęczy, tym robiło się trudniej, bo do stromizny doszły piargi i śnieg.

Za przełęczą wciąż było ciężko a słońce niemiłosiernie paliło (mimo sporej wysokości), przybyło śniegu a szlak był kiepsko oznaczony. Bez błądzenia się nie obeszło.

W drodze na Stenarska vrata 2295 m, kolejne błądzenie w śniegu. W końcu trudny szczyt Kriz zdobyliśmy, okupiony dużym wysiłkiem fizycznym jak i psychicznym.

Kolejne szukanie szlaku było w okolicach Bovška Vratica  na 2375 m. Droga powrotna do Domu Aljazeva dłużyła się bardzo, prowadziła obok zamkniętego schronu Bivak IV na 1980 m i przez Macesence. Do auta wróciliśmy padnięci, po 9 godzinach spędzonych w górach.

Dzień 5 Bled/jezioro Bledzkie

Dzień odpoczynku. Pojechaliśmy  zobaczyć, drugą największą atrakcję Słowenii –  miasteczko Bled nad jeziorem Bledzkim. (25 km). Leniwy spacer wokół turkusowego jeziora Bledzkiego, z maleńką wysepką z barokowym kościołem, zamkiem na skarpie, górującymi w tle białymi szczytami, był przyjemną odmianą po wczorajszym, ciężkim dniu.

     

Dzień 6 Przełęcz Vršic 1611 m n.p.m.

Przez przełęcz Vršic położoną na wysokości 1611 m, z obowiązkową przerwą na punkcie widokowym, dojechaliśmy autem do miejscowości Trenta (620 m n.p.m). Stąd zrobiliśmy sobie  14-kilometrową pętlę szlakiem wokół dwutysięcznika Zadnijški Dzebnik. Ciekawy, dość łatwy szlak  z ładnymi widokami. Jedynie podejście na przełęcz na 1600 m (najwyższy punkt na szlaku), wymagało nieco wysiłku. Przez przełęcz z doliny Trebiškiej przeszliśmy do doliny Zadnjiškiej. W dolinach zalegało jeszcze sporo mokrego śniegu.

      

Dzień 7 Ukanc/jezioro Bohinjskie/wodospad Savica

Przenieśliśmy się bardziej na południe Alp Julijskich, do miejscowości Ukanc nad jeziorem Bohinjskim. Zatrzymaliśmy się na campingu Zlatorog. Tego dnia był tylko spacer do oddalonego o 3 km, obleganego przez turystów wodospadu Savica.

 

Dzień 8 Triglavskie jezeria 1685m n.p.m

W ten upalny dzień, wybraliśmy szlak do schroniska nad Triglavskimi jezerihami.  Najtrudniejszy okazał się odcinek  szlaku za Koca pri Savici, gdy musieliśmy wspiąć się po dość mocno eksponowanej ścianie, zabezpieczonej stalowymi linami. Dalej było już

łatwiej, szlak prowadził lasem,  gdzie zalegało jeszcze sporo śniegu. Otoczone skalistymi grzbietami schronisko nad jeziorem, okazało się niestety zamknięte. Ale w ciszy mogliśmy  nacieszyć oczy surowym krajobrazem. Powrót na camping był ta samą trasą (2 x 9 km).

Dzień 9 Dom Savicia/Dom na Komni 1520 m n.p.m.

Ciekawa wycieczka szlakiem schronisk. Od Domu Savicia mocno trawersującym szlakiem wspięliśmy się na wysokość ponad 1300 m n.p.m.,  z wielkiego tarasu schroniska Dom na Komni – popijając kawkę, podziwialiśmy otaczające nas góry. Tutaj,  Alpy Julijskie sprawiały wrażenie bardziej

     

dostępnych i przyjaznych,  od tych które poznaliśmy wcześniej. Potem był spacer do oddalonego o 15 min. Koca pod Bogatinom. Powrót na dół prowadził tą samą drogą. Wycieczka liczyła 20 km a w drodze powrotnej mogliśmy popatrzeć na Bohinjskim jezioro z góry

Dzień 10 Predjamski Grad/ Škocjanskie Jasikinie/Ankaran

Po nocnej ulewie i deszczowym poranku, w pośpiechu spakowaliśmy mokry namiot w samochód i wyruszyliśmy nad Morze Adriatyckie. Po 3 godzinach jazdy dotarliśmy do niezwykłego zamku – Predjamskiego Gradu. Średniowieczny zamek wbudowany w skałę z labiryntem podziemnych korytarzy i grot robi niesamowite wrażenie! Po godzinnej podróży autem, dojechaliśmy do Škocjanskich Jaskiń, gdzie zwiedzaliśmy największy, podziemny kanion w Europie.  (Głęboki na 100 m i długi na 6 km).

Godzinę potem byliśmy już nad morzem, na wielkim campingu  „Adria”( http://www.adria-ankaran.si/en/  ) w popularnej miejscowości  Ankaran. A wieczorem zrobiliśmy sobie spacer po  wybetonowanej plaży.

Dzień 11 Izola

 

Dzień spędziliśmy na wędrowaniu po liczącym tylko 47 km słoweńskim wybrzeżu. Zwiedziliśmy  też ładne, nieco zatłoczone nadmorskie miasteczko Izola.

Dzień 12  Aquileia   WŁOCHY

Przez włoski Triest dostaliśmy się do cichejniezbyt licznie odwiedzanej przez turystów Aquilei. Niedaleko naszego dużego i taniego campingu „Aquileia” http://www.campingaquileia.it, czekała na nas przepiękna, romańska bazylika. A jej surowe wnętrze kryło pochodzące z IV w. kolorowe mozaiki, wykonane z tysięcy malutkich

 płytek ceramicznych. Po obejrzeniu miasteczka z góry wysokiej dzwonnicy, cyprysową alejką, doszliśmy do pozostałości dawnego rzymskiego portu rzecznego. Zabytki Aquilei trafiły na listę UNESCO, mogliśmy je oglądać nie tylko za darmo ale i w ciszy i spokoju bo turystów było niewielu.

Dzień 13 Aquileia

Kiedy nadarzyła się okazja pojeżdżenia darmowym rowerem po okolicy, to lało jak z cebra przez caluśki dzień.

Dzień 14 Cavallano 

Z deszczowej Aquilei  pojechaliśmy, w kierunku Wenecji,  do miasteczka Cavallano nad Adriatykiem. Zatrzymaliśmy się na wielkim campingu San Marco http://www.campingsanmarco.it. Do piaszczystej plaży mieliśmy rzut kamieniem.

Dzień 15 Wenecja

Tu kupiliśmy łączony bilet na autobus i statek (16,60 €/osoba) i w godzinę dopłynęliśmy do Wenecji.

 

Dzień 16 Campitello di Fassa DOLOMITY

Po ponad 5-godzinnej podróży, przenieśliśmy się znad morza w góry. W drodze w Dolomity, zwiedziliśmy skocznie narciarskie w miejscowość Predatto. W miejscowości Campitello di Fassa położonej  1500 m n.p.m. znaleźliśmy wygodny, ładnie położony camping „Miravalle”: http://www.campingmiravalle.it

     

                                    Dzień 17 Sasso Piatto 2958 m n.p.m.

W drodze do schroniska „Sasso Piatto” (przez dolinę Duron) 2336 m n.p.m. Stąd wspięliśmy się na skalisty szczyt Sasso Piatto 2958 m, niestety na górze przyszła mgła i przysłoniła piękne widoki. Pięknych panoram  dostarczył nam szlak, którym wróciliśmy do Campitello. Prowadził ścieżką przez zielone zbocza, powyżej których wyrastały szare, pionowe skaliste masywy.

   

     

Dzień 18 Przełęcz Camerloi 2200 m n.p.m

Tego dnia zrobiliśmy sobie 15-to kilometrową petlę, rozległą doliną Duron. Doszliśmy na przełęcz Camerloi.  Po drodze odwiedziliśmy dwa, dość wysoko położone schroniska „Dona” i „Micheluzzi„.

Dzień 19  Pass de Omretta 2702 m n.p.m.

Najpierw samochodem podjechaliśmy do miejsca Alba-Penia. Kwitnącą doliną de Contrin, a potem przez dolinę Rosalia, wspięliśmy się  – w  skalno – zimowym otoczeniu, na przełęcz Pass de Omretta. Kilkadziesiąt metrów powyżej bivaku Del Bianco (metalowy schron), musieliśmy niestety zawrócić bo metalowe liny zakopane w śniegu, uniemożliwiły dalszą wspinaczkę, w kierunku jednego ze szczytów masywu Marmolady.

     

     

   Dzień 20 Misurina

Nastąpiła zmiana miejsca. Przez znane miasto Cortina d’Ampezzo przyjechaliśmy do leżącej w sercu Dolomitów miasteczka Misurina. Kilometr za miasteczkiem znaleźliśmy może niezbyt komfortowy ale pięknie położony camping „Alla Baita”. To był najwyżej położony camping podczas tych wakacji – prawie 1800 m n.p.m.!

   

Dzień 21 Tre Cime di Lavaredo

Autobusem odjeżdżającym z przystanku koło campingu, w 15 min. dotarliśmy na wysokość 2320 m n.p.m. do schroniska Rifugio „Auronzo”. Gdy słońce wyjrzało zza chmur, naszym oczom ukazał się księżycowy krajobraz w ze słynnym masywem  Tre Cime di Lavaredo w centrum. Wybraliśmy popularną, dość łatwą (15 km) trasę. Szlak nr 101 przechodził koło schroniska „Lavaredo”. Potem skrajem skalistego płaskowyżu, doszliśmy do zatłoczonego schroniska „Pre Crime A. Locatelli”. Kawa na tarasie schroniska, położonego na wysokości 2405 m w przepięknym, surowym krajobrazie, smakowała wybornie. Szlak nr 105 nie dostarczał już tak spektakularnych widoków, ale i tak było ładnie. Do campingu zeszliśmy już na nogach.

      

   

     

Dzień 22 Włochy-Polska

Powrót do Polski, długą trasę udało nam się pokonać w jeden dzień. Dolomity to jedyne takie góry w Europie, jeśli nie na świecie, dlatego wrócimy tu kiedyś.

 

 

 

 

Nepal – Himalaje 2008

„W  najwyższych górach świata30.03. – 22.04.2008

Pojechaliśmy w grupie: Piotr H. był naszym przewodnikiem i organizatorem trekkingu (agencja „Hepi”) oraz Dobrochna, Patryk i Ania z Łodzi. Po zwiedzeniu Katmandu, mieliśmy ruszyć w góry, zatrzymując się na noc w skromnych ale przytulnych hotelikach (lodge).

Dzień 1 /Berlin/Doha/Katmandu

Wylot z Berlina 15:40 –  z międzylądowaniem w stolicy Kataru – Doha (22:45), w Katmandu lądujemy o 8:10.

Dzień 2 Katmandu

Durbar Square (Plac Królewski), który zwiedzaliśmy po kupieniu specjalnych legitymacji –  Visitor Pass. (Większość tych pięknych zabytków ucierpiała w wyniku wielkiego trzęsienia ziemi w 2015 ).

Dzień 3 Katmandu/Patan

Położona na wzgórzu – Stupa Swajambhunath (Świątynia Małp), do której prowadzi 365 kamiennych schodów.

Sąsiednie miasto Patan i jego piękny plac Durbar Square.

Dzień 3 Lukla  2840 m – Benkar 2630 m

 30 minut trwał lot z  Katmandu do Lukli –  zakończony szczęśliwym lądowaniem na najbardziej niebezpiecznym lotnisku świata (krótki pas startowy wciśnięty między litą skałę a przepaść). Z Lukli zaczęliśmy trekking do Everest  Base Camp (B.C.). Po 4 godzinach dość łatwego marszu (pierwsza część szlaku prowadziła w dół) dotarliśmy do Benkar.  Byliśmy dość osobliwymi turystami, bo bez tragarzy, musieliśmy sami taszczyć na plecach ciężkie plecaki.

Dzień 4 Benkar 2630 m – Namche Bazar 3440 m

Pobudka 6 rano, pożywne śniadanie i wyruszyliśmy drogę! W Monjo zakupiliśmy pozwolenia na trekking po Parku Narodowym Sagarmatha. Wciąż idąc doliną rzeki Dudh Kosi ( Mlecznej Rzeki)  przechodziliśmy przez – wiszące na stalowych linach – mosty. Ostatni odcinek to wspinaczka stromymi zakosami i do stolicy Szerpów – Namche Bazar. (4h, 8km)

   

Dzień 5 Namche Bazar 3440 m – Dole 4200 m n.p.m.

Rano zaskoczył nas śnieg, na szlaku doszła też mgła i wiatr, ale i tak było pięknie.  (7h, 12km)

  

Dzień 6 Dole 4200 m – Gokyo 4790 m n.p.m.

Choroba wysokościowa dawała się we znaki, a na szlaku dalej panują zimowe warunki. Pierwsza część szlaku prowadziła zboczem długiej, wąskiej doliny.(8h)

Dzień 7 Gokyo 4790 m n.p.m.

Dla dobrej aklimatyzacji, zrobiliśmy sobie 12 – kilometrową wycieczkę do zamarzniętego jeziora powyżej 5000 m.  Pogoda, jak i widoki wokół pierwszorzędne. I zobaczyliśmy Mount Everest

     

     

Dzień 8 Gokyo Ri 5360 m – Nha (Na) 4400 m

 Bladym świtem (godzina 6 !),”na lekko”, stawiając przez godzinę – bo tyle czasu zajęła nam wspinaczka – czoło chorobie wysokościowej (tylko mnie dopadła z całej ekipy), zdobyliśmy pobliski szczyt Gokyo Ri. Po zejściu do Gokyo, po krótkim odpoczynku, ruszyliśmy z plecakami w dalszą drogę do  osady Nha. ( 6 km )

 

     

     

Dzień 9 Pangboche 3930 m n.p.m.

Po przebudzeniu, na  wewnętrznych szybach w hoteliku pojawił się lód. Ale później, już na szlaku było na tyle ciepło i słonecznie, że nie były potrzebne już kurtki. Szlak prowadził wąską ścieżką, prowadzącą zboczem stromej góry. A wokół porażające widoki i ogromne przestrzenie pod nami, a daleko  w dole górski strumień. (6h)

     

     

Dzień 10 Dughla (Thokla) 4620 m n.p.m.

Tym razem podchodziliśmy długą, płaską doliną.  Na szlaku panował spory ruch, bo jest to główny szlak do Everest Base Camp. Miejsce szerpów zajęły jaki, które na swoich grzbietach przenosiły dosłownie wszystko. Mijaliśmy też kopce, ułożone z kamieni na których pięknie wygrawerowano słowa mantry.(5h )

     

    

Dzień 11 Gorak Shep 5140 m n.p.m.

Po dojściu na przełęcz Thokla Pass 4830 m n.p.m., znaleźliśmy się na  symbolicznym cmentarzu wspinaczy, którzy zginęli w Himalajach. Kamienne kopczyki z tablicami z nazwiskami,  upamiętniają ludzi z całego świata. Dalej szlak prowadził wzdłuż „szarego” (od przysypanych kamieniami) lodowca Khumbu. Noc wyjątkowo zimna bo zamarzła nawet woda w beczkach w toaletach, mieszczących się w środku budynku. (5h)

      

    

Dzień 12 Gorak Shep 5140 m – Everest Base Camp (B.C.) 5364 m – Lobuche 4970 m

Droga do B.C. (bez dużych plecaków) zajęła nam 3 godziny, nie należała ona ani do szczególnie ciężkich ani ciekawych. Ale  sama obecność w B.C., u podnóża Czomolungmy, spacerowanie między kolorowymi namiotami, rozbitymi przez międzynarodowe ekipy, to już było niezapomniane przeżycie!

        

     

Po powrocie do osady, gdy okazało się, że nie ma miejsca w hoteliku, zabraliśmy nasze duże plecaki i zeszliśmy do Lobuche – 2h. (Oznaczało to, że musieliśmy zrezygnować z wejścia na pobliski szczyt Kala Patthar – 5550 m n.p.m.)

Dzień 13 Lobuche 4970 m – Dingboche 4410 m

Pierwszą część drogi – do Dughla – znaliśmy, bo szliśmy nią 2 dni wcześniej. Po minięciu hoteliku zaczęliśmy schodzenie w dół, do doliny Chukhung. Naszym drogowskazem był,  wznoszący się nad doliną –  szczyt Ama Dablam (6856 m) z charakterystycznym – przypominającym  piramidę –  wierzchołkiem. Dingboche okazało się sporym miasteczkiem, z białymi domkami, otoczonymi zagrodami dla jaków. ( 4h, 8km)

     

     

Dzień 13 Dingboche 4410 m – Chhukhung 4730m – Dingboche 4410 m

Po wczesnym śniadaniu, zrobiliśmy sobie wycieczkę (na”lekko”) do Chhukhung – osady która jest taką „bramą” na Island Peak (6189 m) oraz na Lhotse (8414 m). Po drodze minęliśmy – kamienny pomnik, postawiony ku pamięci 3 polskich himalaistów, którzy zginęli na południowej ścianie na Lhotse: Jerzego Kukuczki, Czesława Jakiela, Rafała Chołdy. Im wyżej wchodziliśmy, tym krajobraz stawał się pustynno – szary, aż doszliśmy  do jeziorka położonego na 5000 m. (9 h. 20 km)

    

    

Dzień 14 Dingboche 4410 m – Tengboche 3860 m

Schodziliśmy dość łagodnie w dół, wzdłuż rzeki Imja Khola. Po drodze spotykaliśmy  robotników pracujących nad rzeką przy obróbce kamieni, używanych później do budowy domów. Mijaliśmy po drodze, kilka osad z turystami odpoczywającymi na plastikowych krzesłach, przeszliśmy obok kamienia z wygrawerowaną modlitwą, buddyjskiej kapliczki – czorteny, oraz pokonaliśmy jeden mostek.

    

    

Tengboche okazało się sporą osadą, wybudowaną na niewielkim płaskowyżu. W miasteczku znajduje się jest z zabytkowy, buddyjski klasztor Tengboche. A klasztor  znany jest również z tego, że gościł wielkich zdobywców Everestu. (5h , 10 km)

     

Dzień 15 Tengboche 3860 m – Namche Bazar 3440 m

Najpierw, ścieżką wijącą się zakosami przez las kwitnących rododendronów, schodzimy do mostu na rzece Imja Khola. Następnie łagodnie podchodzimy do osady Kyangjuma, gdzie robimy sobie postój, podziwiając piękną panoramę gór. Dalsza droga prowadziła już w dół do Namche Bazar. Gdzie na noc zatrzymaliśmy się w wygodnym hoteliku, który miał prysznic i bieżącą wodę! A na kolację zaserwowano nam pyszny stek z jaka. (5h. 10 km)

     

     

Dzień 16 Namche Bazar 3440 – Phakding 2610 m

Obdarowani przez matkę właściciela hotelu  jedwabną chustą khata, która uchodzi za nepalski symbol gościnności, ruszyliśmy stromymi zakosami w dół. Tym szlakiem podchodziliśmy 10 dni wcześniej. Dzień jest na tyle pogodny, że daleko w tle widzimy sylwetkę Everestu. Szlak wiedzie zboczem skalistego wąwozu. Mijamy wioski otoczone poletkami i kwitnącymi drzewami, przechodzimy znajome już mosty. (5,5 h. 10 km)

      

      

      

Dzień 17 Phakding 2610 m – Lukla 2840 m

Idziemy cały czas po wschodniej części rzeki Dudh   Koshi, przechodząc przez jeden wiszący most. Pierwsze  kilometry to była wędrówka w płaskim terenie, po czym zaczęliśmy iść pod górę!  (4 h. 8 km)

        

Dzień 18 Lukla – Katmandu

 Ponieważ lot do Katmandu był wcześnie rano, po szczęśliwym lądowaniu i zakwaterowaniu się w hotelu, mieliśmy sporo czasu na ostatnie wycieczki po uliczkach zatłoczonego miasta.

      

Dzień 19 Bhaktapur

Nepalska nieduża, ale szybka taksówka zawiozła nas do dawnej stolicy NepaluBhaktapur (trzecie z miast Doliny Katmandu). Spacer po cichych, krętych uliczkach między zabytkowymi budowlami z wypalanej cegły, wielkich placach z pięknymi świątyniami i pałacem, nie miał końca.

Dzień 20 Katmandu/Doha/Berlin

 

Pireneje z plecakiem i południowa Francja

  Z plecakiem przez Pireneje i autem przez południową Francję” 7-23.VI.2007

Dzień 1 Niemcy/Francja

Podróż z naszym kolegą Przemkiem przez Niemcy szybko minęła. Po przejechaniu  1100 km. na  noc zatrzymaliśmy się na campingu w środkowej Francji  – w miejscowości Pont-Les-Moulis .

Dzień 2 Gavernie

Kolejne 1300 km i dojechaliśmy w Środkowe Pireneje, do górskiej miejscowości Gavernie. Noc spędziliśmy na campingu „Le paine de sucre”: http://www.camping-gavarnie.com/ 

Dzień 3 Cirque Gavernie/La Grande Cascada/Ref.Breche de Roland 2587 m n.p.m.

Auto zostało na bezpłatnym parkingu w Gavernie, a my z ciężkimi plecakami wyszliśmy na szlak we francuskiej części Parku Narodowym Pirenejów. Łatwy  początkowo szlak,  prowadził  przez tereny zielone, w kierunku ogromnego kotła lodowcowego – Cirque Gavernie. Wśród spływających z góry licznych kaskad wody, jest największy wodospad La Grande Cascada (240 m). 

Po odbiciu od drogi – długo kluczyliśmy, szukając źle oznaczonego szlaku. Aż trafiliśmy na granitową ścianę zabezpieczoną łańcuchami, te kilkadziesiąt metrów wspinaczki to był najtrudniejszy i stresujący (doszła burza) szlak, z jakim przyszło nam się zmierzyć w Pirenejach. Po pokonaniu skalnego progu, na ponad 2300 m n.p.m., już w łagodniejszym, miejscami zaśnieżonym terenie, Krzyśkowi obluzował się namiot  przymocowany na zewnątrz plecaka i wpadł na dno sąsiedniej doliny. Gdy ja zostałam z plecakami, Krzysiek musiał zejść po niego na dno dolinki i wrócić. Przemek popędził do schroniska Refuge de la Brèche de Roland (Les Sarradets), żeby

zarezerwować nam łóżka. Noc spędziliśmy w pokoju wieloosobowym w nieco dusznej atmosferze ;). Podczas kolacji w zatłoczonej jadalni, za sprawą dwóch turystów z Izraela zmodyfikowaliśmy swoje plany. Zrezygnowaliśmy ze zdobycia szczytu Monte Perido (za dużo śniegu), żeby zobaczyć cud natury jakim jest Canion Ordesa. I to był strzał w „10”!

Dzień 4 Wrota Rolanda 2807 m n.p.m./Refugio de Goriz 2200 m n.p.m. 

Dzień przywitał nas pięknym słońcem. Przez wielką szczerbę w murze skalnym czyli przez Przełęcz Wrota Rolanda (Brèche de Roland ) przedostaliśmy się na hiszpańską stronę Pirenejów. Wędrując w surowym krajobrazie, schodziliśmy w kierunku schroniska Refugio de Goriz. Momentami było bardzo stromo, zwłaszcza, gdy gubiliśmy – słabo oznaczony szlak i dość niebezpiecznie, gdy zjeżdżaliśmy w dół po śliskich piargach. A im niżej schodziliśmy, tym byliśmy bliżej, geologicznego cuda natury jakim jest Canion Ordesa.

Dzień 5 CANION ORDESA/Dolina Bujaruelo

Po nieprzespanej, burzliwej nocy spędzonej w namiocie, zjedliśmy śniadanie, mając przed sobą oszałamiającą panoramę na canion. Zamierzając przejść 13- kilometrową dolinę, wybraliśmy jeden – z trzech szlaków – idący, mniej więcej w połowie wysokości ścian. Ze ścieżki zawieszonej jakieś 300 metrów nad dnem doliny, mieliśmy widoki, które porażały. Szlak – nie dla turystów z lękiem wysokości.

!

Po wyjściu z Canionu Ordesa, musieliśmy pokonać 4 km – mniej spektakularną  Doliną Bujaruelo – do wygodnego campingu „Valle de Bujaruelo”. Strona campingu: http://www.campingvalledebujaruelo.com

Dzień 6 Puerto de Bujaruelo 2273 m n.p.m./Gavernie

Musieliśmy tego dnia pokonać ponad 1100 metrów w pionie, żeby wrócić na francuską stronę Pirenejów. Im bardziej zbliżaliśmy się do przełęczy Puerto de Bujaruelo , na granicy hiszpańsko-francuskiej, tym krajobraz stawał się bardziej skalisty pełen hasających świstaków.

Na granicy zaczynała się nieczynna droga (1,5 km), którą doszliśmy do parkingu, na którym złapaliśmy stopa  do Gavernie. Noc spędziliśmy znowu na campingu „Le paine de sucre”.

Dzień 7 Hospice de Franace/Refuge de Vénasque

Zmieniliśmy rejon Pirenejów, żeby wejść na najwyższy szczyt Pirenejów Pico de Aneto – 3404 m n.p.m.Gavernie przez Lourdes udaliśmy się bardziej na wschód Pirenejów, do miejsca Hospice de France. Na wielkim parkingu – wysokość 1400 m n.p.m.- zostawiliśmy na kilka dni auto i z ciężkimi plecakami zaczęliśmy mozolną wspinaczkę do schroniska Refuge de Vénasque (3 godz.).

Niewielkie schronisko położone jest na wysokości 2248 m n.p.m., nad dużym jeziorem, nad którym rozbiliśmy swój namiot. Dobrze, że obciążyliśmy go kamieniami bo dzięki nim, namiot nie dał się porwać nocnej wichurze.

Dzień 8 Port de Venasque 2445 m n.p.m./ Refuge de la Renclusa 2140 m n.p.m.

Gdy wiatr nieco osłabł,  koło południa  wyruszyliśmy. W niecałą godzinę wspięliśmy się do przełęczy Port de Venasque (granica francusko – hiszpańska), a dalej już schodziliśmy w dół, do rzeki Esery. Ostatnia godzina na szlaku – to było łagodne podejście do schroniska Refuge de la Renclusa

Dzień 9 Pico de Aneto 3404 m n.p.m.

Tym razem spaliśmy w schronisku, w pokoju wieloosobowym. O godzinie 6 rano, z lekkimi plecakami – z grupą Hiszpanów, wyruszyliśmy na najwyższy szczyt  Pirenejów Pico de Aneto. Nie było łatwo, bo gubiliśmy – źle oznaczony szlak – zarówno na lodowcu jak i na skalnej grani, gdy szukaliśmy wąskiej przełączki. Po 6 godzinach wspinaczki stanęliśmy … prawie na szczycie, zabrakło nam kilkanaście metrów do stojącego na wierzchołku – krzyża.

   

 

Na drodze do wierzchołka, stanął nam Puente (most) Mahoma, krótka ale mocno wyeksponowana grań, bez zabezpieczeń, oblodzona w czerwcu i dlatego nie do przejścia.

Po zejściu (tą samą drogą) do schroniska, po odpoczynku, już z dużymi plecakami, zeszliśmy na dół do Doliny Benasque. Niestety, camping w którym chcieliśmy się zatrzymać na noc był zamknięty. Po 3 godzinach- potwornie zmęczeni, dotarliśmy do przytulnego hoteliku Turpi: https://en.turpi.com/ w którym zatrzymaliśmy się na noc. (Recepcjonistka była Rosjanką mówiącą po rosyjsku i hiszpańsku, gdy my tylko po polsku i angielsku – więc było zabawnie)

Dzień 10 Puerto de la Giera 2364 m n.p.m./ Luchon

Po morderczym, poprzednim dniu, zasłużyliśmy na długie wylegiwanie się  w łóżkach. Po późnym śniadaniu, w  południe opuściliśmy hotelik. Górską drogą, następnie szlakiem wzdłuż potoku, zmierzaliśmy  do granicy hiszpańsko-francuskiej. Po minięciu jeziora, zdobyliśmy przełęcz Puerto de la Giera (granica) i szlakiem zeszliśmy do miejsca Hospice de France, gdzie od 3 dni stał nasz samochód. Po czym, dojechaliśmy do miejscowości Luchon na camping.

Dzień 11 Carcassonne

Pierwszy camping – z poranną dostawą świeżutkich bagietek! Po pysznym śniadaniu  ruszyliśmy do Langwedocji do średniowiecznego miasta Carcassonne z katedrą i zamkiem. Spacer wewnątrz świetnie zachowanych  murów, był niezapomnianą lekcją historii – trwała ona 3 godziny.

Po przejechaniu kolejnych kilometrów, dojechaliśmy nad Morze Śródziemne do miejscowości Marseillan Plage. 3 noce nad morzem mieliśmy spędzić na campingu „La Creole”. Strona campingu: https://www.campinglacreole.com/.

Dzień 12 i 13 Marseillan Plage

Regeneracja sił i odpoczynek po górach: spacery po okolicy oraz  kąpiele słoneczne i morskie.

Dzień 14 Nimes

W drodze do Avignonu zatrzymaliśmy się Nimes, żeby obejrzeć rzymskie zabytki:  amfiteatr na 24 000 widzów, świątynię – Kwadratowy Dom, a 20 km za miastem trzykondygnacyjny akwedukt Pont du Gard (wpisany na listę UNESCO).

Nimes mieliśmy tylko 30 km do Avignonu. Zatrzymaliśmy się na campingu „Bagatelle”(https://www.campingbagatelle.com/ ) położonego nad Rodanem z widokiem na słynny Pałac Papieży.

Dzień 15 Avignon

Zwiedzanie największej budowli gotyckiej w Europie  z XIV w – Pałacu Papieskiego (lista UNESCO), romańskiej katedry, murów obronnych i słynnego  średniowiecznego „niedokończonego” mostu Pont Saint-Bénézet.

Dzień 16 Francja

Po przejechaniu 300 km, znowu byliśmy na campingu, na którym zatrzymaliśmy się w drodze w Pireneje Pont-Les-Moulis. Gdy ja poznawałam okolice campingu, panowie zwiedzali pobliską jaskinię.

Dzień 17

Przez Niemcy wróciliśmy do Polski.